Mający miejsce w Białymstoku Polcon rozpocznie się za 23 dni
Dwunasta rocznica istnienia Manda`yaim będzie miała miejsce za 105 dni
Amerykańska premiera serialu The Mandalorian odbędzie sięza 119 dni
Premiera dziewiątej części Gwiezdnych Wojen odbędzie sięza 156 dni
Wizjer Manda`Yaim #15
 
Okiem Manda`Yaim

Beskar`gam to jeden z bardziej rozpoznawalnych atrybutów Mandalorian - jednak nie da się zaprzeczyć, że ilu vode, tyle pomysłów na wygląd pancerza. W tym miesiącu nasi członkowie poruszają kwestię malowania zbroi, zastanawiając się, maskowanie czy indywidualność?



Arakh Ha`an:
Indywidualność – zawsze i wszędzie. W końcu Mando (a przynajmniej ich większość) nie są byle mięśniakami na imperialnym żołdzie, by nosić się niczym klony. Ba, nawet same Klony cechowała – choć nader skromna – indywidualność w oznaczaniu swoich pancerzy. Zbroja jest tym, co widzą nasi wrogowie i ofiary – w zależności od profesji oprawcy, może być mniej lub bardziej umalowana, upaćkana… Obryzgana posoką ofiaa… Eee… Celów? Również. Zwłaszcza w laboratorium, gdzie wypadki z przeróżnymi substancjami zdarzają się nader często. O ile jednak uszkodzenia, zadrapania, wgniecenia na zbrojach wojowników są niczym blizny wojenne, u naukowców są prędzej oznaką niezdarności przy przeprowadzanych badaniach. Poza tym przypadkowe zmieszanie różnych odczynników (a nuż coś skapnie z karwasza…) może zniekształcić wyniki, skazując na niebyt dni, miesiące, lata badań… Naukowiec musi być schludny. A egzekutor? Widok wyłaniającego się z czeluści ciemnej, błotnej dżungli strudzonego, sprawnie zamaskowanego Mando z wizjerem w formie czaszki, celującego z ogromnej strzelby prosto w łeb niczego nie spodziewającej się, choć nie niewinnej ofiary może – a nawet musi – przerazić… Przeraża również widok egzekutora z wibrotoporem, czekającego na przyprowadzenie słaniającego się na nogach ze strachu nieszczęśnika – mistrza ceremonii, w odświętnej pelerynie, w czystym pancerzu z wymalowanym zgodnie ze swoją profesją wzorem… Słowem – wszystko zależne od okazji; maskowanie nie wyklucza indywidualności, lecz indywidualność nie może pogrążyć maskowania.

Arneun:
Patrzyłem na dwie zbroje Innady: czarną, którą zakładała na "specjalne" misje, i dwukolorową, łączącą barwy naszego niewielkiego klanu z tak lubianym przez nią ciemnym granatem.
W większości warunków żadna z nich nie zmniejszała szans na wykrycie w jakimkolwiek znaczącym stopniu. No, może z wyjątkiem nocy. Ale sposób działania Innady i reszty naszego klanu też odzwierciedlał tego typu podejście. Zwykle każdy ryzykowny element był dopracowany do granic możliwości i właściwie nigdy nie wkraczaliśmy na całkowicie nieznany teren, więc mogliśmy sobie pozwolić na odrobinę ekstrawagancji.
Nie wspominając o tym, że kiedy braliśmy zlecenia sami, zwykle wykonywaliśmy je właśnie w nocy - przygotowana na takie przypadki czarna zbroja Innady była naprawdę trudna do zauważenia.
Reszta naszego klanu podchodziła do sprawy kolorów bardzo osobiście i kiedy staliśmy obok siebie, byliśmy zbiorem całkowicie niepasujących do siebie pancerzy. No, może z wyjątkiem kształtu. Część z nich kolorystyką swoich pancerzy podkreślała tradycyjne wartości, w szczególności Skarr upierał się przy złocie. Ale mieliśmy też osoby niezwracające zbyt dużo uwagi na symboliczną wymowę - jestem prawie pewien, że widziałem jak Ness maluje `gam na wściekle różowy po paru uwagach na temat jej niedostatecznej kobiecości (o ile dobrze pamiętam trochę "kapnęło" jej się też na napierśnik Nixa, od którego uwaga pochodziła).

Behot:
– Masz to? – spytała Kani, sadowiąc się w fotelu.
– Mhm – potwierdził Tor, siadając na miejscu drugiego pilota. Włożył czip do napędu i przez chwilę nic się nie działo. Po chwili jednak z wbudowanego w pulpit sterowniczy zestawu holograficznego wystrzelił wysoki na trzydzieści centymetrów obraz popiersia mężczyzny w średnim wieku. Pochylał się on nad rejestratorem, ubrany był w zbroję, a po dwóch sekundach przemówił:
– Arad, Atin. Zapis numer sześćdziesiąt dwa – “Kamuflaż”, podzapis numer trzy – “Maskowanie zbroi”. – Mandalorianin westchnął krótko, ale zaraz kontynuował: – Więc jeśli chodzi o malowanie zbroi w barwy maskujące, krótko: polecam. Robiłem, działało, o ile było zrobione dokładnie i zgodnie z warunkami terenu, gdzie prowadzisz misję. Nie wolno również przesadzić. Ja korzystałem z barw zmywalnych specjalnym rozpuszczalnikiem, bo lubię swoje barwy zgodne ze zwyczajem Mandalorian. Generalnie należy robić to po wojskowemu, czyli szybko, efektywnie, zgodnie z warunkami… niekoniecznie mało. – Mężczyzna się uśmiechnął. – Ta-a… Muszę zrobić zapis o wydawaniu kredytów… Dobra, przykład numer jeden: Podczas jednej z moich… dawnych misji. – Tutaj wojownik obejrzał się lekko do tyłu, jakby na coś lub na kogoś. – Zupełnie spontanicznie przydały mi się barwy do terenu lasów umiarkowanych, które kupiłem jakiś czas wcześniej. Szybkie przemalowanie, skompletowanie sprzętu – i mogłem wyruszać. Muszę zrobić zapis o wywiadzie przed misją… Kończąc: lubię swoje własne, tradycyjne barwy beskar’gam. Ale na konkretne misje tymczasowo przemalowuję.
Atin Arad, koniec zapisu.
Rodzeństwo spojrzało po sobie. Kani jak zwykle miała odrobinę załzawione oczy. Tor nie zdążył poklepać jej po ramieniu, gdy weszła Dinu z datapadem w dłoni.
– No i jak, vod’ike? Macie to?
– Mamy, mamy, Din’ika – westchnął Tor. – Też powinnaś obejrzeć.
– Spokojnie, kiedyś, jak znajdę czas – mruknęła Mandalorianka, podpinając się do konsolety – obejrzę wszystkie pod rząd. – Odpięła przewód i jeszcze chwilę postukała palcami w mały ekran.
– Powodzenia... – rzuciła ironicznie Kani.
– Dziękuję – odrzekła Dinu, po czym jak gdyby nigdy nic wyszła z kabiny.
– Naukowa świruska – parsknęła Kani i zajęła się starannym ostrzeniem swojego noża.

Nedz:
Tak, pewnie, że `gam można pomalować jak się komu żywnie podoba, choć niektórzy malują według zwyczaju, czyli: czarny to sprawiedliwość, żółty – zemsta, czy niebieski – niezawodność itd., ale chyba nawet przeważająca większość vode maluje zbroje jak chce, bo im się akurat taki kolor podoba, albo dobrze maskuje w terenie. Są też tacy, którzy na przykład nie malują beskar `gamu, tylko traktują go jako pamiątkę ze swojego klanu, lub uważają, że to zwykła strata czasu – choć takich jest niewielu. Zdarzają się też tacy vode, którzy swoje pancerze wolą "składać" ze zbroi swoich bliskich, czy towarzyszy broni, chcąc ich tak uczcić. Ale myśląc o swoim `gamie trzeba też wziąć pod uwagę, by jego malowanie było w miarę praktyczne, a nie tylko ładne - umówmy się, że beskar raczej ochroni cię przed blasterem, ale wiadomo – lepiej nie wystawiać się na cel. Tak więc malowanie beskar `gamu to indywidualna sprawa, ale warto brać też pod uwagę praktyczność

Sh`ehn:
Dzień, gdy kupiła pierwszą zbroję pamięta tak dobrze, jakby to było wczoraj….

Aenna, nazajutrz po tym, jak przyjęła Machię do klanu Me`senruus, zabrała dziewczynę do swojego starego znajomego, handlarza używanymi pancerzami. "Musimy wybrać Ci beskar`gam, moja droga." – powiedziała, i w ten prosty sposób zapadła decyzja w sprawie kupna zbroi.

Machia miała zaoszczędzone nieco kredytów. Po krótkiej rozmowie wraz z Aenną zdecydowały, że będą szukać czegoś lekkiego; najprawdopodobniej z durastali. Napierśnik, naramienniki, para nakolanników, może jakieś proste karwasze – więcej nie potrzebowała. Kurierzy, tacy jak Machia, obawiali się raczej się nagłych awarii statków – nie strzelanin. Zbroja miałaby więc pełnić przede wszystkim funkcje społeczne. Lekki pancerz wystarczy, by dobitnie zaznaczyć, że miejsce dziewczyny jest na Mandalorze – a jednocześnie nie onieśmieli aruetii.
***
Buda, w której znajomy Aenny prowadził swój interes, była surowa, ale solidna; z mocnym, odpornym na warunki atmosferyczne dachem i grubymi ścianami. Podłogę wylano durabetonem – pod nią, jak Aenna później wyjaśniła Machii, znajdował się podziemny magazyn, do którego nocami chowano towar. Zejście zabezpieczono podwójną klapą z durastali; Mando woleli nie ryzykować kradzieży bądź utraty cennych `gamów. Teraz jednak, w ciągu dnia, zbroje były wystawione na widok kupujących. Pod ścianami majaczyły sylwetki manekinów; zaś przy wejściu, na długim, niskim blacie zaścielonym czarną tkaniną stał rząd hełmów.Dookoła pomieszczenia rozstawiono blisko tuzin skrzyń, pomiędzy którymi kręciło się kilka postaci – potencjalni nabywcy. Właściciel, Ori`mird, okazał się barczystym zabrakiem w średnim wieku – biznes prowadził już drugą dekadę. Na ogół stał na uboczu, bacznie wszystko obserwując, gotów służyć radą niezdecydowanym klientom – gdy jednak zobaczył nadchodzącą Aennę, wstał, i wyszedł ją powitać. Niedługo potem starszą Mandaloriankę pochłonęła rozmowa ze znajomym, a Machia, pozostawiona sama sobie, zyskała trochę czasu by się rozejrzeć.

Główny “element wystroju”, skrzynie, wypełnione były płytkami najróżniejszych kształtów i kolorów. Początkowo Machii wydawało się, że na stoisku panuje kompletny chaos, gdy jednak podeszła bliżej, zauważyła, że poszczególne kawałki pancerzy są starannie poukładane i posegregowane ze względu na typ, materiał czy stopień zużycia; każdy jeden element zawinięty w przezroczyste kawałki flimsiplastu, by ochronić go przed zarysowaniami.
Przy największej ze skrzynce siedziała kobieta w czerwonym `gamie. Ona również była zabrakiem – spomiędzy włosów, splecionych w długi warkocz, wystawały charakterystyczne rogi. Machia nie widziała jej twarzy – Mandalorianka w skupieniu pochylała się nad uwalanym sadzą naramiennikiem. U jej stóp leżało więcej płytek wyglądających jak ocalałe z pogorzeliska. Była to Meshur, żona Ori`mirda. Zajmowała się renowacją skupowanych pancerzy. Za pomocą miękkich, skórkowych szmatek, kilku butelek z odpowiednimi odczynnikami i zestawu podręcznych narzędzi całymi dniami czyściła, polerowała i wygładzała mniejsze zadrapania. Niekiedy pomagali jej w tym młodsi członkowie klanu – dziś towarzyszyła jej para na oko dziesięcioletnich ad`ike. Do zadań Meshur należało też opisywanie towaru; jedynie Ori`mird był lepiej od niej zorientowany w tym, co mają na składzie. Zapytana, z uśmiechem wskazała Machii w których skrzynkach powinna szukać płytek z durastali; pomogła też znaleźć kilka kompletów w pasującym rozmiarze.
***
Żółty nie był pierwszym kolorem, jaki nałożono na ten konkretny naramiennik. Odrapane brzegi ukazywały kryjące się pod spodem warstwy kolejno szarej i czarnej farby; dopiero pod nimi znajdowała się srebrzysta durastal. Kiedy tak przyglądała się trzymanemu kawałkowi metalu, uderzyła ją świadomość, że w rzeczywistości nie jest to zwykły przedmiot. Pomyślała o tradycyjnej symbolice barw. Czarny, szary, złoty – sprawiedliwość, strata i żal, a w końcu zemsta – czyżby to właśnie przydarzyło się poprzedniemu właścicielowi? A może był więcej niż jeden właściciel; i każdy z nich miał swoje powody by nałożyć kolejną warstwę farby. Podniosła wzrok – nieco dalej leżał drugi naramiennik, do pary – ten z kolei “ozdobiony” był rzędem czerwonych znaczników - naliczyła jedenaście, zgrupowanych w kolumnach po cztery. Po prawej miała błękitny napierśnik z wymalowanym pośrodku białym emblematem – może aliikiem? Za napierśnikiem dostrzegła kilka kar`ta beskar – dwa z nich były czarno-białe, pokryte skomplikowanym wzorem składającym się z na przemian łagodnych zawijasów i ostrych załamań. Machia oczyma wyobraźni widziała jak poprzedni właściciele wspólnie projektują wzór, a potem pieczołowicie kreślą kolejne linie, by w końcu uzyskać dwie “lustrzane” płytki. “Wyjątkowe” – tylko takie słowo przychodziło jej do głowy, gdy zastanawiała się jak je opisać. Ale czy rzeczywiście były bardziej wyjątkowe niż zbroje trzymające się tradycyjnej symboliki barw, bądź te pokryte burymi plamami kamuflażu? Przecież decyzja o ozdobieniu `gamu aliikiem była równie ważna, co ta o namalowaniu pełniących jedynie funkcję estetyczną esów-floresów. Widząc tyle pancerzy, nierzadko mających do opowiedzenia historie życia swoich właścicieli. Każdy kawałek zbroi był odbiciem decyzji tego, kto go malował i nosił. Mandalorianie mieli przysłowie – “cin vhetin”. W wolnym tłumaczeniu oznaczało to “czystą kartę”, puste pole, które każdy, kto zdecydował się przyłączyć do Mandalorian musiał wypełnić swoimi decyzjami i czynami. W jakiś sposób fakt, że dla wielu pierwszą decyzją na nowym etapie życia był wybór barw zbroi, wydawał się dziewczynie właściwy. Od samego początku zbroja towarzyszy danemu Mando – zbiera jego historię poprzez nowe malunki, oznaczenia, rysy czy ślady po strzałach.
***
Świeżo wyszlifowana durastal lśniła w półmroku ładowni. Machia właśnie skończyła zdzierać oczyszczać kupioną niedawno zbroję z warstw starej farby. Nie planowała nic szczególnie ekstrawaganckiego - nie chciała się wyróżniać. Ostatecznie zdecydowała się na zgaszoną, oliwkowa zieleń; naramiennik chciała ozdobić malując na nim biały kyr`bes. Kolor przypominał jej dom – stojący przy łóżku hologram przedstawiający Bazyliszka, poszarzałe liście drzew na onderońskim księżycu, oczy matki, kamień, który w dzieciństwie był jej “udawanym zwierzątkiem”. Nie mogła też zapomnieć, że zieleń symbolizowała obowiązek – gdy o tym myślała, mimo woli zaczynała się zastanawiać: jakie przyszłe zobowiązania czekają na nią, Machię Me`senruus, Mandaloriankę...?




Temat na forum.

 
· Shehn dnia 21 luty 2019 02:40:38 · Drukuj
Raport z działalności - Styczeń 2019
 
Strona & SpołecznośćNasza filozofia głosi odrodzenie w ogniu bitwy. Jeśli czekasz w bezruchu, możesz spłonąć.

Ko Sornell o filozofii Mandalorian, Knights of the Old Republic: War



Za nami pierwszy miesiąc nowego roku - pora więc na na kolejny raport z działalności!

Styczeń upłynął nam pracowicie - Dhadral nadesłała aż sześć nowych grafik! Oprócz tego Mahiyana stworzyła serię trzech obrazków; do galerii trafiły też po dwie prace od Hashhany, Ratbora i Sh`ehn. Wszystkie nowe prace można obejrzeć tutaj.

Nowości pojawiły się także w dziale z recenzjami - Behot i Merel wypowiedzieli się na temat powieści Karen Traviss Komandosi Republiki: Bezpośredni kontakt. Ponadto Behot napisał jeszcze dwa teksty: jeden z opinią na temat komiksu Wrak, i drugi, dotyczący fanfilmu Rescue Mission.

To nie wszystko - w dziale M`Y w akcji pojawiła się pierwsza w tym roku relacja! O wrażeniach Ratbora z XXVII Finału WOŚP w Markach możecie poczytać tutaj.

Na koniec warto przypomnieć, że jak co miesiąc, opublikowaliśmy też nowy Wizjer - w tym miesiącu tematem były techniki negocjacyjne.


Widokiem, który wprawił go w największe zdumienie, był oddział Mandalorian, ubranych w swoje charakterystyczne ciężkie zbroje, maszerujących po hali kosmoportu, jakby byli panami świata. W czasach, kiedy Jadak pracował dla Grupy Republiki, była to społeczność niemal mityczna.

Mandalorianie w oczach Tobba Jadaka, Sokół Millennium





Temat na forum.
 
· Shehn dnia 01 luty 2019 23:19:19 · Drukuj
Wizjer Manda`Yaim #14
 
Okiem Manda`Yaim

Strzelać, czy nie strzelać, oto jest pytanie.
Kto postępuje godniej: ten, kto spokojnie
Sytuację rozwiązać słowami próbuje
Czy ten, kto z blastera zajadle pruje
W walce? Zastrzelić, zabić. Na tym koniec.


...czyli garść rozważań o technikach negocjacyjnych.


Arneun:
— Ruszyli się?
— Nie, dalej gadają przy wejściu…
— Irytują mnie ci negocjatorzy… wynik zawsze jest taki sam. — Powoli traciłem cierpliwość, siedzieliśmy wynajęci jako snajperzy na dachu naprzeciwko budynku pełnego zakładników. Niestety, lokalnym siłom policyjnym brakowało strzelców z prawdziwego zdarzenia, a nikt nie spodziewał się burzliwego okresu na planecie. Jakaś grupka maniaków ubzdurała sobie, że to jest sposób na zyskanie rozgłosu. Tym razem mieliśmy do czynienia tylko z naśladowcami, którzy wpadli na pomysł zgarnięcia przy okazji banku. Tak bardzo starali się wyjść na politycznych świrów, że byli znacznie bardziej upierdliwi.
— Nie irytuj się, przynajmniej dwa razy byli skuteczni. Plus, w ten sposób ich uwaga jest skupiona na czymś innym — upomniała mnie Innada.
— W sumie czterech. Dwóch przy drzwiach, jeden cały czas przy zakładnikach. Czwarty prawdopodobnie usiłuje dobrać się do sejfu, żadnych materiałów wybuchowych — zameldowaliśmy efekty naszej obserwacji zleceniodawcom.
— Mamy zapis z kamer, przynajmniej zanim zostały zniszczone. Wszystko szło do głównej siedziby banku. Nie było nikogo więcej — odezwał się głos w komunikatorze.
— W takim razie możemy wyeliminować wszystkich zanim zlikwidują zakładników. Trzymają ich na piętrze, zdejmiemy cele zanim wejdą do turbowindy.
— Likwidujcie — rozkaz był krótki, ale i nie potrzebowaliśmy więcej.
Niedługo później siły policyjne zabrały jednego martwego (pilnującego zakładników) i trzech unieruchomionych „terrorystów”.
— Widzisz, jednak negocjacje na coś się przydały — powiedziała Innada kiedy odbieraliśmy wypłatę.
— Tak? — Byłem szczerze zdziwiony.
— Odwróciły ich uwagę.

Behot:
– Wysadzę to! Wysadzę w jedno wielkie poodoo! – darł się niemiłosiernie głośno facet.
Nie to żebym miał problem z jakąkolwiek religią, ale ekstremiści zawsze zajmowali na mojej liście denerwujących indywiduów zaszczytnie wysokie miejsce. Siedziałem z Mondem w jednej z kawiarni na Corulag, kiedy nagle do środka wszedł koleś w dziwnie obszernym płaszczu. Coś tam chwilę mamrotał do barmana i nagle… no cóż, zrobiło się nieoczekiwanie niewygodnie.
Koleś miał na sobie ładunki wybuchowe i oświadczył, że nie odda się w ręce policji jeśli wszyscy na planecie nie wysłuchają jego religijnego protestu. Mówił coś o swojej religii i jak tam ona jest zabraniana, czy dyskryminowana. Inni klienci kawiarni kulili się, mdleli lub modlili do bogów, tymczasem my, z Mondem spokojnie sobie siedzieliśmy. Kiedy facet się odwrócił, skorzystaliśmy tylko szybko z okazji i założyliśmy na głowy swoje hełmy. Dalej jednak spokojnie obserwowaliśmy rozwój wydarzeń.
Przybył policyjny negocjator.
– Jeśli nie oddasz się w ręce policji, wkroczy oddział antyterrorystyczny – mówił.
Fajnie, metoda zastraszania odznaczona. Tyle, że nie podziałała.
– Myślisz, że jestem stiupa? – krzyczał dalej mężczyzna, z kciukiem niebezpiecznie blisko detonatora. – Wszyscy mają mnie usłyszeć!
– Wszyscy cię usłyszą, jeśli tylko zdecydujesz się na spokojne rozwiązanie sytuacji – mówił negocjator tym samym, pozbawionym emocji głosem.
No, jest lepiej. Gładko przeszedł do wychodzenia naprzeciw oczekiwaniom przeciwnika. To także jednak na niewiele się zdało.
– Macie pięć minut, żeby mi tu przygotować seans pokazany na całą planetę! Na żywo!
Wtedy negocjator wyszedł. W tym momencie wiedziałem już, że w drodze jest oddział szturmowców. To było jakieś kilka lat przed pierwszym wybuchem Gwiazdy Śmierci, więc Imperium miało się jak najlepiej. A ono tak naprawdę nie bawiło się w żadne negocjacje z terrorystami.
Natomiast sam terrorysta też nie był idiotą, a przynajmniej nie skończonym. Trzymał plecy przy ścianie i stale sprawdzał, czy nie jest narażony na ostrzał snajperów. Rozglądał się po lokalu i pistoletem blasterowym wymuszał posłuszeństwo zakładników. Którymi nie czuliśmy się wcale a wcale chyba tylko ja i Mond. Włączyliśmy nasz wewnętrzny kanał.
– Nie sądzisz, że jest to bardzo podobne do klasycznych negocjacji podczas wykonywania zlecenia na żywy cel? – zapytał Mond. Słyszałem w jego głosie rozbawienie.
– Ta-a, tyle że takie negocjacje zwykle i tak kończą się strzelaniną – odparłem, nie spuszczając wzroku z terrorysty – ale masz rację, negocjacje zwykle nigdy się nie różnią. Czy jesteś emisariuszem, czy najemnikiem.
– To… Ty czy ja?
– Mogę być ja.
W tym momencie facet zorientował się, że w rogu lokalu siedzi dwóch Mandalorian. Skierował na nas lufę blastera.
– Wy dwaj! M… Mando! – Nie mógł opanować głosu z powodu emocji. Obaj z Mondem niemal w tym samym momencie przełączyliśmy się na zewnętrzne głośniki buy`cese. Nie ruszyliśmy natomiast nawet palcem. – Zdejmować hełmy! I pod ścianę.
Nie ruszyliśmy się.
– Pod ścianę, mówię! Ten ładunek jest wystarczająco potężny, żeby zniszczyć zbroję z durastali!
Nie odpowiedzieliśmy. Mężczyzna zrobił się jeszcze bardziej nerwowy.
– Co ty robisz, człowieku – odezwał się Mond. Przygotowałem się. Facet skierował na niego swój blaster, ze słowami:
– Sami tego chcieliście! Ostatnia szansa! – Skierował wyprostowaną rękę z małym, podłużnym detonatorem w stronę tylnej ściany pomieszczenia. – Pod ścianę!
Wyciągając lewą rękę z przełącznikiem, wysunął palec wskazujący. W tym samym ułamku sekundy schował kciuk, żeby przypadkiem nie odpalić ładunku. Rozpoznałem swoją szansę.
Odepchnąłem się nogami od podłogi i, przechylając się razem z moim krzesłem na plecy, wystrzeliłem strzałkę. Strzał z blastera przeleciał mi koło głowy i rozbił na ścianie. Terrorysta upadł jak długi na posadzkę kawiarni, wywołując mimowolne westchnięcie zdumienia reszty zakładników. Wpadł oddział szturmowców. Upewnili się, że koleś jest martwy i zabezpieczyli ciało, po czym zaczęli przeszukiwać lokal. Któryś ze szturmowców odwrócił się i zasalutował niedbale, jakby w geście podziękowania. Mond nie zareagował, stawiając z powrotem swoje krzesło, ja lekko kiwnąłem głową. Z powrotem przełączyliśmy się na wspólny kanał.
– Mieliśmy, shab, rację, Mond. Negocjacje zawsze są takie same. Trzeba tylko umiejętnie dobierać słowa i ruchy oraz zawsze, zawsze mieć rozwiązanie na każdą możliwość tego, jak one pójdą.
– Ja przecież zawsze mam rację – odparł. Przysiągłbym, że się uśmiecha.

Dhadral:
Siła argumentu czy argument siły — dla Mandalorian to w praktyce jedno i to samo. A w sporej części galaktyki twoja prawda i twoja racja sięgają jedynie tak daleko, jak niesie twój blaster. W końcu jesteśmy narodem wojowników, nie dyplomatów. Dziw, że umiemy względnie dogadać się sami ze sobą, ale i tu dziękować możemy jedynie postępowi technicznemu, w dawnych czasach broń nie niosła dość daleko.
W sumie nie bez powodu Mand`alorem zostaje ten, kogo poprze największa liczba klanów. Wygląda to na bardzo demokratyczne podejście do sprawy, ale w swych początkach niewiele ma wspólnego z tymi republikańskimi bzdurami. Więcej głosów poparcia przekłada się zwyczajnie na większą liczbę blasterów, które mogą wypalić w twarz twoim ewentualnym przeciwnikom politycznym.
Skoro więc nawet w trakcie wewnętrznych dyskusji opieramy się na argumencie siły, nic dziwnego, że w kontaktach z innymi cywilizacjami był on także naszym głównym argumentem. I dotyczy to tak spraw całych planet, czy pojedynczych zleceń.
Mówi się też, że przedkładamy groźby ponad obietnice. Jednak czymże jest groźba, jeśli nie krwawą obietnicą
Nie oznacza to, że nie umiemy negocjować w bardziej „cywilizowany” sposób, czy wytaczać logicznych argumentów, po prostu zdajemy sobie sprawę, że gdy idzie o logiczne myślenie, większość mieszkańców galaktyki pozostawia wiele do życzenia. A pięść i blaster dotrą do każdego odbiorcy, tak do inteligenta, jak i idioty, naukowca czy religijnego fanatyka. To po prostu język uniwersalny.

Nedz:
Siła i groźby działają na każdego, choć dla niektórych trzeba użyć mocniejszych środków. Na przykład jeśli masz pojęcie o tym, co ktoś próbuje ukryć przed wszystkimi, to najlepiej go zaszantażować ujawnieniem jego sekretu, a jak nie ma sekretów szczególnej troski, to na praktycznie wszystkich działa groźba pod tytułem „Wiem gdzie mieszka twoja rodzina — jak mi nie powiesz tego i tego, to im chętnie zrobię jakąś krzywdę”. Można też pogrozić delikwentowi blasterem, nożem czy tym tam co jest pod ręką, albo jeszcze lepiej pokazać mu jak kończą cwaniacy, którzy zgrywali chojraków. A negocjacji to opłaca się tylko używać na najemnikach, którzy myślą tylko o kredytach. Jedyny problem jest taki, że zazwyczaj chcą za dużo za jakąś informację, więc negocjacje są po prostu bez sensu.


Temat na forum.
 
· Shehn dnia 20 styczeń 2019 23:06:41 · Drukuj
Raport z działalności - Grudzień 2018
 
Strona & SpołecznośćAlmec: Witam w imieniu naszego ludu, jednak martwią mnie fałszywe plotki które cię tu przywiodły.
Mandalore nie odwróciłaby się od Republiki.
Dla księżnej Satine pokój jest ważniejszy niż jej życie.
Kenobi: Bardzo dobrze znam jej poglądy.
Almec: Wojenna przeszłość Mandalore jest już za nami, mistrzu Kenobi.
Wszyscy nasi wojownicy zostali zesłani na księżyc Konkordia i wyginęli, wiele lat temu.

Almec do Kenobiego, o "Mandalorze", Wojny Klonów: Spisek na Mandalore



Minął grudzień, a z nim cały rok 2018, tradycyjnie więc, raport!

W tym miesiącu przybyło nam pięć prac — dwie od Sh`ehn oraz po jednej od Nomi, Ratbora oraz Mahiyany.

Poza tym inne dzieła wzbogaciły się o pierniczki z Bobą Fettem autorstwa wspomnianej już wcześniej Mahiyany.

Dodatkowo dział z publicystyką wzbogacił się o dwa teksty po angielsku autorstwa HashhanyA Mandalorian Tradition? oraz The Funeral Rites of Taungs and later Mandalorian Warriors.

Do tego pojawił się najnowszy Wizjer Manda`Yaim dotyczący stosunku naszych alter ego do droidów, dronów i im pokrewnych.




Pracujemy jako najemnicy od tysięcy lat. Kiedy wynajmujesz Mando, zawodowa lojalność jest wliczona w rachunek.

Walon Vau o Mandalorianach, Komandosi Republiki: Rozkaz 66



Temat na forum
 
· Mahiyana dnia 01 styczeń 2019 11:37:57 · Drukuj
Wizjer Manda`Yaim #13
 
Okiem Manda`Yaim

Złośliwe kupy złomu, którym nie można ufać, a może wierni towarzysze międzygwiezdnych wojaży? W najnowszej, trzynastej odsłonie ,,Wizjerem Manda`Yaim" nasi vode opowiadają o swoim stosunku do droidów, dronów i im pokrewnych.


Arneun:
— Działają? — Innada zapytała Ornina wprowadzającego na rampę ,,Tancerki” skuter repulsorowy; za nim powoli wtaczały się dwie niedawno wyremontowane droideki.
— Całkiem nieźle, ale muszę popracować nad czymś, co pozwoliłoby zachować im stabilność przy niewielkich prędkościach: na rampie jest w porządku, ale mniejsze kamienie są w stanie całkowicie wytrącić je z równowagi. Tarcze i działka też wymagają sporo pracy, w tym stanie nie ufałbym nawet w ich zdolności do zabicia mynocka.
— A silniczki repulsorowe napędzające ich obrót?
— To mogłoby zadziałać… musiałbym wymienić jednostkę centralną, żeby mogła obsłużyć tak skomplikowane obliczenia w czasie rzeczywistym… ale tak… to ma szanse zadziałać.


— Właściwie do czego planujesz je wykorzystywać?
Ornin spodziewał się tego pytania z ust Innady już dawno. Podejrzewał też, że wcześniej powstrzymywało ją przekonanie o niemożliwości doprowadzenia droidów do jakiejkolwiek sensownej zdolności bojowej.
— Wiesz, na tamtej misji z rodziną pierwszy raz mieliśmy poważne wsparcie i muszę przyznać, spodobało mi się posiadanie przewagi ogniowej. Pomyślałem, że droidy byłyby w stanie dostarczyć nam przynajmniej jakiegoś substytutu porządniejszej ekipy. Zwłaszcza w kontekście ostrzelania bardziej opornych celów. Byłbym zachwycony, gdyby udało mi się sprawić, żeby mogły ostrzeliwać cele podczas toczenia się… wtedy byłyby też wymarzonym dodatkiem do pościgów… ale chyba stanie tylko na dodatkowych chwytakach i przystosowaniu do wsparcia w regularnej pracy. Na pewno muszę dorzucić do nich moduły komunikacyjne, żeby dało się nimi sensownie sterować z odległości większej niż zasięg głosu. Mógłbym też pomyśleć o jakiejś ograniczonej inteligencji… ale to na znacznie później.
— Przyznaj się, że po prostu bardziej ufasz maszynie, którą sam poskładałeś do kupy, niż innej istocie.
— To też…

Behot:
– Droidy są bezużyteczne! – Tor osunął się, sfrustrowany, na fotel drugiego pilota. Spojrzałem z zaciekawieniem znad cyfronotesu.
– Jak było na pierwszej poważnej misji?
– Nie rozśmieszaj mnie – obruszył się chłopak. – Poza tym, jak mówiłem: przez naszego di'kutla robota omal nie zginąłem! Powinieneś się był go pozbyć od razu, kiedy zostałem twoim drugim pilotem.
– Na pilota to ty się nadajesz – ironicznie zripostowałem. – A po drugie wydaje mi się, że jesteś dla naszego R4 nieco zbyt surowy.
– Zbyt surowy?! – Tor znowu wpadał w ten swój zirytowany monolog, wiedziałem, że muszę to szybko przerwać. – Przecież widziałeś, co zrobił! Pomylił się, omal nie doprowadzając do katastrofy! Aż tak nie obchodzi cię to, że mogłem zostać rozstrzelany przez kriffing rodiańskich gangsterów? – Pot na twarzy młodzieńca, pozostały jeszcze z ucieczki przed Rodianami, połyskiwał w oświetleniu kokpitu. R4 popiskiwał na wpół żałośnie, na wpół z irytacją, stojąc pod tylną ścianą. Tor zmierzył go morderczym spojrzeniem i robot ucichł. – Jeśli myślisz…
– Tor, zastanów się, czy w ogóle wiesz, co mówisz – przerwałem mu wreszcie. – R4, chodź tu – przywołałem astromecha, odkładając notes. Błyskawicznie przyjechał pod moją prawą dłoń. – Kiedy ten droid podczas strzelaniny wciągnie cię za bezpieczną osłonę, poda dożylnie adrenalinę, a następnie będzie cię osłaniał w drodze na statek, wtedy będzie czas na to, żeby pokornie przyznać, że jest ci potrzebny. I owszem – uprzedziłem pytanie – przeżyłem dokładnie taką sytuację. – Poklepałem robota po kopułce, a ten zapiszczał z umiarkowanym zadowoleniem. – Nie możesz dyskredytować droidów tylko dlatego, że czasem nie spełniają twoich wszystkich oczekiwań. Nie mogę wszakże stwierdzić, że cię nie rozumiem. Sam wolę pracować bez pomocy blaszaków, ale bywa, że okazują się one niezbędne. Z tym tutaj R4 było tak…
Tor, widząc, że zamierzam znowu opowiadać, rozsiadł się wygodnie i zaczął pić wodę z manierki.

– Kiedy zacząłem brać coraz to trudniejsze zlecenia i coraz lepiej zarabiać, boleśnie uświadomiłem sobie, że potrzebuję jakiegoś… jakiejś pomocy, zarówno na statku, jak i podczas niektórych robót. Mój stary R2 wciąż działał, ale był z niego pożytek jak z przestarzałego E-Weba. To znaczy działał, ale nie zawsze tak, jak powinien i nie zawsze w czasie, w jakim powinien. Sprzedałem go więc jakiemuś kolekcjonerowi, a sam kupiłem tego oto drania. Od razu wydałem większość pieniędzy ze swojej rezerwy służącej do kupna nieobowiązkowych gadżetów, nie chcąc, żeby historia z R2 się powtórzyła. Ulepszyłem R4 najlepiej, jak się dało. W różnych miejscach i różnym specjalistom kazałem wbudować mu mały blaster, mini pakiet medyczny i ulepszyć mu system ruchowy, a także wymienić jeszcze kilka wewnętrznych komponentów. Nie pożałowałem tego.

Reasumując, ad'ika: droid jest bardzo pożytecznym pomocnikiem, szczególnie niezbędnym, jeśli pracujesz sam, jak ja dawniej. Opłaca się wydawać na niego kredyty i o niego dbać, ale nie trzeba go wcale zabierać ze sobą na każdą misję. Wręcz przeciwnie, najczęściej będzie służył lepiej jako koordynator z pokładu statku. No – zakończyłem, biorąc z powrotem z pulpitu swój notes – chyba jesteś winien naszemu R4 jakieś przeprosiny…

Nedz:
Droidy? Drony? I co jeszcze? Jak chce się zrobić dobrze zlecenie, to najlepiej je wykonywać samemu, ewentualnie skorzystać z jakiejś elektroniki. Ale droidy i drony to idiotyzm — jak się tylko chce, to bez problemu można im pogrzebać w pamięci, a pomoc z nich w sumie żadna, bo droid będzie cię raczej tylko spowalniał, bo coś tam mu nie pasuje w przepisach jakiegoś BHP czy zagraża to twojemu życiu i zdrowiu ble ble ble. Jak już konieczny komuś do szczęścia jest droid, to niech sobie kupi astromecha, pogrzebie w jego obwodach, żeby nie za dużo zbędnych dźwięków i w sumie gotowe. A co do słynnych droidów zabójców, to czy ja wiem… myślę, że wystarczającym argumentem jest to, że mogą się obrócić przeciwko tobie, a zginąć od metalowej puszki to chyba głupio. Co nie?

Sh`ehn:
Machia czułym wzrokiem obrzuciła kokpit swojego Ghtroca. Jeden fotel pilota, pulpit przystosowany do użytku jednej osoby; wszystkie kontrolki w zasięgu ręki. Cóż za piękny widok. Za sterami tylko ona; i nikt więcej. Co jakiś czas dobiegało ją ciche poświstywanie i pomruk silniczków R6-44 — mały droid pracowicie krzątał się po pokładzie ,,Bartleby`ego”. Machię cieszyło towarzystwo blaszaka; nie mogła zaprzeczyć, stanowił świetną ,,załogę” — choć jeszcze nie tak dawno temu była zdania, że nic po tej stronie drogi hydiańskiej nie przekona jej, że maszyna może sprawdzić się w roli drugiego pilota…To nie tak, że jej wcześniejsze poglądy wzięły się znikąd - po swoich wcześniejszych doświadczeniach z astromechem za sterami miała solidne podstawy by powątpiewać czy AI jest wystarczająco kompetentne by podejmować się pilotażu.

W 5 ABY na zatrudniającą ją onderońską korporację spadł kryzys — firma była jednak zbyt duża by upaść od razu. ,,Dogorywała” niemal pół roku; okres wypełniony zamykaniem kolejnych filii; cięciem kadr i stopniowym zmniejszaniem liczby etatów. Po kolejnej fali zwolnień, gdy personel zredukowany został do połowy pierwotnego stanu, okazało się, że nie ma wystarczająco wielu pilotów, by promy mogły zostać obsadzone dwuosobowymi załogami. Chcąc rozwiązać ten problem przeprogramowano kilka starych droidów typu P1, wielkich metalowych kloców, od co najmniej kilku lat rdzewiejących w najdalszych magazynach. Maszyny te nigdy nie były specjalnie lotne, a czas i ekosystem nie okazały się dla nich zbyt łaskawy. Nie minęło wiele czasu, by Machia przekonała się, że P1-QT, toporna zbieranina na wpół sprawnych trybików i podzespołów, nie nadaje się właściwie do niczego... No, może poza zostaniem przekąską dla krążących po dżungli Cannocków — metal czy materia organiczna; te żarłoki były w stanie strawić właściwie wszystko.

Odkąd zaczęła latać, zawsze najtrudniej było jej się pogodzić z koniecznością współpracy z drugim pilotem. Z ludźmi i tak trudno było się dogadać, a po tym, jak zatrudniająca ją onderońska korporacja upadła, nawet nie próbowała znaleźć kogoś organicznego, kto chciałby asystować jej za sterami. Jednocześnie po trzech miesiącach z P1-QT o mechanicznych pomocnikach myślała z największą niechęcią; i choć kilka razy próbowała, nie potrafiła przekonać się do pomysłu metalowej załogi. Co tu dużo mówić, z powodu tej kupy złomu co najmniej sześć razy ,,Ósma Bantha” znalazła się o włos od katastrofy. Tamten czas mocno nadszarpnął zaufanie i wiarę Machii w kompetencje maszyn... Zwlekała więc z podjęciem decyzji o zakupie automatu jak tylko się dało — aż w końcu jej problem rozwiązał się sam.

Rodzice Machii, chcąc pomóc jej w rozkręceniu własnej działalności, sprezentowali jej astromecha z serii R6. Model ten znajdował się na rynku od niedawna, ale zdążył zdobyć uznanie i cieszył się dobrą opinią użytkowników. Machia była wdzięczna, zwłaszcza, że domyślała się, że w obliczu ich niedawnej przeprowadzki i rezygnacji z życia zawodowego prawdopodobnie był to spory wydatek — ale ,,wdzięczna” nie znaczy ,,zachwycona”. Ostatecznie jednak droid trafił na pokład ,,Ósmej Banthy”, i, choć wiele wody musiało upłynąć w Kelicie nim pozbyła się sceptycznego nastawienia, obecnie przywiązała się do swojego pomocnika i otwarcie przyznawała, że R6-44 okazał się nieoceniony — lepszego drugiego pilota (i mechanika) nie mogła sobie wymarzyć.

Obecnie Machia luźno zastanawia się nad powiększeniem załogi ,,Bartleby`ego” o kolejnego członka. Oczywiście nie ma na myśli istoty organicznej, to byłoby zbyt kłopotliwe -— ale nie tak dawna nieprzyjemna sytuacja, sprowadzająca się do wtargnięcia kilku nieproszonych istot na pokład sprawiła, że zaczęła rozważać zaopatrzenie się w wyposażonego w porządny blaster zdalniaka, którego zadaniem byłoby pilnowanie statku — głównie ładowni — przed niechcianymi gośćmi. Pomysł podobał jej się coraz bardziej; była też pewna, że R6 ucieszy się z towarzystwa.


Temat na forum.
 
· Shehn dnia 20 grudzień 2018 12:09:20 · Drukuj
Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 11,671,706 unikalne wizyty