Mający miejsce w Poznaniu Pyrkon rozpocznie się za 31 dni
Mające miejsce we Wrocławiu Dni Fantastyki rozpoczną się za 101 dni
Mający miejsce w Białymstoku Polcon rozpocznie się za 135 dni
Dwunasta rocznica istnienia Manda`yaim będzie miała miejsce za 218 dni
Wizjer Manda`Yaim #14
 
Okiem Manda`Yaim

Strzelać, czy nie strzelać, oto jest pytanie.
Kto postępuje godniej: ten, kto spokojnie
Sytuację rozwiązać słowami próbuje
Czy ten, kto z blastera zajadle pruje
W walce? Zastrzelić, zabić. Na tym koniec.


...czyli garść rozważań o technikach negocjacyjnych.


Arneun:
— Ruszyli się?
— Nie, dalej gadają przy wejściu…
— Irytują mnie ci negocjatorzy… wynik zawsze jest taki sam. — Powoli traciłem cierpliwość, siedzieliśmy wynajęci jako snajperzy na dachu naprzeciwko budynku pełnego zakładników. Niestety, lokalnym siłom policyjnym brakowało strzelców z prawdziwego zdarzenia, a nikt nie spodziewał się burzliwego okresu na planecie. Jakaś grupka maniaków ubzdurała sobie, że to jest sposób na zyskanie rozgłosu. Tym razem mieliśmy do czynienia tylko z naśladowcami, którzy wpadli na pomysł zgarnięcia przy okazji banku. Tak bardzo starali się wyjść na politycznych świrów, że byli znacznie bardziej upierdliwi.
— Nie irytuj się, przynajmniej dwa razy byli skuteczni. Plus, w ten sposób ich uwaga jest skupiona na czymś innym — upomniała mnie Innada.
— W sumie czterech. Dwóch przy drzwiach, jeden cały czas przy zakładnikach. Czwarty prawdopodobnie usiłuje dobrać się do sejfu, żadnych materiałów wybuchowych — zameldowaliśmy efekty naszej obserwacji zleceniodawcom.
— Mamy zapis z kamer, przynajmniej zanim zostały zniszczone. Wszystko szło do głównej siedziby banku. Nie było nikogo więcej — odezwał się głos w komunikatorze.
— W takim razie możemy wyeliminować wszystkich zanim zlikwidują zakładników. Trzymają ich na piętrze, zdejmiemy cele zanim wejdą do turbowindy.
— Likwidujcie — rozkaz był krótki, ale i nie potrzebowaliśmy więcej.
Niedługo później siły policyjne zabrały jednego martwego (pilnującego zakładników) i trzech unieruchomionych „terrorystów”.
— Widzisz, jednak negocjacje na coś się przydały — powiedziała Innada kiedy odbieraliśmy wypłatę.
— Tak? — Byłem szczerze zdziwiony.
— Odwróciły ich uwagę.

Behot:
– Wysadzę to! Wysadzę w jedno wielkie poodoo! – darł się niemiłosiernie głośno facet.
Nie to żebym miał problem z jakąkolwiek religią, ale ekstremiści zawsze zajmowali na mojej liście denerwujących indywiduów zaszczytnie wysokie miejsce. Siedziałem z Mondem w jednej z kawiarni na Corulag, kiedy nagle do środka wszedł koleś w dziwnie obszernym płaszczu. Coś tam chwilę mamrotał do barmana i nagle… no cóż, zrobiło się nieoczekiwanie niewygodnie.
Koleś miał na sobie ładunki wybuchowe i oświadczył, że nie odda się w ręce policji jeśli wszyscy na planecie nie wysłuchają jego religijnego protestu. Mówił coś o swojej religii i jak tam ona jest zabraniana, czy dyskryminowana. Inni klienci kawiarni kulili się, mdleli lub modlili do bogów, tymczasem my, z Mondem spokojnie sobie siedzieliśmy. Kiedy facet się odwrócił, skorzystaliśmy tylko szybko z okazji i założyliśmy na głowy swoje hełmy. Dalej jednak spokojnie obserwowaliśmy rozwój wydarzeń.
Przybył policyjny negocjator.
– Jeśli nie oddasz się w ręce policji, wkroczy oddział antyterrorystyczny – mówił.
Fajnie, metoda zastraszania odznaczona. Tyle, że nie podziałała.
– Myślisz, że jestem stiupa? – krzyczał dalej mężczyzna, z kciukiem niebezpiecznie blisko detonatora. – Wszyscy mają mnie usłyszeć!
– Wszyscy cię usłyszą, jeśli tylko zdecydujesz się na spokojne rozwiązanie sytuacji – mówił negocjator tym samym, pozbawionym emocji głosem.
No, jest lepiej. Gładko przeszedł do wychodzenia naprzeciw oczekiwaniom przeciwnika. To także jednak na niewiele się zdało.
– Macie pięć minut, żeby mi tu przygotować seans pokazany na całą planetę! Na żywo!
Wtedy negocjator wyszedł. W tym momencie wiedziałem już, że w drodze jest oddział szturmowców. To było jakieś kilka lat przed pierwszym wybuchem Gwiazdy Śmierci, więc Imperium miało się jak najlepiej. A ono tak naprawdę nie bawiło się w żadne negocjacje z terrorystami.
Natomiast sam terrorysta też nie był idiotą, a przynajmniej nie skończonym. Trzymał plecy przy ścianie i stale sprawdzał, czy nie jest narażony na ostrzał snajperów. Rozglądał się po lokalu i pistoletem blasterowym wymuszał posłuszeństwo zakładników. Którymi nie czuliśmy się wcale a wcale chyba tylko ja i Mond. Włączyliśmy nasz wewnętrzny kanał.
– Nie sądzisz, że jest to bardzo podobne do klasycznych negocjacji podczas wykonywania zlecenia na żywy cel? – zapytał Mond. Słyszałem w jego głosie rozbawienie.
– Ta-a, tyle że takie negocjacje zwykle i tak kończą się strzelaniną – odparłem, nie spuszczając wzroku z terrorysty – ale masz rację, negocjacje zwykle nigdy się nie różnią. Czy jesteś emisariuszem, czy najemnikiem.
– To… Ty czy ja?
– Mogę być ja.
W tym momencie facet zorientował się, że w rogu lokalu siedzi dwóch Mandalorian. Skierował na nas lufę blastera.
– Wy dwaj! M… Mando! – Nie mógł opanować głosu z powodu emocji. Obaj z Mondem niemal w tym samym momencie przełączyliśmy się na zewnętrzne głośniki buy`cese. Nie ruszyliśmy natomiast nawet palcem. – Zdejmować hełmy! I pod ścianę.
Nie ruszyliśmy się.
– Pod ścianę, mówię! Ten ładunek jest wystarczająco potężny, żeby zniszczyć zbroję z durastali!
Nie odpowiedzieliśmy. Mężczyzna zrobił się jeszcze bardziej nerwowy.
– Co ty robisz, człowieku – odezwał się Mond. Przygotowałem się. Facet skierował na niego swój blaster, ze słowami:
– Sami tego chcieliście! Ostatnia szansa! – Skierował wyprostowaną rękę z małym, podłużnym detonatorem w stronę tylnej ściany pomieszczenia. – Pod ścianę!
Wyciągając lewą rękę z przełącznikiem, wysunął palec wskazujący. W tym samym ułamku sekundy schował kciuk, żeby przypadkiem nie odpalić ładunku. Rozpoznałem swoją szansę.
Odepchnąłem się nogami od podłogi i, przechylając się razem z moim krzesłem na plecy, wystrzeliłem strzałkę. Strzał z blastera przeleciał mi koło głowy i rozbił na ścianie. Terrorysta upadł jak długi na posadzkę kawiarni, wywołując mimowolne westchnięcie zdumienia reszty zakładników. Wpadł oddział szturmowców. Upewnili się, że koleś jest martwy i zabezpieczyli ciało, po czym zaczęli przeszukiwać lokal. Któryś ze szturmowców odwrócił się i zasalutował niedbale, jakby w geście podziękowania. Mond nie zareagował, stawiając z powrotem swoje krzesło, ja lekko kiwnąłem głową. Z powrotem przełączyliśmy się na wspólny kanał.
– Mieliśmy, shab, rację, Mond. Negocjacje zawsze są takie same. Trzeba tylko umiejętnie dobierać słowa i ruchy oraz zawsze, zawsze mieć rozwiązanie na każdą możliwość tego, jak one pójdą.
– Ja przecież zawsze mam rację – odparł. Przysiągłbym, że się uśmiecha.

Dhadral:
Siła argumentu czy argument siły — dla Mandalorian to w praktyce jedno i to samo. A w sporej części galaktyki twoja prawda i twoja racja sięgają jedynie tak daleko, jak niesie twój blaster. W końcu jesteśmy narodem wojowników, nie dyplomatów. Dziw, że umiemy względnie dogadać się sami ze sobą, ale i tu dziękować możemy jedynie postępowi technicznemu, w dawnych czasach broń nie niosła dość daleko.
W sumie nie bez powodu Mand`alorem zostaje ten, kogo poprze największa liczba klanów. Wygląda to na bardzo demokratyczne podejście do sprawy, ale w swych początkach niewiele ma wspólnego z tymi republikańskimi bzdurami. Więcej głosów poparcia przekłada się zwyczajnie na większą liczbę blasterów, które mogą wypalić w twarz twoim ewentualnym przeciwnikom politycznym.
Skoro więc nawet w trakcie wewnętrznych dyskusji opieramy się na argumencie siły, nic dziwnego, że w kontaktach z innymi cywilizacjami był on także naszym głównym argumentem. I dotyczy to tak spraw całych planet, czy pojedynczych zleceń.
Mówi się też, że przedkładamy groźby ponad obietnice. Jednak czymże jest groźba, jeśli nie krwawą obietnicą
Nie oznacza to, że nie umiemy negocjować w bardziej „cywilizowany” sposób, czy wytaczać logicznych argumentów, po prostu zdajemy sobie sprawę, że gdy idzie o logiczne myślenie, większość mieszkańców galaktyki pozostawia wiele do życzenia. A pięść i blaster dotrą do każdego odbiorcy, tak do inteligenta, jak i idioty, naukowca czy religijnego fanatyka. To po prostu język uniwersalny.

Nedz:
Siła i groźby działają na każdego, choć dla niektórych trzeba użyć mocniejszych środków. Na przykład jeśli masz pojęcie o tym, co ktoś próbuje ukryć przed wszystkimi, to najlepiej go zaszantażować ujawnieniem jego sekretu, a jak nie ma sekretów szczególnej troski, to na praktycznie wszystkich działa groźba pod tytułem „Wiem gdzie mieszka twoja rodzina — jak mi nie powiesz tego i tego, to im chętnie zrobię jakąś krzywdę”. Można też pogrozić delikwentowi blasterem, nożem czy tym tam co jest pod ręką, albo jeszcze lepiej pokazać mu jak kończą cwaniacy, którzy zgrywali chojraków. A negocjacji to opłaca się tylko używać na najemnikach, którzy myślą tylko o kredytach. Jedyny problem jest taki, że zazwyczaj chcą za dużo za jakąś informację, więc negocjacje są po prostu bez sensu.


Temat na forum.
 
· Shehn dnia 20 styczeń 2019 23:06:41 · Drukuj
Raport z działalności - Grudzień 2018
 
Strona & SpołecznośćAlmec: Witam w imieniu naszego ludu, jednak martwią mnie fałszywe plotki które cię tu przywiodły.
Mandalore nie odwróciłaby się od Republiki.
Dla księżnej Satine pokój jest ważniejszy niż jej życie.
Kenobi: Bardzo dobrze znam jej poglądy.
Almec: Wojenna przeszłość Mandalore jest już za nami, mistrzu Kenobi.
Wszyscy nasi wojownicy zostali zesłani na księżyc Konkordia i wyginęli, wiele lat temu.

Almec do Kenobiego, o "Mandalorze", Wojny Klonów: Spisek na Mandalore



Minął grudzień, a z nim cały rok 2018, tradycyjnie więc, raport!

W tym miesiącu przybyło nam pięć prac — dwie od Sh`ehn oraz po jednej od Nomi, Ratbora oraz Mahiyany.

Poza tym inne dzieła wzbogaciły się o pierniczki z Bobą Fettem autorstwa wspomnianej już wcześniej Mahiyany.

Dodatkowo dział z publicystyką wzbogacił się o dwa teksty po angielsku autorstwa HashhanyA Mandalorian Tradition? oraz The Funeral Rites of Taungs and later Mandalorian Warriors.

Do tego pojawił się najnowszy Wizjer Manda`Yaim dotyczący stosunku naszych alter ego do droidów, dronów i im pokrewnych.




Pracujemy jako najemnicy od tysięcy lat. Kiedy wynajmujesz Mando, zawodowa lojalność jest wliczona w rachunek.

Walon Vau o Mandalorianach, Komandosi Republiki: Rozkaz 66



Temat na forum
 
· Mahiyana dnia 01 styczeń 2019 11:37:57 · Drukuj
Wizjer Manda`Yaim #13
 
Okiem Manda`Yaim

Złośliwe kupy złomu, którym nie można ufać, a może wierni towarzysze międzygwiezdnych wojaży? W najnowszej, trzynastej odsłonie ,,Wizjerem Manda`Yaim" nasi vode opowiadają o swoim stosunku do droidów, dronów i im pokrewnych.


Arneun:
— Działają? — Innada zapytała Ornina wprowadzającego na rampę ,,Tancerki” skuter repulsorowy; za nim powoli wtaczały się dwie niedawno wyremontowane droideki.
— Całkiem nieźle, ale muszę popracować nad czymś, co pozwoliłoby zachować im stabilność przy niewielkich prędkościach: na rampie jest w porządku, ale mniejsze kamienie są w stanie całkowicie wytrącić je z równowagi. Tarcze i działka też wymagają sporo pracy, w tym stanie nie ufałbym nawet w ich zdolności do zabicia mynocka.
— A silniczki repulsorowe napędzające ich obrót?
— To mogłoby zadziałać… musiałbym wymienić jednostkę centralną, żeby mogła obsłużyć tak skomplikowane obliczenia w czasie rzeczywistym… ale tak… to ma szanse zadziałać.


— Właściwie do czego planujesz je wykorzystywać?
Ornin spodziewał się tego pytania z ust Innady już dawno. Podejrzewał też, że wcześniej powstrzymywało ją przekonanie o niemożliwości doprowadzenia droidów do jakiejkolwiek sensownej zdolności bojowej.
— Wiesz, na tamtej misji z rodziną pierwszy raz mieliśmy poważne wsparcie i muszę przyznać, spodobało mi się posiadanie przewagi ogniowej. Pomyślałem, że droidy byłyby w stanie dostarczyć nam przynajmniej jakiegoś substytutu porządniejszej ekipy. Zwłaszcza w kontekście ostrzelania bardziej opornych celów. Byłbym zachwycony, gdyby udało mi się sprawić, żeby mogły ostrzeliwać cele podczas toczenia się… wtedy byłyby też wymarzonym dodatkiem do pościgów… ale chyba stanie tylko na dodatkowych chwytakach i przystosowaniu do wsparcia w regularnej pracy. Na pewno muszę dorzucić do nich moduły komunikacyjne, żeby dało się nimi sensownie sterować z odległości większej niż zasięg głosu. Mógłbym też pomyśleć o jakiejś ograniczonej inteligencji… ale to na znacznie później.
— Przyznaj się, że po prostu bardziej ufasz maszynie, którą sam poskładałeś do kupy, niż innej istocie.
— To też…

Behot:
– Droidy są bezużyteczne! – Tor osunął się, sfrustrowany, na fotel drugiego pilota. Spojrzałem z zaciekawieniem znad cyfronotesu.
– Jak było na pierwszej poważnej misji?
– Nie rozśmieszaj mnie – obruszył się chłopak. – Poza tym, jak mówiłem: przez naszego di'kutla robota omal nie zginąłem! Powinieneś się był go pozbyć od razu, kiedy zostałem twoim drugim pilotem.
– Na pilota to ty się nadajesz – ironicznie zripostowałem. – A po drugie wydaje mi się, że jesteś dla naszego R4 nieco zbyt surowy.
– Zbyt surowy?! – Tor znowu wpadał w ten swój zirytowany monolog, wiedziałem, że muszę to szybko przerwać. – Przecież widziałeś, co zrobił! Pomylił się, omal nie doprowadzając do katastrofy! Aż tak nie obchodzi cię to, że mogłem zostać rozstrzelany przez kriffing rodiańskich gangsterów? – Pot na twarzy młodzieńca, pozostały jeszcze z ucieczki przed Rodianami, połyskiwał w oświetleniu kokpitu. R4 popiskiwał na wpół żałośnie, na wpół z irytacją, stojąc pod tylną ścianą. Tor zmierzył go morderczym spojrzeniem i robot ucichł. – Jeśli myślisz…
– Tor, zastanów się, czy w ogóle wiesz, co mówisz – przerwałem mu wreszcie. – R4, chodź tu – przywołałem astromecha, odkładając notes. Błyskawicznie przyjechał pod moją prawą dłoń. – Kiedy ten droid podczas strzelaniny wciągnie cię za bezpieczną osłonę, poda dożylnie adrenalinę, a następnie będzie cię osłaniał w drodze na statek, wtedy będzie czas na to, żeby pokornie przyznać, że jest ci potrzebny. I owszem – uprzedziłem pytanie – przeżyłem dokładnie taką sytuację. – Poklepałem robota po kopułce, a ten zapiszczał z umiarkowanym zadowoleniem. – Nie możesz dyskredytować droidów tylko dlatego, że czasem nie spełniają twoich wszystkich oczekiwań. Nie mogę wszakże stwierdzić, że cię nie rozumiem. Sam wolę pracować bez pomocy blaszaków, ale bywa, że okazują się one niezbędne. Z tym tutaj R4 było tak…
Tor, widząc, że zamierzam znowu opowiadać, rozsiadł się wygodnie i zaczął pić wodę z manierki.

– Kiedy zacząłem brać coraz to trudniejsze zlecenia i coraz lepiej zarabiać, boleśnie uświadomiłem sobie, że potrzebuję jakiegoś… jakiejś pomocy, zarówno na statku, jak i podczas niektórych robót. Mój stary R2 wciąż działał, ale był z niego pożytek jak z przestarzałego E-Weba. To znaczy działał, ale nie zawsze tak, jak powinien i nie zawsze w czasie, w jakim powinien. Sprzedałem go więc jakiemuś kolekcjonerowi, a sam kupiłem tego oto drania. Od razu wydałem większość pieniędzy ze swojej rezerwy służącej do kupna nieobowiązkowych gadżetów, nie chcąc, żeby historia z R2 się powtórzyła. Ulepszyłem R4 najlepiej, jak się dało. W różnych miejscach i różnym specjalistom kazałem wbudować mu mały blaster, mini pakiet medyczny i ulepszyć mu system ruchowy, a także wymienić jeszcze kilka wewnętrznych komponentów. Nie pożałowałem tego.

Reasumując, ad'ika: droid jest bardzo pożytecznym pomocnikiem, szczególnie niezbędnym, jeśli pracujesz sam, jak ja dawniej. Opłaca się wydawać na niego kredyty i o niego dbać, ale nie trzeba go wcale zabierać ze sobą na każdą misję. Wręcz przeciwnie, najczęściej będzie służył lepiej jako koordynator z pokładu statku. No – zakończyłem, biorąc z powrotem z pulpitu swój notes – chyba jesteś winien naszemu R4 jakieś przeprosiny…

Nedz:
Droidy? Drony? I co jeszcze? Jak chce się zrobić dobrze zlecenie, to najlepiej je wykonywać samemu, ewentualnie skorzystać z jakiejś elektroniki. Ale droidy i drony to idiotyzm — jak się tylko chce, to bez problemu można im pogrzebać w pamięci, a pomoc z nich w sumie żadna, bo droid będzie cię raczej tylko spowalniał, bo coś tam mu nie pasuje w przepisach jakiegoś BHP czy zagraża to twojemu życiu i zdrowiu ble ble ble. Jak już konieczny komuś do szczęścia jest droid, to niech sobie kupi astromecha, pogrzebie w jego obwodach, żeby nie za dużo zbędnych dźwięków i w sumie gotowe. A co do słynnych droidów zabójców, to czy ja wiem… myślę, że wystarczającym argumentem jest to, że mogą się obrócić przeciwko tobie, a zginąć od metalowej puszki to chyba głupio. Co nie?

Sh`ehn:
Machia czułym wzrokiem obrzuciła kokpit swojego Ghtroca. Jeden fotel pilota, pulpit przystosowany do użytku jednej osoby; wszystkie kontrolki w zasięgu ręki. Cóż za piękny widok. Za sterami tylko ona; i nikt więcej. Co jakiś czas dobiegało ją ciche poświstywanie i pomruk silniczków R6-44 — mały droid pracowicie krzątał się po pokładzie ,,Bartleby`ego”. Machię cieszyło towarzystwo blaszaka; nie mogła zaprzeczyć, stanowił świetną ,,załogę” — choć jeszcze nie tak dawno temu była zdania, że nic po tej stronie drogi hydiańskiej nie przekona jej, że maszyna może sprawdzić się w roli drugiego pilota…To nie tak, że jej wcześniejsze poglądy wzięły się znikąd - po swoich wcześniejszych doświadczeniach z astromechem za sterami miała solidne podstawy by powątpiewać czy AI jest wystarczająco kompetentne by podejmować się pilotażu.

W 5 ABY na zatrudniającą ją onderońską korporację spadł kryzys — firma była jednak zbyt duża by upaść od razu. ,,Dogorywała” niemal pół roku; okres wypełniony zamykaniem kolejnych filii; cięciem kadr i stopniowym zmniejszaniem liczby etatów. Po kolejnej fali zwolnień, gdy personel zredukowany został do połowy pierwotnego stanu, okazało się, że nie ma wystarczająco wielu pilotów, by promy mogły zostać obsadzone dwuosobowymi załogami. Chcąc rozwiązać ten problem przeprogramowano kilka starych droidów typu P1, wielkich metalowych kloców, od co najmniej kilku lat rdzewiejących w najdalszych magazynach. Maszyny te nigdy nie były specjalnie lotne, a czas i ekosystem nie okazały się dla nich zbyt łaskawy. Nie minęło wiele czasu, by Machia przekonała się, że P1-QT, toporna zbieranina na wpół sprawnych trybików i podzespołów, nie nadaje się właściwie do niczego... No, może poza zostaniem przekąską dla krążących po dżungli Cannocków — metal czy materia organiczna; te żarłoki były w stanie strawić właściwie wszystko.

Odkąd zaczęła latać, zawsze najtrudniej było jej się pogodzić z koniecznością współpracy z drugim pilotem. Z ludźmi i tak trudno było się dogadać, a po tym, jak zatrudniająca ją onderońska korporacja upadła, nawet nie próbowała znaleźć kogoś organicznego, kto chciałby asystować jej za sterami. Jednocześnie po trzech miesiącach z P1-QT o mechanicznych pomocnikach myślała z największą niechęcią; i choć kilka razy próbowała, nie potrafiła przekonać się do pomysłu metalowej załogi. Co tu dużo mówić, z powodu tej kupy złomu co najmniej sześć razy ,,Ósma Bantha” znalazła się o włos od katastrofy. Tamten czas mocno nadszarpnął zaufanie i wiarę Machii w kompetencje maszyn... Zwlekała więc z podjęciem decyzji o zakupie automatu jak tylko się dało — aż w końcu jej problem rozwiązał się sam.

Rodzice Machii, chcąc pomóc jej w rozkręceniu własnej działalności, sprezentowali jej astromecha z serii R6. Model ten znajdował się na rynku od niedawna, ale zdążył zdobyć uznanie i cieszył się dobrą opinią użytkowników. Machia była wdzięczna, zwłaszcza, że domyślała się, że w obliczu ich niedawnej przeprowadzki i rezygnacji z życia zawodowego prawdopodobnie był to spory wydatek — ale ,,wdzięczna” nie znaczy ,,zachwycona”. Ostatecznie jednak droid trafił na pokład ,,Ósmej Banthy”, i, choć wiele wody musiało upłynąć w Kelicie nim pozbyła się sceptycznego nastawienia, obecnie przywiązała się do swojego pomocnika i otwarcie przyznawała, że R6-44 okazał się nieoceniony — lepszego drugiego pilota (i mechanika) nie mogła sobie wymarzyć.

Obecnie Machia luźno zastanawia się nad powiększeniem załogi ,,Bartleby`ego” o kolejnego członka. Oczywiście nie ma na myśli istoty organicznej, to byłoby zbyt kłopotliwe -— ale nie tak dawna nieprzyjemna sytuacja, sprowadzająca się do wtargnięcia kilku nieproszonych istot na pokład sprawiła, że zaczęła rozważać zaopatrzenie się w wyposażonego w porządny blaster zdalniaka, którego zadaniem byłoby pilnowanie statku — głównie ładowni — przed niechcianymi gośćmi. Pomysł podobał jej się coraz bardziej; była też pewna, że R6 ucieszy się z towarzystwa.


Temat na forum.
 
· Shehn dnia 20 grudzień 2018 12:09:20 · Drukuj
Raport z działalności - Listopad 2018
 
Strona & SpołecznośćSkirata był typowym Mandalorianinem. Idealny Mando`ad mógł być stanowczym, ale kochającym ojcem. Mógł być też pełnym szacunku synem umiejącym wyciągać wnioski z każdego doświadczenia. Mógł być wreszcie wojownikiem, który dochowywał wierności osobistym zasadom, zamiast ulegać wiecznie zmieniającym się rządom i flagom.
Wiedział także, kiedy przepraszać.

Ordo Skirata rozmyśla o swoim mandaloriańskim ojcu, Komandosi Republiki: Potrójne Zero



Minął listopad, tradycyjnie więc, raport!

W tym miesiącu przybyło nam sześć prac — jedna od Sh`ehn oraz pięć od Ratbora.


Dodatkowo dział z publicystyką wzbogacił się o pięć opowiadań Arneuna — będące kolejną częścią historii Ornina Spotkanie, a także Hełm, Konsekwencje, Nauczka oraz Przyzwyczajenia. Pojawiły się też trzy nowe opowiadania Merela z cyklu "Pamiętnik oficera policji z Coruscant", a konkretnie —Dzień Pierwszy, Pierwsze Kroki oraz Slogan Prewencjusza.

Opublikowaliśmy też relacje z konwentów, w których braliśmy udział: z Comic Conu Warszawa oraz Falconu.

Do tego pojawił się najnowszy Wizjer Manda`Yaim dotyczący kryteriów stosowanych przy wyborze zleceń.




Podczas walki nigdy nie dysponuje się kompletnymi informacjami, drodzy panowie. Właśnie taką sytuacją określa się jako wojenny zamęt. Można albo siedzieć bezczynnie i się zastanawiać, co jest prawdą, a co nie, albo dojść do wniosku, że nieprzyjaciel także tego nie wie, i ze względów psychologicznych oddać kilka strzałów. Naprawdę dobra armia to taka, która musi tylko potrząsnąć szabelką, żeby wygrać wojnę.

Kal Skirata o walce, Komandosi Republiki: Bezpośredni Kontakt



Temat na forum
 
· Mahiyana dnia 01 grudzień 2018 12:13:15 · Drukuj
Wizjer Manda`Yaim #12
 
Okiem Manda`Yaim

Kolejny Wizjer dotyczący zawodowych aspektów życia Mandalorian! Zasady, kredyty, czy może dodatkowe okoliczności – w tym miesiącu podejmujemy temat moralności najemników i zdradzamy jakimi motywacjami kierujemy się przy wyborze zleceń.


Arneun:
Patrzyłem na spokojnie siedzącą Innadę przeglądającą listę zleceń przesłaną nam przez Kute. Byłem zaskoczony widząc, że Duros wyszczególnił większość rzeczy mogących mieć wpływ na wybór zlecenia. W tym to, czy właściciel posiada niewolników, czy zlecenie dotyczy w jakiś sposób niewolnictwa, nawet rodzaj celu był często określony, a przy jednym czy dwóch zauważyłem oznaczenie wskazujące na całkowitą niewinność celu.
Z rozmowy, która nastąpiła później, dowiedziałem się, że o przekazaniu większości z tych informacji łowcom zleceniodawcy nie wiedzą. To Kute wykorzystywał swoje kontakty, co w większości nie było drogie, zwłaszcza patrząc jak wiele z tego jest wiedzą publicznie dostępną. Pobierał za te dodatkowe usługi połowę wartości zlecenia, jednak nam i reszcie współpracujących z nim istot taki układ odpowiadał.
Sama Innada przy okazji napomknęła, że pomijając nieprzystosowanie „Tancerki” nie wzięłaby nigdy zlecenia dotyczącego bezpośrednio niewolnictwa, wspomniała też, że dopóki może, raczej wolałaby unikać moralnie wątpliwych, czyli zleceń opatrzonych znakomitą większością pozostałych oznaczeń. Nie było to coś czym byłbym specjalnie zaskoczony — ostatecznie sam prędzej pomógłbym komuś w ucieczce z niewoli, niż przewiózł do kopalni na Kessel.
Pamiętałem jedno czy dwa mniej przyjemne zlecenia, które wzięliśmy gdy byliśmy w znacznie gorszej sytuacji finansowej niż zwykle i faktycznie, to rzadko było coś, co chciałbym robić gdybym miał wybór. Po obu zadaniach świadomość, że jesteśmy tylko bronią i umiejętnościami do wynajęcia niewiele pomagała. Zwłaszcza pierwsze z nich — wyeliminowanie świadka pewnego zdarzenia — sprawiło, że długo zastanawiałem się nad odmówieniem współpracy, jednak przypomnienie o stanie naszego konta i statku sprawiło, że grzecznie wykonywałem kolejne polecenia Innady.
Ostatecznie postaraliśmy się, by, choć zlecenie zostało wykonane, zapłata otrzymana, zleceniodawca został skazany. Przecież to nie nasza wina, że mało kto wiedział o holodzienniku, który prowadził cel zlecenia… nawet jeśli sam cel dowiedział się o nim gdy kazaliśmy mu go nagrać, a oskarżony długo po zabezpieczeniu nagrań. Byliśmy na tyle ostrożni, że do zarzutów dorzucono mu też zlecenie zabójstwa świadka oraz dodatkowo utrudnianie pracy organów prawa poprzez eliminację świadka, bez żadnych nieprzyjemnych konsekwencji dla nas.

Behot:
Zorientowałem się, że stoję oparty o gródź w maszynowni i patrzę się w bliżej nieokreślony punkt na ścianie. Musiałem się bardzo zamyślić nad tą usterką. Otrząsnąłem się, ucieszony, że nie jestem w terenie, tylko w zawieszonym pośród bezkresnej pustki kosmosu, bezpiecznym frachtowcu. Moim frachtowcu…
Naszło mnie na wspomnienia, więc wróciłem myślami do starych czasów, kiedy jeszcze nie miałem własnego statku. Kiedy musiałem podróżować w najlepszym razie publicznymi jachtami, nie wiedząc, czy przez niekompetencję pilotów nie zostaną one zestrzelone, nie wybuchną lub nie zderzą się z jakimś cieniem grawitacyjnym. Uśmiechnąłem się, rozbawiony emocjami, jakie wtedy odczuwałem. Byłem skłonny przyznać, że jestem zupełnie innym człowiekiem niż wówczas, ale wtedy przypomniałem sobie o pewnej sytuacji, która miała miejsce właśnie w tamtym okresie mojego życia. Do dzisiejszego dnia o niej pamiętam.

Pracowałem dla jednego Hutta jako kolekcjoner długów. Nie chciałem tej pracy, ale wybierałem między tym a posadą ochroniarza kasyna na Nar Shaddaa, więc wybór był oczywisty, a przynajmniej dla tamtego mnie. W chwili bowiem, kiedy rozmyślałem o tym na statku wiele lat później, nie wziąłbym tej roboty, choćbym miał jadać ze śmietników. Być może jednak było to spowodowane złymi wspomnieniami.
Pracowałem więc, zarabiając coraz więcej, w pewnej chwili zacząłem jednak czuć na karku oddech przesympatycznej grupki przemytników, którym kiedyś zalazłem za skórę. Musiałem jak najprędzej uciekać z sektora, a najlepszym sposobem było kupić własny statek kosmiczny. Jako że miałem już odłożone sporo pieniędzy, upatrzyłem sobie sprzedawcę i zamierzałem dokonać transakcji tak szybko, jak szybko na moje konto wpłynęłaby kolejna premia za dobrze wykonaną robotę. Sprawa stała się jednak skomplikowana.
Dostałem pilne zlecenie na akcję, której celem był jakiś ważny dłużnik. Rozpocząłem więc jego obserwację. Po tygodniu wiedziałem już o nim wszystko. Wtedy naszły mnie pierwsze, malutkie wątpliwości. Nie wyglądał mi na kogoś, kto robi interesy z huttami. Był ojcem zwykłej, czteroosobowej rodziny i jego tydzień, a nawet miesiąc życia były tak przewidywalne, że aż nudne. Praca, dom, praca, dom, restauracja, dom, praca, dom – tak wyglądał jego wykres przemieszczania się, doba w dobę. Mimo młodego wieku nie byłem jednak naiwny i uznałem, że skoro w Galaktyce byli ludzie maskujący się jeszcze dokładniej, a w ukryciu prowadzący podwójne, czasem potrójne życie, to moje wątpliwości są nieuzasadnione.
Miałem informację z dobrego źródła, że jeśli to zlecenie wykonam dobrze, dostanę taką premię, że zdążę wynająć kalamariańską operę, żeby odleciała ze mną z tego zapyziałego systemu moim nowym statkiem. Wątpliwości jednak powracały. Mówiłem więc sobie: „Odpuść, stary, jesteś prostym najemnikiem, musisz wyjść na prostą”. Nic to nie dawało, nie mogłem się powstrzymać. Zacząłem szukać. Wszystkiego, co dało się znaleźć o powiązaniach mojego pracodawcy z tym facetem. „Przecież wiedza w niczym nie zaszkodzi, nie?” – mówiłem do siebie. Popełniłem więc podstawowy błąd nowicjusza – zaangażowałem się emocjonalnie. Z perspektywy czasu, kiedy o tym myślałem, uczyniłbym to jednak ponownie, bez wahania. To bowiem, co odkryłem, okazało się bardzo ciekawe.
Mężczyzna został wrobiony w dług o wartości ponad miliona kredytów. Przy jego warunkach finansowych czyniło go to uzależnionym na całe życie. Nie mógł nic zrobić, by zapobiec swojemu losowi. Sprawdziłem tysiące możliwości i nie ulegało wątpliwości, że był bezwolną ofiarą. Okazało się, że ludzie Hutta zabili już jego brata, tylko po to, żeby pokazać, do czego są zdolni.
Co więc zrobiłem? Długo myślałem nad możliwymi opcjami. Wiedziałem, że potrzebuję tej forsy, bo bez niej groziło mi duże niebezpieczeństwo i kolejna spirala wyboru słabych miejsc zatrudnienia z powodu braku pieniędzy. Jeśli nie wybiłbym się wtedy, mógłbym nie zrobić tego już nigdy. Poza tym, jeśli ja nie sterroryzowałbym tej rodziny, zrobiłby to jakiś inny najemnik. Ale coś mi mówiło, że niszczenie życia innej osoby, by chronić swoje, nie jest honorowe. Wspominając tamten moment wiedziałem już, że było tak przez mojego ojca, który wbił mi niegdyś do głowy potrzebę honoru i silnej wiary w to, kim się naprawdę jest. W końcu dokonałem wyboru.
Zwolniłem się z pracy u Hutta i zostałem na planecie. Dodatkowo ostrzegłem dłużnika, choć nie sądzę, by zdołali uciec daleko. Ale ja postąpiłem zgodnie z własnymi wartościami, z honorem, i to się tak naprawdę liczyło. Moje straty były za to dużo bardziej odczuwalne, bo fizyczne: musiałem stawić czoła tamtym przemytnikom i o mało przy tym nie zginąłem, a kupno statku opóźniłem o prawie dwa lata.

Uśmiechnąłem się, wciąż oparty o gródź w maszynowni mojego Ghtroca. Doszedłem do wniosku, że nie zmieniłbym wyboru, gdybym musiał go powtórzyć. Wszyscy twardziele, „bezkompromisowi” i „niesentymentalni” najemnicy z gett`se z beskaru, w tym wielu moich rodaków, mogło być, jacy byli i uważać, jak uważali. Może takich też potrzeba w Galaktyce? Ale jeśli by zapytać mnie, uważam, że niektórych rzeczy po prostu nie należy robić, nawet jeśli taki wybór niesie za sobą ryzyko śmierci. Żeby dobrze zarabiać, najemnik wcale nie musi być niehonorowy ani nie mieć wyższych wartości, którymi się kieruje. Wybieranie zleceń ze względu na osobistą etykę czy moralność nie jest tak złe i ryzykowne, jak się o tym mówi. Byłem tego żywym przykładem.
Odepchnąłem się od metalowej ściany i poszedłem po zestaw narzędzi. Po drodze pomyślałem, że może jednak nie wszystko w człowieku zmienia się z upływem czasu.

Merel:
Holodziennik numer 375. Wpis własny.
PODAJ UŻYTKOWNIKA I HASŁO.


UŻYTKOWNIK: MEREL

HASŁO: BLITZ

DOSTĘP PRZYZNANO.

TRWA DESZYFROWANIE......


Po chwili twoim oczom ukazuje się hologram przedstawiający twarz znanego ci mężczyzny. Merela.
Po chwili namysłu Mandalorianin odzywa się zachrypniętym i trochę bełkotliwym głosem.

Niektórzy z was… zapewne nie wiedzą jak powinno się sortować zlecenia... czy kredyty to najważniejszy motywator przy zleceniach? Może… bezinteresowna pomoc, „bo tak trzeba”? Czy może jest jeszcze inny powód?

Merel na chwilę przerwał monolog, dając ci czas na przetworzenie informacji.

Pobudki moralne i bezinteresowne powinny być brane pod uwagę jako ostatnie. Dlaczego? Bo za „dziękuję” jeszcze nikt się jeszcze nie najadł.
Niestety... Galaktyka jest bezlitosna. Nie dba o słabych. Oni się nie liczą.

Konieczność? W sensie porwania, zastraszania? Zależy od sytuacji. Mimo wszystko trzeba pamiętać, aby finałem waszych działań było zrobienie piekła z życia temu, kto was zmusił do takiego działania.

Jedynym prawdziwym motywem stawiania zlecenia powinny być kredyty. KREDYTY. K R E D Y T Y. Tylko dzięki temu będziecie kimś. Kasa daje władzę, a władza to kasa.

Nedz:
Pewnie każdy, kto jest łowcą nagród, musiał kiedyś coś wybrać i niekoniecznie chodzi tu o zlecenie, bo tutaj sprawa, jak jesteś Mando, jest prosta — możesz w nich przebierać ile i jak ci się żywnie podoba. Jakieś zlecenie ci nie podchodzi, to bierzesz inne. O wiele gorzej jest już jeśli w trakcie zlecenia trzeba podjąć jakiś wybór. No a jaki? Czy za to, co zrobisz, dostaniesz więcej czy mniej kredytów. Co zrobić kiedy musisz coś zrobić, ale coś cię trzyma w miejscu.

No, co do kredytów, to raczej dostaniesz więcej kredytów za żywego niż martwego, ale martwego jest prościej transportować, no i nie ucieknie i nie doniesie na ciebie. A co do tego drugiego — nikt nie mówi i nie będzie mówił, że robota łowcy nagród jest łatwa. Czasami będzie trzeba zastrzelić kogoś, kogo nieźle znasz, albo ktoś ani trochę nie zamieszany w to co robisz zobaczył za dużo i trzeba zadbać, by się nie wygadał. A to co zrobisz zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Musisz też myśleć do przodu, że jak kogoś oszczędzisz, może dać ci spokój, a może też się na tobie zemścić.

No to co zrobić jak będzie trzeba coś wybrać? A bo i ja wiem? I tak zrobisz to, co uznasz za lepsze wyjście.

Radok:
„Za Waszą sprawę, za Wasze kredyty” — moim skromnym zdaniem jest to motto jakie powinno przyświecać najemnikom w ich fachu. Dlaczego? Bo dla kogoś, kto nie walczy za ideę, nie walczy za poglądy, religię, kraj... nie jest istotny cel wojny, a skutek jakim jest żołd. O spełnieniu obowiązku mogą mówić żołnierze, którzy ślubowali bronić swej ojczyzny. O konieczności muszą mówić osoby, które stanęły w obliczu wojny i są zmuszone chronić swoich bliskich. A dla najemnika... to tylko praca. A gdzie tu miejsce na moralność? Nie ma, tak samo jak wojna nie ma nic wspólnego z honorem.
Oczywiście nie twierdzę, że każdy najemnik to kawał sukinkota co to strzelać będzie do dzieci, ale to są już kwestie osobiste. Tak, będę walczył za kredyty w cudzej wojnie, ale nie będę w czasie walki strzelał do cywili. Zwyczajnie dlatego, że własne sumienie mi nie pozwoli.
Wspomniana w temacie moralność moim zdaniem kształtuje się w każdym zupełnie inaczej. Ktoś odmówi pracy dla Imperium ale będzie wspierał Rebelię bo jego zdaniem ich działania są słuszne. Z drugiej strony inny najemnik będzie traktował Rebelię jak bandę terrorystów, którzy dążą do destabilizacji wprowadzonego rządu i dla niego niemoralnie będzie wspierać rebeliantów. Kto ma rację? Nikt.
Wybierając kontrakty w oparciu o swoje sympatie polityczne, najemnik działa w oparciu o moralność narzuconą mu przez zleceniodawców. Staje się narzędziem, kolejnym żołnierzem dla sprawy. Równie dobrze mógłby przywdziać biały pancerz lub mundur rebelianta.
Moim zdaniem prawdziwą ideę bycia najemnikiem oddaje kierowanie się kwestią wynagrodzenia, moralność swoich działań niech każdy tworzy na bazie własnego sumienia. Osoby bogacące się na wojnach wszak sprzedają broń i do jednej jak i do drugiej strony. Zatem, jeśli jest szansa na zarobieniu kilku kredytów na czyiś waśniach... wystarczy się zorientować, która strona zapłaci więcej.

Sh`ehn:
Machia popatrzyła krytycznie na skrzynki, które przed trzema dniami, zaplombowane i opisane, ustawiła pod ścianą ładowni. Ze środka jednej z nich dochodziło ciche brzęczenie. Zmarszczyła brwi i po raz ostatni przebiegła wzrokiem informacje wyświetlane na datapadzie — deklarację zawartości ładunku, złożoną i podpisaną przez klienta przed startem. O ile się orientowała, żaden ze wskazanych towarów nie powinien wydawać dźwięków. Wszystko bezpieczne, legalne, zapakowane w zgodzie ze wszystkimi normami — przynajmniej na ekranie. Podstawowy skan ładunku, od którego zależało czy weźmie pakunek na swój pokład, w założeniu kolejny środek zapobiegawczy mający ochronić ją przed „kłopotliwymi” zleceniami, wykonała jakieś 90 standardowych jednostek czasu temu i wypadł pomyślnie. Właściwie nie było się czemu dziwić, jej aparatura skanująca była średniej klasy, i nie zawsze dawała sobie radę, zwłaszcza, jeśli klient wyjątkowo postarał się, by coś ukryć.

Westchnęła ciężko, i wyciągnęła zza pasa rękawice ochronne. Będzie musiała wszystko poprzestawiać; im szybciej się za to weźmie, tym szybciej będzie z głowy. Najpierw ustali z której skrzynki dochodzą tajemnicze dźwięki, a potem... Potem ktoś, najprawdopodobniej jej ,,sprytny’’ klient, będzie miał mocno przechlapane. Podstawową zasadą, którą Machia kierowała się w swojej pracy, było unikanie zleceń kłopotliwych czy to pod względem legalności, zasad moralnych czy kwestii logistycznych. Jeśli ktoś postanowił zlekceważyć warunki na jakich wynajmowała swój statek do transportu... cóż, szkoda, że nie pomyślał wcześniej o konsekwencjach. Nie lubiła gdy utrudniało jej się życie i pracę i nie miała w zwyczaju zostawiać podobnych przypadków bez wyciągania z nich konsekwencji.

T`Rez:
— Faber, mam pytanie. — Spytał Fiau popijając kolejny łyk kafu. — Dawaj — rzuciłem siedząc naprzeciwko niego. — Świetnie walczysz, potrafisz stać się niewidoczny, omijasz bez trudu różne zabezpieczenia i pułapki. Dlaczego nie przyjmujesz zleceń na zabójstwo? Większość z nich jest lepiej płatna niż te, które przyjmujesz. — Spytał się z typową dla niego dziecinną ciekawością. Po chwili niezręcznej ciszy, wbijając wzrok w dół odpowiedziałem.
— Wielokrotnie zastanawiałem się dlaczego zawsze biorę zlecenia podchodzące pod detektywistyczne, zamiast typowo najemniczych — jak prawdziwy Mandalorianin. Znasz moją historię, czyż nie? — Fiau znał ją aż za dobrze. W końcu to on był pierwszą osobą, którą spotkałem będąc na tak zwanym „dnie”. — Końcówka Wojen Klonów, wrobienie w zabójstwo, wygnanie z klanu. Tak, znam.
— No właśnie, można rzec, że jest kilka powodów. Pierwszy jest taki, iż honor nie pozwala mi stać się tą osobą, za którą moi vode mnie uważają. Drugi jest o wiele prostszy... Za dużo Mandalorian leci na takie zlecenia jak ogary kath na mięso. — Podnosząc wzrok, zmieniając refleksyjne spojrzenie w szyderczy uśmiech, dodałem. — Przecież nie będę zabijał „niewinnych”. — Spojrzał na mnie rozbawiony i powiedział — Wiesz, T`Rez, będziesz musiał wziąć to zlecenie, mam informacje że Di`kut, mam nadzieję że dobrze to wymawiam, którego szukasz, jest jedną z osób, które je wzięły... — W moich oczach pojawiła się iskierka nadziei. Zmieniła się w żar, kiedy przysunął mi datapad z danymi zlecenia. — Zabójstwo szefa gangu rozprowadzającego przyprawę? — spytałem. — Dobra, biorę to, ale tylko dlatego, że to czas na zemstę i oczyszczenie swego imienia. Plus... — Plus? — spytał mnie skonsternowany przyjaciel. — Powiedzmy, że zależy mi na tym, by gangsterskie szumowiny nie nękały zwykłych obywateli — dodałem sarkastycznie.



Temat na forum.
 
· Shehn dnia 19 listopad 2018 22:58:31 · Drukuj
Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 10,633,218 unikalne wizyty