26. tom Kolekcja Star Wars: Wojny Klonów 7 ukaże się za 6 dni
Raport z działalności - Listopad 2018
 
Strona & SpołecznośćSkirata był typowym Mandalorianinem. Idealny Mando`ad mógł być stanowczym, ale kochającym ojcem. Mógł być też pełnym szacunku synem umiejącym wyciągać wnioski z każdego doświadczenia. Mógł być wreszcie wojownikiem, który dochowywał wierności osobistym zasadom, zamiast ulegać wiecznie zmieniającym się rządom i flagom.
Wiedział także, kiedy przepraszać.

Ordo Skirata rozmyśla o swoim mandaloriańskim ojcu, Komandosi Republiki: Potrójne Zero



Minął listopad, tradycyjnie więc, raport!

W tym miesiącu przybyło nam sześć prac — jedna od Sh`ehn oraz pięć od Ratbora.


Dodatkowo dział z publicystyką wzbogacił się o pięć opowiadań Arneuna — będące kolejną częścią historii Ornina Spotkanie, a także Hełm, Konsekwencje, Nauczka oraz Przyzwyczajenia. Pojawiły się też trzy nowe opowiadania Merela z cyklu "Pamiętnik oficera policji z Coruscant", a konkretnie —Dzień Pierwszy, Pierwsze Kroki oraz Slogan Prewencjusza.

Opublikowaliśmy też relacje z konwentów, w których braliśmy udział: z Comic Conu Warszawa oraz Falconu.

Do tego pojawił się najnowszy Wizjer Manda`Yaim dotyczący kryteriów stosowanych przy wyborze zleceń.




Podczas walki nigdy nie dysponuje się kompletnymi informacjami, drodzy panowie. Właśnie taką sytuacją określa się jako wojenny zamęt. Można albo siedzieć bezczynnie i się zastanawiać, co jest prawdą, a co nie, albo dojść do wniosku, że nieprzyjaciel także tego nie wie, i ze względów psychologicznych oddać kilka strzałów. Naprawdę dobra armia to taka, która musi tylko potrząsnąć szabelką, żeby wygrać wojnę.

Kal Skirata o walce, Komandosi Republiki: Bezpośredni Kontakt



Temat na forum
 
· Mahiyana dnia 01 grudzień 2018 12:13:15 · Drukuj
Wizjer Manda`Yaim #12
 
Okiem Manda`Yaim

Kolejny Wizjer dotyczący zawodowych aspektów życia Mandalorian! Zasady, kredyty, czy może dodatkowe okoliczności – w tym miesiącu podejmujemy temat moralności najemników i zdradzamy jakimi motywacjami kierujemy się przy wyborze zleceń.


Arneun:
Patrzyłem na spokojnie siedzącą Innadę przeglądającą listę zleceń przesłaną nam przez Kute. Byłem zaskoczony widząc, że Duros wyszczególnił większość rzeczy mogących mieć wpływ na wybór zlecenia. W tym to, czy właściciel posiada niewolników, czy zlecenie dotyczy w jakiś sposób niewolnictwa, nawet rodzaj celu był często określony, a przy jednym czy dwóch zauważyłem oznaczenie wskazujące na całkowitą niewinność celu.
Z rozmowy, która nastąpiła później, dowiedziałem się, że o przekazaniu większości z tych informacji łowcom zleceniodawcy nie wiedzą. To Kute wykorzystywał swoje kontakty, co w większości nie było drogie, zwłaszcza patrząc jak wiele z tego jest wiedzą publicznie dostępną. Pobierał za te dodatkowe usługi połowę wartości zlecenia, jednak nam i reszcie współpracujących z nim istot taki układ odpowiadał.
Sama Innada przy okazji napomknęła, że pomijając nieprzystosowanie „Tancerki” nie wzięłaby nigdy zlecenia dotyczącego bezpośrednio niewolnictwa, wspomniała też, że dopóki może, raczej wolałaby unikać moralnie wątpliwych, czyli zleceń opatrzonych znakomitą większością pozostałych oznaczeń. Nie było to coś czym byłbym specjalnie zaskoczony — ostatecznie sam prędzej pomógłbym komuś w ucieczce z niewoli, niż przewiózł do kopalni na Kessel.
Pamiętałem jedno czy dwa mniej przyjemne zlecenia, które wzięliśmy gdy byliśmy w znacznie gorszej sytuacji finansowej niż zwykle i faktycznie, to rzadko było coś, co chciałbym robić gdybym miał wybór. Po obu zadaniach świadomość, że jesteśmy tylko bronią i umiejętnościami do wynajęcia niewiele pomagała. Zwłaszcza pierwsze z nich — wyeliminowanie świadka pewnego zdarzenia — sprawiło, że długo zastanawiałem się nad odmówieniem współpracy, jednak przypomnienie o stanie naszego konta i statku sprawiło, że grzecznie wykonywałem kolejne polecenia Innady.
Ostatecznie postaraliśmy się, by, choć zlecenie zostało wykonane, zapłata otrzymana, zleceniodawca został skazany. Przecież to nie nasza wina, że mało kto wiedział o holodzienniku, który prowadził cel zlecenia… nawet jeśli sam cel dowiedział się o nim gdy kazaliśmy mu go nagrać, a oskarżony długo po zabezpieczeniu nagrań. Byliśmy na tyle ostrożni, że do zarzutów dorzucono mu też zlecenie zabójstwa świadka oraz dodatkowo utrudnianie pracy organów prawa poprzez eliminację świadka, bez żadnych nieprzyjemnych konsekwencji dla nas.

Behot:
Zorientowałem się, że stoję oparty o gródź w maszynowni i patrzę się w bliżej nieokreślony punkt na ścianie. Musiałem się bardzo zamyślić nad tą usterką. Otrząsnąłem się, ucieszony, że nie jestem w terenie, tylko w zawieszonym pośród bezkresnej pustki kosmosu, bezpiecznym frachtowcu. Moim frachtowcu…
Naszło mnie na wspomnienia, więc wróciłem myślami do starych czasów, kiedy jeszcze nie miałem własnego statku. Kiedy musiałem podróżować w najlepszym razie publicznymi jachtami, nie wiedząc, czy przez niekompetencję pilotów nie zostaną one zestrzelone, nie wybuchną lub nie zderzą się z jakimś cieniem grawitacyjnym. Uśmiechnąłem się, rozbawiony emocjami, jakie wtedy odczuwałem. Byłem skłonny przyznać, że jestem zupełnie innym człowiekiem niż wówczas, ale wtedy przypomniałem sobie o pewnej sytuacji, która miała miejsce właśnie w tamtym okresie mojego życia. Do dzisiejszego dnia o niej pamiętam.

Pracowałem dla jednego Hutta jako kolekcjoner długów. Nie chciałem tej pracy, ale wybierałem między tym a posadą ochroniarza kasyna na Nar Shaddaa, więc wybór był oczywisty, a przynajmniej dla tamtego mnie. W chwili bowiem, kiedy rozmyślałem o tym na statku wiele lat później, nie wziąłbym tej roboty, choćbym miał jadać ze śmietników. Być może jednak było to spowodowane złymi wspomnieniami.
Pracowałem więc, zarabiając coraz więcej, w pewnej chwili zacząłem jednak czuć na karku oddech przesympatycznej grupki przemytników, którym kiedyś zalazłem za skórę. Musiałem jak najprędzej uciekać z sektora, a najlepszym sposobem było kupić własny statek kosmiczny. Jako że miałem już odłożone sporo pieniędzy, upatrzyłem sobie sprzedawcę i zamierzałem dokonać transakcji tak szybko, jak szybko na moje konto wpłynęłaby kolejna premia za dobrze wykonaną robotę. Sprawa stała się jednak skomplikowana.
Dostałem pilne zlecenie na akcję, której celem był jakiś ważny dłużnik. Rozpocząłem więc jego obserwację. Po tygodniu wiedziałem już o nim wszystko. Wtedy naszły mnie pierwsze, malutkie wątpliwości. Nie wyglądał mi na kogoś, kto robi interesy z huttami. Był ojcem zwykłej, czteroosobowej rodziny i jego tydzień, a nawet miesiąc życia były tak przewidywalne, że aż nudne. Praca, dom, praca, dom, restauracja, dom, praca, dom – tak wyglądał jego wykres przemieszczania się, doba w dobę. Mimo młodego wieku nie byłem jednak naiwny i uznałem, że skoro w Galaktyce byli ludzie maskujący się jeszcze dokładniej, a w ukryciu prowadzący podwójne, czasem potrójne życie, to moje wątpliwości są nieuzasadnione.
Miałem informację z dobrego źródła, że jeśli to zlecenie wykonam dobrze, dostanę taką premię, że zdążę wynająć kalamariańską operę, żeby odleciała ze mną z tego zapyziałego systemu moim nowym statkiem. Wątpliwości jednak powracały. Mówiłem więc sobie: „Odpuść, stary, jesteś prostym najemnikiem, musisz wyjść na prostą”. Nic to nie dawało, nie mogłem się powstrzymać. Zacząłem szukać. Wszystkiego, co dało się znaleźć o powiązaniach mojego pracodawcy z tym facetem. „Przecież wiedza w niczym nie zaszkodzi, nie?” – mówiłem do siebie. Popełniłem więc podstawowy błąd nowicjusza – zaangażowałem się emocjonalnie. Z perspektywy czasu, kiedy o tym myślałem, uczyniłbym to jednak ponownie, bez wahania. To bowiem, co odkryłem, okazało się bardzo ciekawe.
Mężczyzna został wrobiony w dług o wartości ponad miliona kredytów. Przy jego warunkach finansowych czyniło go to uzależnionym na całe życie. Nie mógł nic zrobić, by zapobiec swojemu losowi. Sprawdziłem tysiące możliwości i nie ulegało wątpliwości, że był bezwolną ofiarą. Okazało się, że ludzie Hutta zabili już jego brata, tylko po to, żeby pokazać, do czego są zdolni.
Co więc zrobiłem? Długo myślałem nad możliwymi opcjami. Wiedziałem, że potrzebuję tej forsy, bo bez niej groziło mi duże niebezpieczeństwo i kolejna spirala wyboru słabych miejsc zatrudnienia z powodu braku pieniędzy. Jeśli nie wybiłbym się wtedy, mógłbym nie zrobić tego już nigdy. Poza tym, jeśli ja nie sterroryzowałbym tej rodziny, zrobiłby to jakiś inny najemnik. Ale coś mi mówiło, że niszczenie życia innej osoby, by chronić swoje, nie jest honorowe. Wspominając tamten moment wiedziałem już, że było tak przez mojego ojca, który wbił mi niegdyś do głowy potrzebę honoru i silnej wiary w to, kim się naprawdę jest. W końcu dokonałem wyboru.
Zwolniłem się z pracy u Hutta i zostałem na planecie. Dodatkowo ostrzegłem dłużnika, choć nie sądzę, by zdołali uciec daleko. Ale ja postąpiłem zgodnie z własnymi wartościami, z honorem, i to się tak naprawdę liczyło. Moje straty były za to dużo bardziej odczuwalne, bo fizyczne: musiałem stawić czoła tamtym przemytnikom i o mało przy tym nie zginąłem, a kupno statku opóźniłem o prawie dwa lata.

Uśmiechnąłem się, wciąż oparty o gródź w maszynowni mojego Ghtroca. Doszedłem do wniosku, że nie zmieniłbym wyboru, gdybym musiał go powtórzyć. Wszyscy twardziele, „bezkompromisowi” i „niesentymentalni” najemnicy z gett`se z beskaru, w tym wielu moich rodaków, mogło być, jacy byli i uważać, jak uważali. Może takich też potrzeba w Galaktyce? Ale jeśli by zapytać mnie, uważam, że niektórych rzeczy po prostu nie należy robić, nawet jeśli taki wybór niesie za sobą ryzyko śmierci. Żeby dobrze zarabiać, najemnik wcale nie musi być niehonorowy ani nie mieć wyższych wartości, którymi się kieruje. Wybieranie zleceń ze względu na osobistą etykę czy moralność nie jest tak złe i ryzykowne, jak się o tym mówi. Byłem tego żywym przykładem.
Odepchnąłem się od metalowej ściany i poszedłem po zestaw narzędzi. Po drodze pomyślałem, że może jednak nie wszystko w człowieku zmienia się z upływem czasu.

Merel:
Holodziennik numer 375. Wpis własny.
PODAJ UŻYTKOWNIKA I HASŁO.


UŻYTKOWNIK: MEREL

HASŁO: BLITZ

DOSTĘP PRZYZNANO.

TRWA DESZYFROWANIE......


Po chwili twoim oczom ukazuje się hologram przedstawiający twarz znanego ci mężczyzny. Merela.
Po chwili namysłu Mandalorianin odzywa się zachrypniętym i trochę bełkotliwym głosem.

Niektórzy z was… zapewne nie wiedzą jak powinno się sortować zlecenia... czy kredyty to najważniejszy motywator przy zleceniach? Może… bezinteresowna pomoc, „bo tak trzeba”? Czy może jest jeszcze inny powód?

Merel na chwilę przerwał monolog, dając ci czas na przetworzenie informacji.

Pobudki moralne i bezinteresowne powinny być brane pod uwagę jako ostatnie. Dlaczego? Bo za „dziękuję” jeszcze nikt się jeszcze nie najadł.
Niestety... Galaktyka jest bezlitosna. Nie dba o słabych. Oni się nie liczą.

Konieczność? W sensie porwania, zastraszania? Zależy od sytuacji. Mimo wszystko trzeba pamiętać, aby finałem waszych działań było zrobienie piekła z życia temu, kto was zmusił do takiego działania.

Jedynym prawdziwym motywem stawiania zlecenia powinny być kredyty. KREDYTY. K R E D Y T Y. Tylko dzięki temu będziecie kimś. Kasa daje władzę, a władza to kasa.

Nedz:
Pewnie każdy, kto jest łowcą nagród, musiał kiedyś coś wybrać i niekoniecznie chodzi tu o zlecenie, bo tutaj sprawa, jak jesteś Mando, jest prosta — możesz w nich przebierać ile i jak ci się żywnie podoba. Jakieś zlecenie ci nie podchodzi, to bierzesz inne. O wiele gorzej jest już jeśli w trakcie zlecenia trzeba podjąć jakiś wybór. No a jaki? Czy za to, co zrobisz, dostaniesz więcej czy mniej kredytów. Co zrobić kiedy musisz coś zrobić, ale coś cię trzyma w miejscu.

No, co do kredytów, to raczej dostaniesz więcej kredytów za żywego niż martwego, ale martwego jest prościej transportować, no i nie ucieknie i nie doniesie na ciebie. A co do tego drugiego — nikt nie mówi i nie będzie mówił, że robota łowcy nagród jest łatwa. Czasami będzie trzeba zastrzelić kogoś, kogo nieźle znasz, albo ktoś ani trochę nie zamieszany w to co robisz zobaczył za dużo i trzeba zadbać, by się nie wygadał. A to co zrobisz zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Musisz też myśleć do przodu, że jak kogoś oszczędzisz, może dać ci spokój, a może też się na tobie zemścić.

No to co zrobić jak będzie trzeba coś wybrać? A bo i ja wiem? I tak zrobisz to, co uznasz za lepsze wyjście.

Radok:
„Za Waszą sprawę, za Wasze kredyty” — moim skromnym zdaniem jest to motto jakie powinno przyświecać najemnikom w ich fachu. Dlaczego? Bo dla kogoś, kto nie walczy za ideę, nie walczy za poglądy, religię, kraj... nie jest istotny cel wojny, a skutek jakim jest żołd. O spełnieniu obowiązku mogą mówić żołnierze, którzy ślubowali bronić swej ojczyzny. O konieczności muszą mówić osoby, które stanęły w obliczu wojny i są zmuszone chronić swoich bliskich. A dla najemnika... to tylko praca. A gdzie tu miejsce na moralność? Nie ma, tak samo jak wojna nie ma nic wspólnego z honorem.
Oczywiście nie twierdzę, że każdy najemnik to kawał sukinkota co to strzelać będzie do dzieci, ale to są już kwestie osobiste. Tak, będę walczył za kredyty w cudzej wojnie, ale nie będę w czasie walki strzelał do cywili. Zwyczajnie dlatego, że własne sumienie mi nie pozwoli.
Wspomniana w temacie moralność moim zdaniem kształtuje się w każdym zupełnie inaczej. Ktoś odmówi pracy dla Imperium ale będzie wspierał Rebelię bo jego zdaniem ich działania są słuszne. Z drugiej strony inny najemnik będzie traktował Rebelię jak bandę terrorystów, którzy dążą do destabilizacji wprowadzonego rządu i dla niego niemoralnie będzie wspierać rebeliantów. Kto ma rację? Nikt.
Wybierając kontrakty w oparciu o swoje sympatie polityczne, najemnik działa w oparciu o moralność narzuconą mu przez zleceniodawców. Staje się narzędziem, kolejnym żołnierzem dla sprawy. Równie dobrze mógłby przywdziać biały pancerz lub mundur rebelianta.
Moim zdaniem prawdziwą ideę bycia najemnikiem oddaje kierowanie się kwestią wynagrodzenia, moralność swoich działań niech każdy tworzy na bazie własnego sumienia. Osoby bogacące się na wojnach wszak sprzedają broń i do jednej jak i do drugiej strony. Zatem, jeśli jest szansa na zarobieniu kilku kredytów na czyiś waśniach... wystarczy się zorientować, która strona zapłaci więcej.

Sh`ehn:
Machia popatrzyła krytycznie na skrzynki, które przed trzema dniami, zaplombowane i opisane, ustawiła pod ścianą ładowni. Ze środka jednej z nich dochodziło ciche brzęczenie. Zmarszczyła brwi i po raz ostatni przebiegła wzrokiem informacje wyświetlane na datapadzie — deklarację zawartości ładunku, złożoną i podpisaną przez klienta przed startem. O ile się orientowała, żaden ze wskazanych towarów nie powinien wydawać dźwięków. Wszystko bezpieczne, legalne, zapakowane w zgodzie ze wszystkimi normami — przynajmniej na ekranie. Podstawowy skan ładunku, od którego zależało czy weźmie pakunek na swój pokład, w założeniu kolejny środek zapobiegawczy mający ochronić ją przed „kłopotliwymi” zleceniami, wykonała jakieś 90 standardowych jednostek czasu temu i wypadł pomyślnie. Właściwie nie było się czemu dziwić, jej aparatura skanująca była średniej klasy, i nie zawsze dawała sobie radę, zwłaszcza, jeśli klient wyjątkowo postarał się, by coś ukryć.

Westchnęła ciężko, i wyciągnęła zza pasa rękawice ochronne. Będzie musiała wszystko poprzestawiać; im szybciej się za to weźmie, tym szybciej będzie z głowy. Najpierw ustali z której skrzynki dochodzą tajemnicze dźwięki, a potem... Potem ktoś, najprawdopodobniej jej ,,sprytny’’ klient, będzie miał mocno przechlapane. Podstawową zasadą, którą Machia kierowała się w swojej pracy, było unikanie kłopotliwych zleceń czy to pod względem legalności, zasad moralnych czy kwestii logistycznych. Jeśli ktoś postanowił zlekceważyć warunki na jakich wynajmowała swój statek do transportu... cóż, szkoda, że nie pomyślał wcześniej o konsekwencjach. Nie lubiła gdy utrudniało jej się życie i pracę i nie miała w zwyczaju zostawiać podobnych przypadków bez wyciągania z nich konsekwencji.

T`Rez:
— Faber, mam pytanie. — Spytał Fiau popijając kolejny łyk kafu. — Dawaj — rzuciłem siedząc naprzeciwko niego. — Świetnie walczysz, potrafisz stać się niewidoczny, omijasz bez trudu różne zabezpieczenia i pułapki. Dlaczego nie przyjmujesz zleceń na zabójstwo? Większość z nich jest lepiej płatna niż te, które przyjmujesz. — Spytał się z typową dla niego dziecinną ciekawością. Po chwili niezręcznej ciszy, wbijając wzrok w dół odpowiedziałem.
— Wielokrotnie zastanawiałem się dlaczego zawsze biorę zlecenia podchodzące pod detektywistyczne, zamiast typowo najemniczych — jak prawdziwy Mandalorianin. Znasz moją historię, czyż nie? — Fiau znał ją aż za dobrze. W końcu to on był pierwszą osobą, którą spotkałem będąc na tak zwanym „dnie”. — Końcówka Wojen Klonów, wrobienie w zabójstwo, wygnanie z klanu. Tak, znam.
— No właśnie, można rzec, że jest kilka powodów. Pierwszy jest taki, iż honor nie pozwala mi stać się tą osobą, za którą moi vode mnie uważają. Drugi jest o wiele prostszy... Za dużo Mandalorian leci na takie zlecenia jak ogary kath na mięso. — Podnosząc wzrok, zmieniając refleksyjne spojrzenie w szyderczy uśmiech, dodałem. — Przecież nie będę zabijał „niewinnych”. — Spojrzał na mnie rozbawiony i powiedział — Wiesz, T`Rez, będziesz musiał wziąć to zlecenie, mam informacje że Di`kut, mam nadzieję że dobrze to wymawiam, którego szukasz, jest jedną z osób, które je wzięły... — W moich oczach pojawiła się iskierka nadziei. Zmieniła się w żar, kiedy przysunął mi datapad z danymi zlecenia. — Zabójstwo szefa gangu rozprowadzającego przyprawę? — spytałem. — Dobra, biorę to, ale tylko dlatego, że to czas na zemstę i oczyszczenie swego imienia. Plus... — Plus? — spytał mnie skonsternowany przyjaciel. — Powiedzmy, że zależy mi na tym, by gangsterskie szumowiny nie nękały zwykłych obywateli — dodałem sarkastycznie.



Temat na forum.
 
· Shehn dnia 19 listopad 2018 22:58:31 · Drukuj
Raport z działalności - Październik 2018
 
Strona & SpołecznośćAch, ten lot przez atmosferę na wysokości 80 kilometrów, uniki i zwroty. Mój pancerz jarzył się jak rozpalone słońce.
Będąc niecałe trzydzieści metrów nad ziemią zrobiłem zwrot i strzeliłem do ogromnych generatorów laserów, które stały na mojej drodze.
Fala uderzeniowa eksplozji zniszczyła cały pobliski kompleks budowli. To była najszczęśliwsza chwila w moim życiu.

Canderous o bazyliszkach spopielających planety, Knights of the Old Republic



Minął październik, tradycyjnie więc, raport!

W tym miesiącu przybyło nam osiem prac - jedna od debiutującego w galerii Behota, kolejna od, również zaczynającego udzielanie się graficzne, Ratbora, dwie od Tarry i trzy od Mahiyany.

Za to w Innych Dziełach pojawił się Ysalamiri wykonany przez Morrigan oraz dwie dynie halloweenowe - jedna od Mahiyany i druga od Aranei.

Dodatkowo dział z publicystyką wzbogacił się o opowiadanie autorstwa wspomnianego już Behota - The Old Republic: Nadzieja na koniec oraz drugie, napisane przez Arakha - Szczyty możliwości.

Opublikowaliśmy też relacje z konwentów, w których braliśmy udział, a konkretnie z Coperniconu oraz pierwszej Akademii Jedi w Inowrocławiu.

Do tego pojawił się najnowszy Wizjer Manda`Yaim dotyczący kolekcjonowania trofeów.




Przepraszam. To Mandalorianie. Wybuchy trochę ich... no, emocjonują.

Zayne Carrick o Mandalorianach, Knights of the Old Republic: War



Temat na forum
 
· Mahiyana dnia 01 listopad 2018 14:59:45· 0 komentarzy · 2092 czytań · Drukuj
Wizjer Manda`Yaim #11
 
Okiem Manda`Yaim

W kolejnej edycji Wizjera możecie poznać stosunek naszych członków do kolekcjonowania zdobyczy. W nadesłanych tekstach zdradzają czy skłaniają się ku temu, by trofea zbierać, nosić i eksponować, czy może wręcz przeciwnie.


Arneun:
– Po co to nosisz? – wskazałem na wisiorek na szyi Nixa – Widziałem jak upychasz to pod kombinezonem i `gamem. To nie może być wygodne.
– Widzisz, to jednocześnie pamiątka i trofeum. Perła smoka Krayt, którego upolował mój ojciec.
– Skoro to on upolował, to czemu?
– Widzisz… to jedna z nielicznych, które można nosić na szyi bez oprawiania… Na tyle charakterystyczna, że rozpoznawały go istoty, które tylko o nim słyszały.
– Cały czas nie rozumiem.
– To trofeum, bo to ja upolowałem jego. Nic więcej nie zbieram, ale chcę, żeby ludzie wiedzieli. Widziałem statki trandoshan, pełne upolowanej zdobyczy, zwierząt większych i mniejszych. Powiem ci, że większe wrażenie zrobiły na mnie włosy wookiech noszone przez Fetta. Trandoshanie, oprócz tego, że zupełnie nie mają poczucia stylu, chwalą się właściwie wszystkim. To nie ma sensu. Widziałem też wojownika, który uparł się, żeby karbować swój blaster, za każde życie, które zabrał. Zginął podczas żłobienia kolejnej rysy, bo uszkodził emiter. Jeżeli chcesz przechwalać się tym, jak wspaniały jesteś, równie dobrze możesz utworzyć obwoźny cyrk i zabierać zwierzęta z Zewnętrznych Rubieży, tylko po to, żeby pokonywać je gołymi rękami, a potem zamykać w klatce do ponownego występu. Mnie wystarczy, żeby mnie rozpoznawano – pomaga przy negocjowaniu kwot za zlecenia. Resztę historii dopowiedzą sobie sami, plus w naszym zawodzie lepiej nie rozwiewać niektórych plotek. A ty? Nigdy nie widziałem, żebyś cokolwiek eksponował.
– To trochę przez Innadę… Wiesz jaka jest… Już wcześniej mało przyzwyczajałem się do rzeczy, zwłaszcza, że mogłem je w każdej chwili stracić…
– A ten miecz świetlny? Wiesz, który.
– A wiesz, że były dwa? Nie mam pojęcia skąd tamten człowiek zdobył ostrza. Jedi na pewno nie był. Usiłowałem je dopasować do tych szczątków wiedzy o Zakonie jakich Imperium nie wytępiło i wszystko wskazuje, że ktoś zawinął je spod nosa białych pancerzy, niedługo po egzekucji właścicieli. W każdym razie doszedłem do wniosku, że skoro je mam równie dobrze mogę nauczyć się nimi posługiwać. Na razie bez efektu, ale udało mi się jeden przerobić. Po skróceniu wiązki jest z niego całkiem przydatne narzędzie do napraw.

Behot:
– Atin? – zagadnął mnie pewnego razu Mond, kiedy obaj siedzieliśmy w “Ge`catra”, pijąc kaf przy stoliku w świetlicy i grając w dejarika. – Przyszło mi właśnie do głowy, że kiedyś opowiadałeś mi o swoich planach na stworzenie czegoś w rodzaju kolekcji. Że po każdym wypełnionym zleceniu będziesz zostawiał sobie pamiątkę.
Zamyśliłem się.
– Faktycznie – odparłem. – To stało się już dla mnie nawykiem i na początku nie wiedziałem, o co ci chodzi. Chodź, pokażę ci.
Minutę później staliśmy obaj w jednej z kabin dla pasażerów, którą przerobiłem na mały składzik. Na półkach regałów leżały równo co kilka centymetrów różnorakie przedmioty, takie jak małe elektroniczne urządzenia, kawałki metalu, gogle snajperskie czy drewniane pudełeczko. Mond jednak zatrzymał się przed innym, mniejszym regałem.
– Trofea – stwierdził.
Rzeczywiście, trzymałem tam trofea. Na trzech półkach można było dostrzec między innymi ząb nexu, pazur Togorianina, warkoczyk z włosów Wookiego, mały, ale piekielnie ostry, zdobiony nóż i parę innych ciekawych rzeczy.
– Skoro masz trofea, to dlaczego nie nosisz ich przy `gamie? — zapytał przyjaciel.
– Bo nie uważam tego za konieczne – odparłem w swoim pragmatycznym stylu. – Ani potrzebne. Trofea trzymam po to, żeby pamiętać, jak ciężko musiałem walczyć, żeby je zdobyć. To przypomina mi, że muszę stale ulepszać siebie i swoje umiejętności. Dodaje także nieco pewności siebie. Natomiast noszenie ich przy zbroi jest pewnego rodzaju obnoszeniem się ze swoimi osiągnięciami. Oczywiście ma to wiele plusów, takich jak wzbudzanie strachu we wrogach i bycie traktowanym przez innych z większym szacunkiem. Jednak ja uważam, że jeśli walczysz z wrogiem, który tak łatwo daje się przestraszyć, to niepotrzebne ci żadne trofea przy pasie. Tak samo, jeśli gadasz z kimś, kto nie szanuje cię z prostego powodu – że jesteś łowcą nagród i mógłbyś urwać mu łeb w każdej chwili – to miej go po prostu gdzieś. W ogóle niektórzy uważają, że należy obnosić się ze śladami na zbroi, co według mnie także jest przesadą. Zawsze może być tak, że osoba ze schludną zbroją bez widocznych trafień nie ma ich dlatego, że jest bardzo dobrym skrytobójcą albo snajperem.
Dlatego nie noszę trofeów. To całkowicie niepotrzebne.

Merel:
Dwóch mężczyzn przechadza się po magazynie wylełnionym różnymi przedmiotami.
— Merel... co to jest? — zapytał Ordo.
— To, mój drogi vod, jest kieł Rancora, którego ubiłem na Voss. Bestia uciekła z klatki i zabijała napotkaną zwierzynę. Nie było...
— Dobra, dobra... tak tylko pytam. A to? — Ordo wskazał na czaszkę w rogu.
— Czaszka Trapjawa z Tatooine.
— Mhm... a tamto? — tym razem padło na wielką łapę.
— To jest szpon Pierwszego z Dromund Kaas.
— Pierwszego?
— Tak. Miejscowa nazwa bestii.
Ordo rozglądał się dalej po magazynie ze zdobyczami Merela. W jego ocenie było to marnowanie przestrzeni takimi głupotami.
— Nie chcesz się tego pozbyć?
— Oszalałeś? To są trofea. Moja spuścizna.
— Taak... A po ci to wszystko?
— No... Żeby oko cieszyło.
— To sobie Garnganeela w karbonicie postaw.
— Króla przemytników? Może kiedyś. Na razie może być potrzebny. Dlaczego ty nie zbierasz trofeów? Przecież też masz sporą listę.
— Hmmmm.... jakby ci to powiedzieć... jak duży jest TEN magazyn?
— Ma łącznie 120 metrów sześciennych.
— I jak widać jest pełny?
— No... tak. Trochę się tego nazbierało.
— A tak zmieniając temat. Byłeś ostatnio na pochówku Dimira?
— Dobrze wiesz, że tak.
— Mały ten grób, co nie?
— Czy ja wiem? Normalny. Metr na dwa i głęboki na półtora.
— Liczmy trzy metry sześcienne. To brakuje jeszcze 117m3.
— Co masz na myśli?
— Hehe... domyśl się, ner vod`ika.


Dla nie tych którzy dalej nie wiedzą o co chodziło Ordo — trumna nie ma za dużo miejsca. I nie zabierzesz nic na tamten świat.

Nedz:
Zbierać trofea, nie zbierać? A jak zbierać, to nosić ze sobą? A jak nosić – to na pokaz czy dyskretnie? Według mnie, jak kto woli, choć trofea opłaca się zbierać, a nawet czasami mieć przy sobie, by zrobić rzecz typu „O zobacz a co to? Nie wiesz? Jaka szkoda. To może ci wyjaśnię to, i tylko i wyłącznie to, zostało po pewnym di`kucie, który kiedyś dość mocno zaszedł mi za skórę". A po co robić takie rzeczy – dla wywarcia presji na odbiorcach, bo jak się grzecznie pytasz to oni nic nie wiedzą, ale jak zrobisz rzecz opisaną powyżej to sukces prawie że gwarantowany, no, chyba że odbiorca faktycznie nic nie wie albo jak zobaczy resztki twojego wroga to zejdzie na zawał. Ale lepiej nie noś za dużo tego przy sobie, bo będziesz wyglądać co najmniej ciekawie, czyli jak jakiś szaman, albo będziesz je nosił w walizce.
A na co to komu, w sensie, że zbieranie łupów? A, no tak, bo czemu nie, choćby dla zabawy tylko poprzestań może na przedmiotach materialnych, a nie na tym, co kiedyś było częścią ciała twoich wrogów.

Sh'ehn:
Trofea były jednym z tych elementów życia wśród Mandalorian, na który Machia okazała się być kompletnie nieprzygotowana. Oczywiście, postanawiając zamieszkać na nowej planecie liczyła się z trudnościami związanymi z barierą kulturową; jednak nie przypuszczała, że będzie musiała zmierzyć się z, jak wówczas sądziła, tak kontrowersyjną i trudną do zaakceptowania praktyką, jak zbieranie trofeów. Przy okazji wcześniejszych pobytów na Mandalorze nigdy tak naprawdę nie przyjrzała się uważnie zdobyczom ozdabiającym zbroje wojowników. Zresztą, miała wtedy do czynienia jedynie z nielicznymi Mando; podczas gdy już po kilku dniach mieszkania wśród zakutych w pancerze mężczyzn i kobiet zaczęła dostrzegać coraz więcej szczegółów, cech charakterystycznych tej, wtedy jeszcze obcej, kultury… niekiedy takich szczegółów, których wolałaby nie zobaczyć.

Na Onderonie widywała Jeźdźców Bestii – wielu z nich nosiło ozdoby wykonane z kłów, pazurów czy skrawków futer zwierząt, które wcześniej poskromili; wiedziała też, że wśród pracowników korporacji, w której niegdyś była zatrudniona, znalazłoby się kilku aktywnych myśliwych, co jakiś czas organizujących dwu-trzydniowe wyprawy w głąb porastającej onderońskie księżyce dżungli. Przywozili z tych wycieczek rozmaite pamiątki; czasem garść zrogowaciałych łusek zakkega, czy skórę bomy, czasami parę zasuszonych łapek cannoka – „na szczęście”. Ją samą polowanie nigdy nie pociągało; ale nie miała problemu z tym, że inni z dumą popisują się myśliwskimi osiągnięciami i namiętnie kolekcjonują odpowiednio wyprawione części ubitych zwierząt. W przypadku Mandalorian trudność w pogodzeniu się z takimi praktykami wynikała z tego, że niekiedy „zwierzyna” okazywała się inteligentna.

Koszmarne, makabryczne... te określenia mimo woli przychodziły jej do głowy, gdy widziała kołyszący się u naramiennika misternie spleciony, niepokojąco przypominający ludzkie fryzury, warkoczyk, lub pęk skalpów zdartych najprawdopodobniej z wookiego. A choć część kłów i pazurów z pewnością należała do zwykłych bestii, Machia nie miała wątpliwości, że nie można tego powiedzieć o wszystkich. Zaś zawieszki i plecionki – symbole statusu lub amulety pokonanych wrogów – wcale nie wydawały się lepsze. Miała wrażenie, że odbieranie przegranym przedmiotów tak silnie związanych z ich tożsamością niesie z sobą hańbę, jest w jakimś sensie bezczeszczeniem ich godności, niemal świętokradztwem.

W tamtych czasach chwilami nie była pewna czy ma do czynienia z łowcami nagród, istotami tak jak ona starającymi się zarobić na życie, czy może łowcami głów, barbarzyńcami, którzy w tym co robią dawno zostawili za sobą swoje człowieczeństwo. Kiedy indziej zastanawiała się jak to jest, że ci wszyscy wojownicy nie boją się obnosić się ze swoimi zdobyczami. Była pewna, że na większości cywilizowanych planet prawo nie pozwala na skalpowanie przeciwników. (Teraz już to rozumiała – zwyczajnie większość z nich nie zawracała sobie tym głowy). Parokrotnie gdy widziała zbliżającą się postać ozdobioną wyjątkowo dużą ilością trofeów, chwytał ją nagły lęk; upiorne przeczucie, że wśród zwieszających się ze zbroi lub broni drobiazgów zobaczy coś, co należało do któregoś z tych nielicznych Mando, którzy byli jej bliscy. Oczywiście nieczęsto – w końcu nie miała aż tak wielu przyjaciół.

Po krótkim czasie, chcąc zachować spokój ducha, zaczęła udawać, że niczego z tego nie widzi. Przez wiele tygodni ignorowała natrętne myśli i starała się nie zwracać uwagi na nagłe i paraliżujące uczucie grozy. Jeśli nie była w stanie inaczej nad sobą zapanować – odwracała wzrok lub zmieniała temat rozmowy. Jednocześnie codzienne obcowanie z kulturą Mandalorian powoli odciskało na niej swe piętno – stopniowo jej pierwotne wrażenia zastępowała akceptacja. Coraz łatwiej było jej znosić myśl o szczycących się swoimi trofeami wojownikach; dowiadywała się więcej i więcej o samym zjawisku. W końcu pogodziła się z praktyką zbierania trofeów, a w ślad za tym przyszło zrozumienie, dlaczego te kolekcje zdobyczy są takie ważne.

To wiedza okazała się być kluczowa dla zmiany jej podejścia – każdy wieczór spędzony w kantynie, gdy, siedząc samotnie i przeglądając informacje na ekranie datapadu jednym uchem słuchała toczonych przy barze rozmów; każdy poranek, kiedy czekając na koniec załadunku spacerowała pomiędzy kolorowymi straganami rozstawionymi wzdłuż głównej, prowadzącej do kosmoportu, ulicy; każdy nowo poznany Mandalorian; każda rozmowa z tymi nielicznymi przyjaciółmi, których miała, i którzy stanowili pomost między nią, a światem odzianych w dziwne zbroje wojowników, przynosił coś nowego i przybliżał ją do tej, z początku tak bardzo obcej, kultury i jej, wydawałoby się, okrutnych atrybutów. A kiedy już nauczyła się odróżniać pazur ogara kath od szpona psa akk; talizman z zaplecionej grzywy ansionskiego suubatara od kity z pęku futra wampy, nie mogła dłużej udawać, że to tylko nic nieznaczące ozdoby. Jakiś czas później zaczęła przyglądać się mijanym sylwetkom Mando`ade – jej wzrok z uwagą zatrzymywał się na każdym dostrzeżonym szczególe.

Półtorej roku po przeprowadzce na Mandalorę, a pół roku po tym, gdy na jej drodze pojawili się Mandalorianie z klanu Me`senruus, patrzyła na trofea już nie jak przejęty grozą aruetii, ale jak wojowniczka z krwi i kości – z błyskiem zaciekawienia w oku, a nierzadko i szczerym podziwem wypisanym na twarzy. Skalpy, zęby, kościane talizmany, pogruchotane kawałki zbroi czy części broni – wszystko to świadczyło o wojowniku; stanowiło cenne źródło informacji, a bystre oko obeznanego z tematem obserwatora mogło bez trudu wychwycić i odczytać ich znaczenie.
Nabyta wiedza okazała się ponad miarę przydatna – z początku w kontaktach z klientami, by lepiej ocenić z kim ma do czynienia. Później – także w codziennym funkcjonowaniu w społeczności vode. Zdobiące zbroje zdobycze nie były jedynym sposobem by wśród zwykłych najemników rozpoznać prawdziwego wojownika; z pewnością jednak pomagały. Oczywiście trofea bywały zwodnicze – wielu takich, co noszą przyczepioną do pasa garść padawańskich warkoczyków, nigdy nie widziało Jedi na oczy; i prawdopodobnie, niezależnie od tego, za jaki autorytet chcieliby uchodzić, nie potrafiliby odróżnić rękojeści miecza świetlnego od laserowego palnika. Podobnie jak w przypadku wiedzy, z czasem Machia nabrała i wyczucia; obecnie była w stanie całkiem trafnie oddzielić prawdziwe trofea, świadczące o zdolnościach i zwycięstwach danego Mando od tych, które były raczej deklaracją aspiracji; i zamiast świadczyć o rzeczywistych dokonaniach stanowiły jedynie narzędzie autoprezentacji.

Ale trofea nie zastanawiały jej tylko w kontekście informacji, które mogłaby wykorzystać. Wkrótce po tym, gdy została zaadoptowana i zaczęła częściej przebywać w towarzystwie vode, uświadomiła sobie, że zdobycze to dla wielu istotny element budowania tożsamości, a kolekcjonowanie ich jest spoiwem społecznych relacji. Co więcej – że mogą być fascynujące. Nierzadko byle drobiazgowi towarzyszyły opowieści o przygodach tak śmiałych, że nie śniły się nawet najodważniejszym korelianom (i to po solidnej dawce słynnej koreliańskiej brandy). Zdarzało się też, że za wyszczerbionym antycznym beskadem czy pogruchotaną czaszką dzikiej bestii stały historie całych rodów. Niezależnie jednak od tego, czy właściciel zawdzięczał daną zdobycz sprytowi, sile, czy ślepemu trafowi; czy dotyczyła pojedynczego epizodu z życia wojownika, czy może były z nią związane losy kilku pokoleń – w głosie vode, gdy mówili o trofeach, prawie zawsze dało się słyszeć głęboką pasję dla życia, jakie wiedli. Gdyby miała nazwać to jednym słowem, za najtrafniejsze określenie uznałaby shereshoy.

Co prawda, wciąż zdarzały się historie, których wolałaby nie usłyszeć; lecz o ile kiedyś włos zjeżyłby się jej na głowie na samą myśl o wojownikach przechwalających się takimi opowieściami, dziś jedynie wzruszała ramionami i wracała do swoich spraw. Mandalorianie byli jacy byli – a ich kultura, jak każda inna, miała swoje jaśniejsze i ciemniejsze strony.

Widywała też też „pamiątki” o których historię nie odważyłaby się zapytać z innych powodów; takie, jak nadtopione kar`ta beskar, zbyt małe, by zbroja, z której pochodziło mogła należeć do dorosłego. O takich rzeczach nieczęsto opowiada się przy ne`tra gal czy szklance przyprawionego kafu – można o nich jedynie milczeć.

***


Dziś Machia byłaby skłonna traktować pojęcie „trofeum” naprawdę szeroko. Z jednej strony „konwencjonalne” kły, pazury, skóry i chwosty to dla niej funkcjonalny element życia społecznego; z drugiej, ostatnio zdała sobie sprawę, że choć nigdy nie zbierała niczego, co przypominałoby „typowe” zdobycze, i ona ma swoje pamiątki. Każde udane lądowanie na Mandalorze upmiętnia znakiem na jednej ze ścian statku; nie zmyła też oznaczeń, które poprzedni właściciel umieścił na podarowanym wiele lat temu karabinie. Kiedy się nad tym zastanowić, każda pamiątka jest dla Machii szczególnym rodzajem trofeum; zwycięstwem nad życiem, dowodem kolejnych doświadczeń; powodem do dumy płynącej ze świadomości, że przetrwało kolejny dzień. Niezależnie jednak od tego, co się będzie rozumieć pod pojęciem, Machia była pewna jednego; nawet Mandalorianie są ludźmi, i – ze względów kulturowych i psychologicznych; czy to jako forma określenia kim się jest, zamanifestowania swojej przynależności do grupy bądź klanu, czy swoiste memento – trofea są w dla nich w takim samym stopniu sprawą indywidualną, co wspólnym wykładnikiem kultury. Co więcej, przynajmniej większości, są po prostu potrzebne.

T`Rez:
— T`Rez, zawsze chciałem ciebie spytać: czemu nie nosisz żadnych trofeów? Widziałem już masę Mandalorian i prawie zawsze nosili jakieś ze sobą. — Spytał mnie Alon i trafił w punkt.
— Wiesz Fiau, znasz moją specyfikę pracy i przyjmowanych zleceń. Przy zbieraniu zeznań świadków, komu prędzej zaufają, osobie w pełnym rynsztunku kryjącej swoją twarz za maską i zwisającymi suwenirami, które mogą być związane nawet z tym, że ukatrupiłem ich pobratymców, czy zwykłemu facetowi w skórzanej kurtce, którego ciepłe spojrzenie i profesjonalne podejście do sprawy potrafi rozwiązać każdy język bez użycia przemocy i wyciskania z nich odpowiedzi?
— Z drugiej strony masz zbroję, którą rzadko nosisz, ale nosisz. — Odparł, próbując zapędzić mnie w kozi róg. Sprytnie, ale to za mało, gdyż nawet na to miałem odpowiedź:
— Bardziej to strój maskujący, niż zbroja. Jest lżejszy od konwencjonalnej zbroi i o wiele cichszy, a dyndające trofeum może narobić hałasu lub zwrócić niepotrzebną uwagę. — Fiau pogładził się po brodzie, po czym dodał:
— Przecież nosisz pelerynę inkwizytora przy tej zbroi.
— Feir`fek, dobra, tu mnie masz, z drugiej strony to nie jest już trofeum, tylko część garderoby! Zależy od punktu widzenia… — Odparłem dyplomatycznie.
— Jak tam sobie chcesz Faber… jak tam sobie chcesz…



Temat na forum.

 
· Shehn dnia 31 październik 2018 23:22:49 · Drukuj
Zapowiedź przewodnika pt. "Women of the Galaxy"
 
Książki30. października w sprzedaży pojawi się nowy przewodnik pod redakcją Amy Radcliffe zatytułowany "Women of the Galaxy". Będzie to encyklopedia większości kobiecych postaci, jakie przewinęły się w Star Wars, w tym Sabine i Ursy Wren, Bo-Katan Kryze czy Satine. Rysować i opisywać mają m. in. Alice X. Zhang, Amy Beth Christenson, Geneva Bowers, Sarah Wilkinson.

Cena wyniesie około 30 dolarów, będzie miała 230 stron.
 
· Urthona dnia 06 październik 2018 16:16:04 · Drukuj
Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 9,817,825 unikalne wizyty