PYRKON 2019
 



Okiem Arakha:


Dla mnie w tym roku Pyrkon oznaczał blisko miesięczną gonitwę za przygotowaniem nowej wersji zbroi — zrealizowana w bardziej klasycznych technikach i w większej zgodności z pierwotnymi założeniami (oraz — obowiązkowo — ściśle wg wytycznych MMCC) została ukończona w terminie i z sukcesem zaprezentowana na wydarzeniu. Znacznie wygodniejsza i mniej odparzająca, umożliwiła długie troopingi oraz... Moje pierwsze profesjonalne sesje zdjęciowe jako Mando, zorganizowane dla całego klanu przez oficerów klanu Vu`traat Mandalorian Mercs Costume Club — na tegorocznym Pyrkonie oficjalnie występowałem bowiem jako członek tej grupy, z zadaniem (podobnie, jak inni Mando z MMCC) pomocy Kantynie Legionu 501. Sama Kantyna stanowiła doskonałą atrakcję, w której Mando odnajdywali się doskonale, posuwając się również do udawania sztucznych i "straszenia" odwiedzających niespodziewanym ruchem hełmu lub dzierżącej broń ręki. Oczywiście poza kantynową "służbą" następowały częste odwiedziny na sąsiadujących ze sobą stoiskach M`Y oraz Bractwa Sithów. W czasie wolnym od zakucia w zbroję nastąpiła kolejna aparycja jako czerwonoskórego samca Twi`leka (m. in. podstępnie próbującego zdobyć sithyjski tron, jednak znienacka przekłutego klingą czerwonego miecza świetlnego przez Brata Ariakana) oraz członka gangu motocyklowego "Siths of Anarchy" - również symultanicznie. Drobnym akcentem była niewielka ozdoba, noszona na konwencie przez pewien czas in memoriam — pierścień Arabeli / króla Hiacynta, z kultowego serialu wyreżyserowanego przez niedawno zmarłego Vacláva Vorlíčka. Sumarycznie — impreza mega udana, udało się "obskoczyć" prawie wszystko, co było interesujące. Obecność M`Y i MMCC, ze zwolna zawiązującymi się relacjami interpersonalnymi, zaczyna wytwarzać zdrową konkurencję między organizacjami, dzięki której u MMCC urośnie rozpoznawalność i jakość stoiska, zaś u M`Y - znacząco wzrośnie jakość pancerzy. Do przodu!




Okiem Arneuna:


Kolejny rok, kolejny Pyrkon.
Tym razem nikt nie musiał mnie namawiać, a ogólne wrażenia były chyba nieco lepsze (co mogło wiązać się z pewną ilością szczęścia z polowaniem na łazienki).

Tak jak w poprzednim roku całkiem dużo czasu spędziłem w naszym obozo-stoisku, rozmawiając z podchodzącymi ludźmi, zachęcając dzieci do założenia hełmów oraz grając z ludźmi w pazaaka (przy okazji tłumacząc zasady).

Sam konwent (jak zwykle Pyrkon) był ogromny, zajmował prawie całą powierzchnię targów poznańskich (co ponownie okazało się być całkiem wygodne ze względu na położenie niedaleko dworca — właściwość, którą doceniam coraz bardziej w miarę częstszego pojawiania się na konwentach).

Dodatkowo niezapomnianym elementem jest dosyć charakterystyczna dla wszystkich wydarzeń tego typu atmosfera. Właściwie wszyscy są przyjaźni, a samo nastawienie otaczających do pewnego stopnia wyciąga życzliwość z innych. W gruncie rzeczy praktycznie każdy przyszedł/przyjechał dobrze się bawić, co po prostu odbija się w otaczającej atmosferze.
Nawet kolejki nie są męczące jeżeli większość czasu spędzasz rozmawiając o książkach — dzięki czemu stojąc w kolejce po autograf dowiedziałem się o książce autorki, która miała swój debiut właśnie na Pyrkonie, co doprowadziło do powrotu do Wrocławia będąc obładowanym książkami (bo na jednej się nie skończyło).

Przy tej skali niezbędne były pewne rozwiązania ułatwiające życie — a dokładnie — możliwość wejścia na określone punkty programu bez kolejki (każdy uczestnik mógł zarezerwować parę punktów programu dla siebie przed konwentem) i muszę przyznać, że było to zorganizowane w bardzo dobry sposób, a nawet zmotywowało mnie do przejrzenia programu zanim dostałem go do rąk (swoją drogą pomysł, żeby stylizować rozdawane programy na gazetę wydał mi się naprawdę uroczy) — dzięki czemu dowiedziałem się paru naprawdę przydatnych rzeczy i miałem możliwość dowiedzenia się więcej o pisaniu książek (jak można się domyślić wykorzystałem rezerwacje na blok literacki).

Wszystko to sprawiło, że ja — osoba która raczej niepewnie czuje się w tłumach i większych grupach ludzi — na jakiś czas zapomniała o swojej aspołeczności i przeżyła naprawdę miły weekend.




Okiem Behota:


Pyrkon 2019 był dla mnie nie tylko pierwszym wydarzeniem, w którym uczestniczyłem jako członek Manda`Yaim, ale jednocześnie pierwszym konwentem, na jakim byłem w ogóle. Z tego powodu szczerze nie potrafię bliżej porównać tego wydarzenia do czegokolwiek innego, mogę za to powiedzieć tak: Ja chcę jeszcze raz!

Zacznijmy jednak od początku. Ze środka transportu – czyli małego busa – wysiadłem równo o godzinie 5:30 w piątek. Na terenie galerii przy dworcu spotkałem na żywo swojego pierwszego vod – Ratbora. On niestety musiał tam zostać, ja natomiast razem z paczką znajomych, z którą przyjechałem, udałem się na pieszczotliwie zwany przez wielu Pyrkonowiczów “Kolejkon” pod wschodnim wejściem, który po szóstej rano jest, można powiedzieć, jedynie malutką namiastką tego, co ma dopiero nadejść. Mi jednak – zielonemu w sprawach pyrkonowych – wydało się to i tak dużą ilością osób. Nie mogłem się bardziej mylić.

Vode z Manda`Yaim pomogli mi skorygować swoje przemyślenia, gdyż zostałem zwerbowany (a raczej sam zgłosiłem się na ochotnika) do pomocy w przenoszeniu obozu z parkingu na halę, w której stacjonowała nasza organizacja. Tam Sh`ehn oraz Iskra znalazły się na dwóch kolejnych miejscach na podium, jeśli chodzi o pierwszy kontakt face-to-face z vode. Kiedy po wykonanej z sukcesem misji udałem się z powrotem do kolejki, zdążyła ona urosnąć co najmniej piętnastokrotnie. Pozytywnie zaskoczyła mnie jednak szybkość, z jaką wpuszczano wszystkich na teren festiwalu i jeszcze przed 11:30 rozłożyłem się na sleepie obok już dawno przybyłych tam kolegów. Potem uznałem, że skoro nigdy nie byłem na terenie Targów, połączę przyjemne z pożytecznym i będę go podziwiał, próbując zarazem ponownie trafić do odpowiedniego pawilonu, co po paru pomyłkach nareszcie się udało. Tam spotkałem Mand`alor, Dhadral i kilkoro innych vode. Wtedy, już spokojny, mogłem zająć się dalszą eksploracją terenu Pyrkonu i podziwianiem cosplayów, których było już o tej porze naprawdę sporo.

Nie spodziewałem się, że spędzę na terenie obozu tak dużą ilość czasu całego Pyrkonu. Były momenty, kiedy nie wychodziłem z pawilonu przez bite cztery godziny – tak dobrze rozmawiało się i przebywało wśród innych członków M`Y. Starałem się również oczywiście pomagać przy samym stoisku, gdzie dzielnie przezwyciężałem swoją antyspołeczność, witając kolejnych zainteresowanych (oczywiście w koszulce z naszym logo).

Sam Pyrkon bardzo mi się spodobał i za rok z pewnością się pojawię, nawet jeśli będzie to tydzień maturalny :P . Ogromny teren, mnóstwo atrakcji, z których zdążyłem skorzystać w znikomym stopniu, przepiękne bądź fascynujące cosplaye, to wszystko bardzo mocno przyciąga człowieka interesującego się fantastyką. Festiwal był dla mnie tym bardziej udany, że udało mi się samemu “trochę” (większość soboty) pochodzić w kostiumie jednego z moich ulubionych bohaterów komiksowych – Johna Constantine`a. Wiernym towarzyszem większości moich cosplayowych wędrówek był T`rez, któremu za to serdeczne dzięki :)

W końcu jednak nadszedł smutny czas pożegnań. Zdążyłem pomóc przy większości prac dotyczących składania obozu i opuściłem teren Targów jako jeden z ostatnich członków niezajmujących się jego transportem, około 19:45 w niedzielę.

W zasadzie jakikolwiek sposób spędzania czasu wśród reszty członków był dla mnie bardzo miły i przyjemny, wobec czego bardzo dziękuję wszystkim za ciepłe przyjęcie mnie jako w zasadzie świeżego jeszcze Mando`ad. Dziękuję za iście mandaloriańsko-braterskie traktowanie oraz wyrozumiałość. Dziękuję również wszystkim spoza społeczności, którzy spowodowali, że kilkugodzinne siedzenie w obozie było jeszcze przyjemniejsze i byli zawsze chętni do rozmowy na wspólne tematy. Do zobaczenia za rok!




Okiem Dhadral:


Po roku nieobecności Pyrkon był jeszcze fajniejszym doświadczeniem niż zazwyczaj, zwłaszcza, iż odwiedziłam go w doborowym towarzystwie. Wytęskniłam się do tego gwaru i fantastycznego zderzenia uniwersów. I jeszcze bardziej do moich Vode, których nareszcie mogłam zobaczyć.

Pyrkon był obłędny. Nasz obóz zacny. Inne wystawy też nie zawodziły. Wbiłam też na jedną naprawdę fajną prelekcję o transhumanizmie. Dodatkowo udało mi się zdobyć autograf Baniaka < łiiiiiiiii> i nawet zamienić z najlepszym Game Masterem w kraju kilka słów. 99,9% czasu spędziłam w swoim świeżutko odmalowanym gamie. Nawet przebiegłam w nim przez tor przeszkód. A potem, gdy już przetestowaliśmy jak nisko leży poziom mojej kondycji, odwiedziliśmy też strzelnicę, by przetestować na ile jestem ślepa. To była dobra zabawa. No i mam masę wyczesanych zdjęć.

Poza atrakcjami samego konwentu spotkałam starych przyjaciół, poznałam kilku nowych. Pyrkon był też dla mnie w tym roku tym cudowniejszy, iż spędziłam mnóstwo czasu z moim Riduurem <3, a on sporo czasu spędził z nami Mandalorianami. Było fajnie, niepowtarzalnie, gwarno i przyjacielsko, a o czym zaświadczą świadkowie bywało i romantycznie.

Krótko mówiąc Pyrkon nie zawodzi, a i M’y nie zawodzimy Pyrkonu. Szkoda tylko, że wszystko co dobre, tak szybko się kończy i trzeba wracać do rzeczywistości… z popyrkonową grypą. Cóż, przynajmniej pamiątka.




Okiem Jassego:


Pyrkon 2019 był bardzo fajnym wydarzeniem, które dało mi wielce potrzebny odpoczynek. Miło było spotkać się z ludźmi, których się nie widziało przez długi czas, i z nimi porozmawiać. Stanie przy stoisku dało okazję poznać oraz porozmawiać z osobami które tak samo są zafascynowane Gwiezdnymi Wojnami czy po prostu światami fantastycznymi.
Stoisko w tym roku było bardzo rozbudowane dodatkowymi atrakcjami i większym ekwipunkiem. Same zainteresowanie stoiskiem też wydawało się być większe niż w zeszłym roku (ale możliwe, że to przez inne położenie). Jednak poziom Pyrkonu wydawał mi się zmniejszony w porównaniu z zeszłym rokiem. Gęstość cosplayer`ów wydawała się mniejsza, na hali wystawców głównie były stoiska konwentów zamiast stoisk atrakcji, a sala eksponatów oraz sala z areną były bardziej puste. Możliwe, że zainteresowanie się przeniosło na inne hale (na hali planszówek oraz karcianek było pełno ludzi), ale i tak miło było widzieć tyle ludzi na konwencie.




Okiem Kiryła:


Pyrkon, Pyrkon i po Pyrkonie. Drugi rok z rzędu przybyłem do Poznania dzień wcześniej, by przed konwentem zafundować sobie premierę filmu opartego na komiksach Marvela i by od samego rana pomagać w rozstawianiu obozu. Zmęczony i lekko skacowany (bimber 80%, polecam/nie polecam zależy kto co lubi : P ) odżyłem w obozie przy pracy. Dobrze było zobaczyć starych znajomych i poznać nowe twarze, jak na każdym konwencie. Oby więcej takich spotkań w zacnym gronie, niekoniecznie raz do roku.

Jak zwykle spędziłem większość wolnego czasu kręcąc się po hali nr 5 i wydając resztki pensji na książki, komiksy i gadżety związane z nimi i/lub grami.

Niestety nadal nie mam zbroi, co postaram się nadrobić do przyszłorocznego Pyrkonu, a póki co zamierzam dopieścić Sledge’a z Rainbow Six Siege oraz Matta Murdocka.




Okiem Mahiyany:


Pyrkon jest konwentem, na który marudzę cały rok, a potem i tak jadę. Tak też się stało w tym roku, więc w pyrkonowy piątek wyruszyłam do Poznania. Oczywiście cały dworzec był już przejęty przez fantastów, mangowców i generalnie nietypowych ludzi, którzy na dodatek dumnie reprezentowali swoją odmienność za pomocą ubranych już cosplayów, przypinek, naszywek, koszulek i dziwnych przedmiotów wystających z ich bagaży. Sam pociąg również był bardzo pyrkonowy, a w szczególności cały mój przedział został zajęty przez konwentowiczów.

Po dotarciu na miejsce zdążyłam jeszcze pomóc z rozkładaniem obozu i przejąć kawałek sleepa, po czym zaczęły się kolejne fale ludzi. Muszę przyznać, że w tym roku było ich dużo więcej niż rok temu. Mieliśmy przez to cały czas zajęte ręce robieniem ludziom zdjęć w naszych hełmach i ratowaniem co delikatniejszych przedmiotów przed upuszczeniem przez dzieci. Dużym powodzeniem cieszyła się też nasza gra terenowa, która dodatkowo zachęcała ludzi do spędzenia więcej czasu w Strefie Fantastycznych Inicjatyw oraz pomogła nam zawiązać przyjaźnie na innych stoiskach :)

W tym roku na prowiant wybrałam wafle ryżowe, masło orzechowe, banany, jabłka i pudełko obranych warzyw. Mimo to udało mi się spróbować tego, co Pyrkon miał do zaoferowania w tej kwestii. Mój wybór padł na podpłomyka, którego cena była porównywalna do tej na Jarmarku Świątecznym we Wrocławiu. Jakość zresztą też. Jednakże miło było dla odmiany zjeść coś ciepłego.

Piątek bardzo nas wymęczył, a przed nami były jeszcze dwa dni stania na stoisku, więc dość szybko udaliśmy się naładować siły w sleepie.

Sobota ubiegła nam równie pracowicie co piątek. Zaczęliśmy też tworzyć naszą własną flotę X-wingów oraz projektować nowe pancerze w postaci kolorowanek. Co jakiś czas w tłumie pojawiała się też znajoma twarz, co jest dość typową cechą Pyrkonów. W końcu są tam wszyscy. W sobotę udało mi się też wepchnąć chwilkę na przejście się po stoiskach handlowych, choć dla własnego bezpieczeństwa bez portfela :D

W sobotnio-niedzielną noc udało nam się na chwilę usiąść przy tostach i soczku jabłkowym, jednak już koło pierwszej rozeszliśmy się na spoczynek żeby zyskać siły potrzebne na ostatni dzień.

Ku zaskoczeniu wszystkich grup wystawiających się w Strefie Fantastycznych Inicjatyw, ruch w pawilonie utrzymywał się do samego zamknięcia (czyli do 18). Zaskoczeniem było też to, że wszystkie figurki z gry terenowej do mnie wróciły (bo wiele osób mnie straszyło, że może tak nie być). I tak też nadszedł czas na spakowanie obozu i pożegnanie się ze wszystkimi :)

Jak co roku naszymi sąsiadami zostali sithowie z Brotherhood of the Sith, którzy, jak na Ciemną Stronę przystało, przywieźli ze sobą ciastka. Przygotowali też nietypową jak na Pyrkon atrakcję, a mianowicie Escape Room. Niestety czas potrzebny do spędzenia na stoisku nie pozwolił mi spróbować się z niego wydostać, ale wyglądał bardzo dobrze.
Podsumowując, mimo mojego marudzenia i kilku potknięć organizacyjnych, Pyrkon to jednak największy konwent w Polsce, na którego zjeżdżają się przedstawiciele praktycznie wszystkich fandomów. Czuje się go już na dworcu w swoim mieście będąc otoczonych przez innych konwentowiczów. Jak na razie drugiego takiego nie ma, więc ponarzekam na niego ile będę w stanie i za rok znowu pojadę. Bo jak tego nie zrobię, to wiem, że będę żałować.




Okiem Morrigan:


Pyrkon, Pyrkon i po. W tym roku impreza rozpoczęła się dla mnie w piątek po południu. Pogoda dopisała, aż za bardzo, ponieważ było gorąco, ponad 30 stopni na słońcu, następnego dnia na szczęście trochę się ochłodziło i było o wiele przyjemniej chodzić w cosplayach. W tym roku zabrałam ze sobą aż trzy stroje, pierwszy z anime, seria Fullmetal Alchemist, mój Beskar`gam oraz wielkiego admirała Thrawna. Każdy strój spotkał się z bardzo dobrym odbiorem. Mało czasu spędziłam na naszym mando stoisku, ale za to wzięłam udział w meet up fanów Star Wars, trochę się nas zebrało. Zaskakująco wiele osób było w strojach z kanonu, teraz obecnie znanego jako Legendy, a mało z obecnych produkcji Star Wars. Miałam na nim swoją zbroję, natomiast w niedzielę robiłam obchód w cosplayu Thrawna. Wiele osób go rozpoznało, ponadto wiedziało, że jest to wersja kanoniczna, a nie ta, która pojawiła się ostatnio w serialu Rebels. Poznałam wielu nowych znajomych, niestety zaczęło się, że są oni w wieku młodszym niż ja, do tej pory zawsze ja byłam tą najmłodszą osobą. Imprezę odwiedziło ponad 50 000 osób, ale nie dało się tego odczuć, chyba że pod względem tego, że pomimo chodzenia po terenie targów prawie cały czas, spotkałam może 5% cospleyerów, którzy są teraz uwiecznieni na zdjęciach z imprezy. Nie udało mi się załapać na żadną prelekcję, ze względu na obecne kolejkony, na które po prostu szkoda mi było czasu. Ze znanych w Star Wars pisarzy gościem była Christie Golden, autorka m.in. części książek z cyklu Przeznaczenie Jedi, udało mi się ją ujrzeć z daleka. Podsumowując, tegoroczny Pyrkon minął jak co roku za szybko, dlatego już odliczam do jubileuszowego Pyrkonu 2020, który będzie dwudziestym Pyrkonem.




Okiem Oixa:


PYRKON 2019 raport Oixa

W tym roku wraz z Maggy postanowiliśmy pojechać na ogólnopolski festiwal fantastyki Pyrkon na trzy dni, by móc w pełni pokorzystać ze wszelkich atrakcji zapodanych przez wystawców i organizatorów, a także poczuć ducha nocnej pyrkonowej zabawy. Przyjechaliśmy samochodem wypełnionym po brzegi kostiumami w czwartek wieczorem. Bazę noclegową udało mi się załatwić u mojego wujka, mieszkającego nieopodal poznańskich hali targowych. Dobrze mieć rodzinę w różnych częściach Polski ;) Następnego dnia — w piątek — ruszyliśmy ubrani w pancerze mandaloriańskie na podbój festiwalu.

Łatwo nie było, na sam najpierw zostaliśmy zaatakowani z powietrza przy użyciu broni słonecznej. Przed dojściem na samo miejsce docelowe byliśmy już całkowicie wymęczeni. Lecz to było dopiero preludium … Jak wiadomo — każdy konwent składa się z dwóch poniższych konwentów: konwentu docelowego, np: Pyrkon, Copernicon, Tetcon oraz konwentu znanego też pod nazwą “Kolejkon”, a ten w tym roku był wyjątkowo długi. Na szczęście z częściową odsieczą przyszła nasza chwalebna Mandalor, do której wysłałem moją ukochaną Maggy, by ta dzięki mojej wejściówce mogła wejść szybciej i nie stopić się całkowicie na słońcu. To pokazuje też istotę mandaloriańskiej miłości, my mężczyźni musimy dbać o swoje kobiety niezależnie od tego, jak my sami na tym ucierpimy.

Niedługo po tym udało się nam spotkać w naszym obozie Manda`yaim. Po przywitaniu się z resztą stada rozpocząłem moją służbę w obozie, starając się zabawiać przychodzących do nas młodych adeptów i zachęcać ich nie tylko do robienia fotografii w hełmach oraz broniami — ale też zachęcałem do poznania mandaloriańskiej kultury oraz samego Manda’yaim. Poza tym odbyłem jeden trooping, udzieliłem wywiadu do telewizji TVN24, opowiadając o tym, czym się zajmujemy jako Mandalorianie (wiadomo, takie prozaiczne rzeczy, jak na przykład bycie jedną wielką armią najemników — najlepszych w galaktyce… Myślę, że dobitnie uzmysłowiłem wszystkim, że nie jesteśmy “Bobami Fettami”) Generalnie starałem się z całych sił, aby reszta stada oraz Mandalor byli zadowoleni z moich usług tak, jak na Mando`ad przystało. Po południu wróciliśmy z obiadu u wujka przebrani w “cywilny outfit”, aby skorzystać z atrakcji pyrkonowych, między innymi spróbowaliśmy pysznych wyrobów w sekcji gastronomicznej, strzelaliśmy z karabinów ASG i obeszliśmy całą salę handlową.

Dzień drugi na Pyrkonie spędziłem w ciężkiej zbroi krasnoludzkiej z “The Elder Scrolls V — Skyrim”. Jest to moja perełka, kamień węgielny, masterpiece w mojej cosplayowej kolekcji i tak jak dzień wcześniej w zbroi mandaloriańskiej zaledwie parę osób poprosiło mnie o zdjęcie, tak w zbroi krasnoludzkiej nie mogłem zrobić dosłownie dwóch metrów, by nie zostać “obskoczonym” przez chmary fotografów. Maggy natomiast była przebrana za autorski cosplay driady leśnej i również cieszyła się wielką popularnością ze strony fotografów. Odwiedziliśmy obozowisko Manda`yaim, znów spędzając chwilę odprężenia wśród braci z Mandy. Tym razem obiad zjedliśmy na hali gastronomicznej zachwycając się smakiem oraz niskim kosztem tradycyjnych podpłomyków z dodatkami. Skosztowałem niezwykłego piwa konwentowego, jak na prawdziwego krasnoluda w zbroi krasnoludzkiej przystało. Wróciliśmy dopiero wieczorem, zmęczeni ale szczęśliwi.

Dzień trzeci pyrkonowej zabawy postanowiłem spędzić bez cosplayu, a z nową, cudowną koszulką Manda`yaim z moim własnym imieniem i nazwiskiem (Oix Fenn). Postanowiłem tego dnia być bardziej pomocnikiem niż żywą atrakcją. Chciałem bardziej wchodzić w interakcję z gośćmi obozowymi, na przykład ucząc ich technik tworzenia zbroi, hełmu oraz opisywać zastosowanie naszych blasterów, dopisując do tego zmyślone, niezwykłe gwiezdnowojenne historie. Zarzucałem ciekawostkami ze świata gwiezdnych wojen i prowadziłem — jak myślę — ciekawe konwersacje na tematy wszelakie, ale mieszczące się w naszym ukochanym uniwersum. Maggy natomiast postanowiła skraść serca fotoreporterskich niedobitków przechadzając się po halach w swoim autorskim cosplayu nawiązującym do kultury steampunku. Jeśli więc widzieliście piękną kobietę w stroju steampunkowym, z gigantycznym złotym młotem oraz kapeluszem to pewnie mieliście okazję widzieć Maggy w swoim żywiole. Zrobiliśmy też ostatnie małe zakupy na hali handlowej.

Pyrkon musieliśmy opuścić szybciej niż chcieliśmy. Gdy dowiedzieliśmy się o zmieniającej się na złe pogodzie na naszej drodze oraz fakcie, że musimy wrócić przed zmrokiem do Bydgoszczy, stwierdziliśmy, że bezpieczniej będzie po prostu wyjechać szybciej. Mimo to musieliśmy zatrzymać się na ekspresówce przez okropne warunki pogodowe. Lecz nie zmieniło to faktu, że bawiliśmy się cudownie, a każdy dzień festiwalu był bogaty w nowe doświadczenia oraz przednią zabawę. Dziękuję każdemu z obozu Manda`yaim, że stworzyliście niezwykły klimat obozowiska (nawet jeśli większość z was nie miała pancerzy) a rozmowa oraz żartowanie z wami to naprawdę przyjemność, do której będę tęsknić do… zapewne następnego konwentu! Dziękuję również mojej rodzinie z Poznania za ugoszczenie nas na te kilka dni.

An te jatne par gar,
Oix Fenn

Oya Manda!




Okiem Ratbora:


Pyrkon 2019… Gdybym miał pisać o wszystkim, powstałaby z tego trylogia SF, więc opiszę to jak najkrócej - przybyłem, zobaczyłem, nie wyspałem się. Ale za to jak się bawiłem!

Szczerze i bez bicia przyznam, że z Pyrkonu nie pamiętam wielu szczegółów. Pamiętam za to, że łączenie gżdaczowania i cosplayu to nie jest najlepszy pomysł… Mniejsza. W piątek już wbiłem do obozu, gdzie spotkałem między innymi Mah, Sh’ehn, Arneuna czy Fabera (Behota spotkałem już nad Renem — ranem). Zostawiłem broń, trochę czekolady, gadałem i czułem dobrze. Koło 15 zwinąłem się na dyżur, ale następnego dnia planowałem wrócić, i to w (nie)pełnej zbroi. Nie wyszło, bo przespałem budzik o prawie trzy godziny (przepraszam jeszcze raz wszystkich, których obudził mój telefon >.<) i miałem inne rzeczy do marnowania czasu. Wbiłem do obozu przed dyżurem, a potem pojawiłem się także po nim. W nocy dołączyłem (na rowerze pojechałem) do ludu na imprezie, a po niej jeszcze jakiś czas z Behotem, Faberem i Araneą posiedzieliśmy nad Wartą i dopiero wtedy wróciliśmy do siebie i poszliśmy spać. Ja już nie ufałem budzikowi, więc przykleiłem obok siebie kartkę, żeby ktoś mnie obudził o 6:30. I podziałało! Jakiś obcy gżdacz, któremu jestem bardzo wdzięczny, obudził mnie i zmotywował do niezaśnięcia. Ogarnąłem się i poszedłem na zakupy, by na dyżurze robić tosty. W międzyczasie przywdziałem strój Gżdaczmana (lub kogoś innego, różnie mnie ludzie nazywali). Gdy moje 15 godzin dyżurowania na Pyrkonie się skończyło, zrobiłem coś, czego robić nie powinienem i to nie dlatego, że sam żałowałem lub coś mi się stało, ale bo prawo tego zabraniało. Prawo Pyrkonu.
Oddałem krew.

Stałem długo, oddawałem krótko, a w międzyczasie na przypale wbiłem na chwilę na zdjęcia Orgów oraz potem skoczyłem, już bardziej prawidłowo, na zdjęcia gżdaczy. Nie mogę powiedzieć, że nie byłem zauważany przez ludzi. Potem szybko pakować się, sprzątać miejsca gżdaczowe, po sprawie skoczyć do obozu i odrobinę pomóc przy pakowaniu, a potem Dead Dog Party z gżdaczami i Orgami, noc w Domu Harcerza, Demontażkon i powrót do domu wieczorem.
Pyrkon tego roku mogę uznać za udany i wspaniały, nawet biorąc pod uwagę “konsekwencje” oddawania krwi. Nie, nic mi się nie stało poważnego zdrowotnie (jakimś cudem jestem tym typem osoby, że nie jest mi źle po oddaniu oraz nie potrzebuję dużo czasu na odzyskanie sił) ani nie oberwałem od przełożonych, ale został mi na ręce ślad na dłuższy czas, bo przy pakowaniu nie mogłem nie używać tej ręki… To dobre ostrzeżenie dla ludzi — nie oddawajcie krwi na imprezach. Ale i tak się cieszę. Kończąc z tematem krwi, mam nadzieję, że jeszcze wiele razy pojadę na konwenty razem z naszym Ludem i wtedy już będę mógł dumnie przywdziać zbroję.




Okiem Ryby:


Tegoroczny Pyrkon różnił się dla mnie bardzo od kilku poprzednich edycji, w których brałem udział. Różnica nie polegała jednak na tym, że konwent się zmienił. Zmienił się charakter, w jakim brałem w nim udział.
Tym razem nie uczestniczyłem aktywnie w działaniach związanych z obozem Manda`yaim, ani nie pilnowałem swojej kolekcji LEGO na wystawie. Przyjechałem zobaczyć Christophera Judge'a, odgrywającego w serialu Stargate SG-1 rolę Teal'ca. Udało mi się zdobyć jego autograf oraz razem z Rangka'rą zrobiliśmy sobie z nim zdjęcie. I to wszystko bez dodatkowych opłat, w cenie wejściówki, co jest wielkim plusem.
Napotkanym w trakcie Pyrkonu Mandalorianom, którzy nie widzieli seriali ze świata Stargate dawałem trzy rady:
1. Idź po autograf Teal'ca, wybierz to zdjęcie gdzie jest łysy i ma złoty znak na czole.
2. Zrób sobie zdjęcie z Teal'ciem.
3. Jak już obejrzysz Stargate, to zadzwoń do mnie i podziękuj, że masz autograf i zdjęcie z Teal'ciem.
Hala noclegowa jest jednym z najważniejszych elementów każdego konwentu. Niestety, jeżeli nie przybyło się na imprezę przed jej otwarciem i nie zajęło miejsca kolejce, nie było możliwości zdobycia kawałka betonowej podłogi dla siebie, zanim tłum zalał całą powierzchnię wspólnej noclegowni.
Z jedzeniem nie było wiele prościej. Udało nam się kupić coś dobrego na terenie Pyrkonu w piątek, nie było jednak możliwości spożycia tego na siedząco, ponieważ tłum zajął wszystkie miejsca.
W sobotę postanowiliśmy zjeść w centrum handlowym przy dworcu. Tłum przelewał się nieprzerwanym strumieniem z targów w stronę dworca i z powrotem, dając zatrudnienie na pełen etat policjantom kierującym ruchem na przejściach dla pieszych.
Nieodłączną częścią Pyrkonu zawsze był games room. Nie zabrakło go oczywiście i w tym roku. Prawdopodobnie można było w nim znaleźć każdą z dostępnych w Polsce gier. Oczywiście tłum zabrał wszystkie gry i zajął wszystkie stoliki, więc nie dane nam było poznać żadnej ciekawej pozycji w skończonym czasie.
Podsumowując, nie widzę sensu odwiedzania Pyrkonu dla typowych konwentowych atrakcji, ponieważ nie ma możliwości z nich skorzystania. Jeżeli jednak za rok pojawi się ktoś taki jak Teal'c, pewnie pojawię się i ja.




Okiem Sh`ehn:


Sama nie wiem jak ocenić ten Pyrkon. Jeśli chodzi o organizację na etapie przygotowań — mam wrażenie, że było dużo gorzej niż rok temu. Przepływ informacji i kontakt z organizatorami wypadał... blado. Tym bardziej więc zdziwiło mnie, że na samym konwencie na każdym kroku dało się dostrzec usprawnienia. Ok, sleeproom wciąż był problemem — w tej kwestii nic się nie zmieniło (a przynajmniej nie na lepsze). Ale np. sprzedaż wejściówek zwykłych i wymiana przedsprzedażowych odbywała się przy dwóch różnych wejściach — więc uczestnicy “Kolejkonu” nie musieli się więc zastanawiać czy na pewno stoją we właściwym ogonku. Osoby rejestrujące się na prelekcje nie musiały przychodzić pod sale dużo wcześniej. Cosplayerzy dostali przebieralnie; Wystawcy mogli korzystać ze strefy Fandom to Fandom. I (chyba moja ulubiona zmiana) wprowadzono kontener z prysznicami koedukacyjnymi. Miałam okazję korzystać i z koedukacyjnych, i ze zwykłych damskich; i cóż… wyobraźcie sobie — kolejka przesuwa się w sensownym tempie, podłoga nie pływa, same kabiny czyste, zasłonki nie poobrywane… <3 Zresztą, w temacie pomieszczeń sanitarnych — łazienki/toalety były cały czas ogarnięte. Z pogodą bywało różnie — od upalnego piątku, po chłodny niedzielny poranek — ale klimatyzacja w budynkach konwentowych działała bez zarzutu. (A może i nawet za dobrze — po kilku godzinach moje gardło odmówiło współpracy, i w ten sposób Pyrkon przeszedł do historii jako jedyny konwent na którym Ósemka (prawie) nie krzyczała).

Za to w kwestii naszego, madayaimowego zorganizowania — mogę powiedzieć tylko “kandosii!”. Nie udało nam się zrobić wszystkiego, co chcieliśmy; ale bez większych problemów udało nam się wywiązać z “podstawowego” wariantu planu. Stoisko rozstawiliśmy sprawnie, a podczas samego konwentu dyżurowanie przebiegło bez większych komplikacji. Przetestowaliśmy kilka nowych pomysłów; z pozytywnym efektem. Słowem, z powodzeniem działaliśmy “ku chwale”.

Jeśli chodzi o to, co można było znaleźć na samym konwencie — nie zwiedzałam za dużo, ale te stoiska, które widziałam, robiły niesamowite wrażenie. W sobotę zasiedziałam się na stoisku Medalikonu — i miałam okazję pierwszy raz w życiu spróbować malowania figurek. W niedzielę z kolei wyruszyłam na zwiad z parą należących do mandaloriańskiej floty origami X-wingów (w ciągu całego konwentu udało nam się złożyć co najmniej kilka eskadr). To znaczy — chodziłam po sąsiednich halach i pytałam, czy mogę zrobić zdjęcie naszym Saka`gale na tle innych stoisk. Szczególnie podobała mi się aranżacja przestrzeni wystawy poświęconej meteorom/meteorytom — wyznaczenie na podłodze hali orbit poszczególnych planet układu słonecznego. Poza tym natrafiłam na godną konkurencję dla naszych okrętów — należącą do P.I.F.K.O. armię U.S.S. Enterprise`ów! Miałam też okazję zobaczyć w pełnej okazałości kolekcję papierowych modeli pokemonów — rok temu, gdy zawędrowałam do odpowiedniej hali, pół stoiska było już zwinięte.

Poza tym, naprawdę dobrze było wszystkich zobaczyć. Z innych rzeczy — chciałabym podziękować vode, którzy poratowali mnie okryciami wierzchnimi w sobotnią noc — jej, to jeden z niewielu przypadków gdy na konwencie było cieplutko! Poza tym, w niedzielę rano, wraz z Behotem i Jassem, odwiedziliśmy alternatywny event. I, cóż, to był miły spacerek — fajnie było mieć towarzystwo. I jeszcze pamiętajcie — LLAMACORNS ARE REAL! <3
Na koniec dodam, że droga powrotna nie obyła się bez przygód. Ot, uroki konwentowania.




















 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 12,277,465 unikalne wizyty