Rebelianci: Iskra rebelii
 
Tytuł: Rebelianci: Iskra rebelii Zobacz też:
Scenariusz: Simon Kinberg Pozycje w MME związane z tą pozycją:
Postacie: Sabine Wren
Reżyseria: Steward Lee, Steven G. Lee, Dave Filoni
Aktorzy: Taylor Gray, Vanessa Marshall, Freddie Prinze Jr., Tiya Sircar, Steve Blum, David Oyelowo, James Arnold Taylor, Jason Isaacs
Czas akcji: Około 5 BBY
Premiera USA: 26 września 2014 (WATCH Disney XD), 3 października 2014 (Disney Channel)
Premiera PL: 27 września 2014 (pokazy przedpremierowe), 4 października 2014 (Disney XD)

Recenzja Hashhany Do góry

Star Wars Rebels (w polskiej wersji „Rebelianci”) to serial, który wzbudził w fanach wiele emocji na długo przed emisją pilotażowego odcinka. I powiedzmy szczerze, nie zawsze były to pozytywne emocje. Oczywiście, wszystko wiąże się z oficjalnym ogłoszeniem dotyczącym nowego kanonu i – co za tym idzie – kasacją tego dotąd obowiązującego. W przeciągu jednego dnia, z trzydziestoletniego dorobku ostały się tylko dwie filmowe trylogie, serial Wojny Klonów i nadchodzący Rebelianci. Przyznam się bez bicia, że na tym etapie zmian co rusz dotykających Star Wars (głównie za sprawą Filoniego i jego ekipy odpowiedzialnej za TCW), mój entuzjazm był niejako w stanie pomiędzy „żałosny”, a „żaden”. Nie tylko przez zawieruszenia związane z wykupieniem SW przez Disneya, ale przede wszystkim dlatego, że choć lubię okres imperialny, nigdy nie lubiłam Rebeliantów – ich walka z dyktatorskim uciskiem i rasizmem była jak najbardziej zrozumiała ideologicznie, jednak ich grupa nie wzbudza we mnie żadnej sympatii. Stąd też moje uprzedzenia wobec głównych bohaterów.
Mimo to, nie mam w naturze oceniać „książki po okładce” i obejrzałam premierowy odcinek (a raczej dwa odcinki). Angielska wersja znudziła mi się po pierwszych 10 minutach i o dziwo to polski dubbing przypadł mi bardziej. Niestety, tak jak się spodziewałam, serial nie powalił mnie w żaden sposób, chyba, że mówimy o powalających głupotach, które niestety dość często miały miejsce.

Skoro już zaczęłam rozprawiać o wadach, to do najważniejszych niestety zalicza się wizerunek Imperialnych. Rozumiem, że potrzeba ich pokazać, jako tych negatywnych, ale równie dobrze twórcy mogliby im po prostu napisać na czołach „CI ŹLI”. Co innego jest ukazać czyjeś okrucieństwo, przywary lub podły charakter, a co innego robić z nich idiotów, którzy czynią źle dla samego zła.
Już pominę pierwszą scenę, gdzie imperialni żołnierze mieli prawo przyczepić się do handlarza, który nielegalnie – bo bez pozwolenia – sprzedawał owoce i to jego własne gadki o „lepszych czasach nim Imperium nadeszło” przyczyniły się do aresztowania (co z jednej strony dobrze pokazuje „cenzurowanie” nastrojów społecznych przez dyktatorski rząd, a z drugiej obwinia złem funkcjonariuszy za wykonywanie swoich obowiązków bo oczywiście trzeba ich ukazać jako ignoranckich, pastwiących się nad słabszymi), ale scena gdy agent Kallus w złości kopie swego podwładnego, by spadł w przepaść, bo go zapytał o doświadczenie (lub brak takowego) z Jedi? Bezsens. zwłaszcza, że do tego momentu Kallus wydawał się całkiem kompetentnym człowiekiem – zastawił pułapkę na Rebeliantów, w porę zorientował się, że farba to tak naprawdę materiał wybuchowy, etc.
Już o samych szturmowcach wspomnę dla zasady, bo tak naprawdę żal mi pisać jacy z nich nieudacznicy. Kiedy samotny Kanan może zastrzelić swoich przeciwników, ich cała gromada nie umie trafić w jednego człowieka, bądź grupę skutych Wookie. Albo ich przeszukanie więźnia, któremu tylko zabrali plecak i komunikator, nie sprawdzając nawet czy ma ukrytą broń (lub holocron Jedi), by zaraz nabrać się na sztuczkę z „wypuście mnie, bo wujek Imperator was ukaże!” . Porażka.
Podobnie jest z Ezrą – dzieciak, który pierwszy raz jest w kosmosie, ale wysłany na misje ratunkową, nie ma problemów z łażeniem po dużym statku i doskonale wie, gdzie są Kanan i Zeb. Tak samo, jak łaził po szybach wentylacji tegoż statku, doskonale wiedząc o mostkach dolnych i górnych, jak używać imperialnego hełmu i wewnętrznego komlika, jak udawać szturmowca, czy w końcu skakać używając Moc na cholernie wielkie odległości. A niby trening ma dopiero zacząć...
Jak już wspomniałam, drażniły mnie uproszczenia w fabule – wspomniany komlik, gdzie byle żołnierz może się podłączyć/podsłuchać rozmowę oficera i jego plany (jak to zrobił Erza) czy sam fakt wysłania nieuzbrojonego dzieciaka na statek wroga, by uratował/powiadomił resztę o pułapce (i gdzie Moc Kanana, by wyczuć niebezpieczeństwo?). I oczywiście typowa nietykalność tych dobrych. Jakby ktoś z nich raz na jakiś czas oberwał, byłoby zwyczajnie miło. Na marginesie, w premierowym odcinku zasadniczo z Imperialnych to tylko Kallus zabił kogoś (i to swego podwładnego), a tak to „ci dobrzy” mają na rękach wiele krwi. A potem się rebelianci burzą, że imperialna propaganda przedstawia ich jako morderców...

Do zalet zaliczyć na pewno trzeba zróżnicowanie głównych bohaterów. W przypadku Wojen Klonów stałą ekipę stanowił Anakin, Ahsoka, Obi-Wan i Rex, którym towarzyszyły lub pomagały inne postacie – na cztery osoby mamy tylko jedną dziewczynę i zarazem Obcego. W Rebels autorzy się postarali i nie tylko zwiększyli obsadę „stałych” osób, dodatkowo bardziej ją zróżnicowali. Oczywiście, nie mogło być inaczej, jak wepchnięcie tam kolejnego Jedi, który przeżył Czystkę, a który stanie się mistrzem dla nowego „padawana” w postaci Ezry. Co zapewne ma przypominać motyw Luke’a i Obi-Wana... choć osobiście wolałabym jakiś nowszy motyw przewodni. Co ważniejsze, w ekipie mamy aż dwie postacie kobiecie – Twi’lekankę Herę i Mandaloriankę Sabine. Pierwsza jest zdolną pilotką, co stanowi miłą odmianę od stereotypowego ukazywania przedstawicielek jej rasy, zaś Sabine pomimo swego nastoletniego wieku jest kompetentną wojowniczką. I, co cenię sobie na równi z charakterem, nie przypomina Mandalorian z TCW, którzy cierpieli na przypadłość „kopiuj – wklej”. Cieszę się, że nie jest kolejną blondynką bądź rudą, jasnoskórą dziewczyną; w końcu Mandalorianie lubili indywidualność. Poza tym jest Zeb, Obcy robiący za osiłka, zwierzątko domowe w postaci droida Choppera i oczywiście, główny bohater, Ezra. Póki co to on mnie najmniej przekonuje. Jest niby cwany, ale odczuwam powtórkę z Ahsoką – kolejne „cudowne dziecko”, co wszystko zrobi, wykombinuje, zwycięży. To, jak się bohaterzy rozwiną (jeśli w ogóle będzie jakiś progres) pokażą następne odcinki.
W odcinku był moment, kiedy widzieliśmy, że strzały nie imają się Kanana za sprawą Mocy i refleksu Jedi. Myślę, że był to super motyw, który niwelował po części poczucie nieudolności szturmowców. Innym plusem jest otoczka wizualna, która sama w sobie jest ładna – chociaż na animację Mrocznych Czasów dobrałabym o wiele mniej pastelowe kolory.

Podsumowując, premierowy odcinek nie był aż tak tragiczny jak się spodziewałam po doświadczeniach z Wojnami Klonów, ale mnie osobiście raził wieloma momentami. Na tak dużą ekipę pierwszoplanowych bohaterów, większość wydaje się być całkiem dobrze wykreowana, co niestety jest marnym pocieszeniem, kiedy to nie niweluje obecnych w serialu głupot i niedociągnięć fabularnych.

Recenzja X-Yuriego Do góry

Rebelsi wzbudzali od początku różne odczucia, to pewne. Choć jeśli chodzi o moją osobę, to były to odczucia dużo mniejsze niż miało to miejsce przy Wojnach Klonów - tam wyczekiwałem każdego newsa i wieści, tutaj... tutaj śledziłem je bardziej z kronikarskiego obowiązku niż realnego zainteresowania. Dlatego też sam film był dla mnie sporą niewiadomą, nie wiedziałem czego oczekiwać. Czy miało to wpływ na jego odbiór? Nie wiem. Ale sam odbiór jest... pozytywny.

Recenzję piszę po ponownym, drugim obejrzeniu go, ponownie w wersji angielskojęzycznej (jakoś tak wolę). Za pierwszym razem podobało mi się, choć głowę miałem zajętą innymi myślami. Teraz, za drugim, gdy o wiele uważniej śledziłem akcję, przy okazji spisując ją na potrzeby MME/Ossusa, film... także mi się podobał. Ponownie się śmiałem, głównie z zachowań Zeba, rzadziej z innych, ponownie oglądałem całość zaciekawiony - mimo, że przecież doskonale wiedziałem już co się wydarzy.

Tym co zwróciło u mnie uwagę negatywnie to brak jakiegokolwiek wstępu, film po prostu się zaczął i tyle.

Postacie jakie wprowadza film są dość ciekawe i co ważne, mają czyste karty - w przeciwieństwie do Wojen Klonów. Tam Anakin, Obi czy Cody byli starymi postaciami a z nowych pojawili się tylko Ahsoka czy Rex, tutaj natomiast wszystkie postacie pozytywne są nowe, podobnie zresztą jak negatywne. Większe pole do rozwoju w dowolnym kierunku, to dobry pomysł. (Nie to, żeby TCW nie miało w zwyczaju rozwijać postaci w kierunku w jakim chciało, nie przejmując się tym-jak-postać-była-wcześniej-ukształtowana...)

Dużo mówię o Wojnach Klonów, ale ciężko nie porównywać obu produkcji. Tam film i pierwszy sezon były raczej takie sobie, większość tego co mi najbardziej się w serialu podoba pojawia się później. W porównaniu z filmem TCW, film Rebelsowy zrobił na mnie o wiele lepsze wrażenie i z dużo większą chęcią sięgnę teraz po pierwsze odcinki sezonu. Zobaczymy czy i one będą sprawiać lepsze wrażenie.

Mandaloriańsko... w stosunku do pierwszego seansu, zapomniałem kompletnie o fakcie, że Sabine była przeciwko wracaniu po Ezrę, a to dość istotny szczegół, wiele mówiący o niej. Ogólnie pierwsze wrażenie robi na mnie pozytywne, ciekaw jestem jej rozwoju. Jedynie fakt, że ona i Ezra wydają się być skazani na bycie parą jest... taki sobie.

Podsumowując, Spark of Rebellion oceniłbym na... 8/10. Miło się oglądało.

Recenzja Mahiyany Do góry

Pierwszy odcinek Rebelsów, następcy Wojen Klonów nie uderza zmianą stylu animacji tak jak było to obiecane , jeżeli coś to ewentualnie mam cały czas wrażenie, że sposób animacji wyrazów twarzy stał się bardziej kreskówkowy, przez co sprawia wrażenie bardziej sztucznego i nie pasującego do tego typu animacji.
Muszę jednak przyznać, że postaci są bardzo dobrze przedstawia nowe postaci choć zabieg zastanawiania się przez Ezrę kim są ci ludzie i przez Kanana kim jest ten chłopak nieszczególnie przypadło mi do gustu. Jest to strasznie sztuczne. Poziom humoru, który zaczął już iść w dobrym kierunku pod koniec Wojen Klonów znów stał się dość niski.
W niemal połowie odcinka w końcu pojawia się Sabine, która jako jedyna z całej drużyny nie mówi od razu ani słowa. Boli tutaj trochę jak bardzo dopasowaną ma zbroję gdyż ujawnienie jej płci mogłoby być ciekawą niespodzianką, którą spokojnie można by ujawnić za kilka odcinków. Jednak wcięcie w talii i szerokie biodra nie dają wiele możliwości. W końcu odzywa się i to w całkiem mandaloriański sposób – krótko i zwięźle. Krótko po tym także ściąga hełm, nie zostawiając już za wiele wyobraźni.
Oczywiście mamy tutaj wprowadzenie Erzy w to jak straszne jest Imperium (co już w sumie wie, ale trzeba to przecież pokazać). Dodatkowo „wieśnicacy” okazują mu wdzięczność z czym czuje się dziwne. No ciekawe jak to może się skończyć?
Jedak zanim Ezra nawróci się na pomaganie komukolwiek musi oczywiście poszperać po statku i znaleźć co? Miecz Świetlny. No tak. Co prawda daje to Kananowi szansę na zacytowanie słów Obi-Wana. Jednak podobnie jak w przypdaku Sabine jest to coś co można było utrzymać w tajemnicy jeszcze trochę. Idealnym rozwiązaniem byłoby zostawienie tego miecza gdzieś w tle, no ale trudno.
Co prawda poziom humoru z reguły mi tu nie pasuje ale udawanie Wookiego przez Zeba mnie trochę rozśmieszyło.
Daję 5/10, bo jak na odcinek, który ma mnie zachęcić do obejrzenia całej serii to sobie w ogóle nie poradził.
Mimo, że stanowią jedną całość, są to jednak dwa odcinki i łatwiej było mi je opisać osobno, więc przejdźmy teraz do drugiego odcinka czy tam drugiej części.
Jak już dowiedzieliśmy się w poprzednim odcinku to wszystko to pułapka, o której drużynę ostrzega Ezra sam nie wierząc w to co robi. Troszkę nie pasuje to do sposobu w jaki ta postać została przedstawiona na początku. Jego zachowanie i tu i wcześniej jest oczywiście w porządku tylko jakoś nie łączy mi się to w spójną całość.
Zostawienie Ezry jest bardzo dziwnym zabiegiem jak dla mnie. To takie nierebelianckie, ale w sumie dobrze buduje to postać Zeba (o ile taki był zamiar twórców). Cała akcja z holokronem też jest… taka trochę na siłę. I po raz kolejny nie podoba mi się jak szybko pokazywane są takie rzeczy. Kolejny materiał na zaskakujący zwrot akcji zmarnoway w ciągu pierwszych dwóch odcików.
Może i skupiam się na szczegółach, ale sposób Ezry na ucieczkę z celi był tak głupi, że aż mnie urzekł.
W tym odcinku ujawniają się też artystyczne skłonności Sabine, choć muszę przyznać że kiedy pierwszy raz oglądałam ten odcinek to nawet nie zauważyłam jak namalowała ten symbol na podłodze. Bardzo dobry zabieg zachęcający do ponownego oglądania odcinków.
Kolejnym szczegółem, który chwycił mnie za serduszko jest młody Wookiee na Kessel. Słodkie maleństwo, aż mi go żal… Samo Kessel też mi się podoba przez sam fakt, że nawiązuje do czegoś co już w uniwersum mamy. Sprawia to wrażenie, że Disney jednak chce zachować swego rodzaju spójność w nowym kanonie.
Jeżeli chodzi o zbyt szybkie zdradzanie wątków, to na wszelki wypadek jakby ktoś przy okazji pierwszego odcinka dalej miał wątpliwości, Kanan zostaje pokazany jako stuprocentowy Jedi. Tak na wszelki wypadek.
Pod koniec walki na Kessel dostajemy jeszcze skok, nieświadomego jeszcze swoich Mocy Erzy o jakieś 8 wysokości szturmowca do przodu i 3 wysokości szturmowca w górę. I to bez rozbiegu, bo z jakiegoś powodu się zatrzymał i przykucnął przed skokiem. Co się tutaj dzieje? Czy on już nieświadomie używa Mocy czy co? I tak nigdy nie zauważył, że bez problemu skacze na wysokość 6 metrów bez rozbiegu? Dobrym uzasadnieniem mogłaby być słabsza grawitacja na Kessel, ale przecież byłoby to widoczne w ruchach innych postaci… Do tego dostajemy jeszcze krzyk Wilhelma.
Dostajemy też dodatkową informację o Sabine – umie mówić w shirwooku. Biorąc pod uwagę jak cichą i niepozorną jest postacią (przynajmniej jak na razie) każdy taki szczegół jest ważny.
Podobnie jak w przypadku Kanana gdyby ktoś na początku nie zrozumiał dobitnie jest powiedziane, że Ezra jest silny w Mocy. Tak to może przynajmniej ludzie, którzy nie ogarnęli z jakiegoś powodu, że żeby otworzyć holokron trzeba użyć Mocy mogliby mieć niespodziankę, ale nie…
Nie powiedziałam tego w sumie przy okazji pierwszego odcinka, ale w porównaniu do Wojen Klonów, ścieżka dźwiękowa Rebeliantów jest dużo lepsza, nawet jeżeli są to po prostu kawałki z filmów.
Daję 6/10, bo ten skok psuje wszystko.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 12,524,315 unikalne wizyty