Przemyt
 
Moja relacja z Innadą znowu się trochę zmieniła od pojedynku. Nie zabierała mnie jeszcze na zlecenia, ale zacząłem brać aktywny udział w tych dziejących się na pokładzie statku. Więcej czasu spędzałem ucząc się urządzeń pokładowych Tancerki. Bardzo szybko nauczyłem się obsługiwać działka i pilotować.
Po jednym z większych zleceń Innada kupiła dodatkowy zestaw uzbrojenia. Bez zbroi. Nie do końca rozumiałem po co nam czwarty komplet, dopóki nie powiedziała, że są całkowicie moje patrząc sugestywnie na stół z kompletem narzędzi. Zdążyłem się przyzwyczaić że broń i Tancerka są dla mnie nie do ruszenia. Ale ten komplet… mogąc go dowolnie modernizować…
Ale najpierw zasady - każda modyfikacja musi być całkowicie odwracalna. Nie planuję prosić Innady o nowy komplet. Na początku skupiłem się na modernizacjach soczewek skupiających. I na przekazywaniu obrazu z celownika, na razie na datapad. Kiedy będę miał swój hełm - będę mógł niepostrzeżenie celować, to mogłoby dać mi dodatkową przewagę w skrajnej sytuacji.

W międzyczasie studiowałem systemy Tancerki, bez modyfikacji, ale chciałem je jak najlepiej rozumieć. Ich możliwości i ograniczenia. Jak dużą asteroidę można zniszczyć pojedynczą wiązką laserową. Moc torped. Jak ocenić osłony innych statków korzystając z dostępnych instrumentów pokładowych. I oszacować siłę ich systemów ofensywnych.
Spędziłem dużo czasu poznając każdy kabel na pokładzie. Czasami kosztem snu. Innada wlepiała mi za to czasami dodatkowe godziny na bieżni, kara trochę na wyrost, ze wszystkich metod treningowych najbardziej polubiłem bieg. Nie chciała żebym nadwyrężał dodatkowo moje ciało. Nałożony przez nią rygor treningowy dawał mi około dziewięciu godzin dla mnie, zwykle około sześć z nich przeznaczałem na sen.
Właściwie ludzie nie potrzebowali dużo więcej. Dodatkowe dwie godziny, które poświęca większość mojej rasy już dawno zacząłem uznawać za zbędny luksus.


Przez następne miesiące nie udało mi się znacząco zmienić właściwości broni, chociaż udało mi się zwiększyć moc wyrzucanej wiązki kosztem pochłaniania większej ilości energii i zmniejszenia szybkostrzelności. W przypadku przeciętnego strzelca to raczej kiepska wymiana, tylko ja miałem ze sobą długi i skuteczny trening, dość skuteczny żeby trafiać za każdym razem na liczących się dystansach. W szczególności dotyczyło to pistoletów. Te wzmocniłem na tyle, na ile mogły wytrzymać to komponenty, ale nie chciałem ich przeciążać. Ostatnie czego potrzebowałem to przepalająca się elektronika w środku kryzysowej sytuacji. Ostatecznie ich energia plasowała je trochę powyżej ciężkiego pistoletu blasterowego, a poniżej półautomatycznych karabinów szturmowych. Według moich szacunków dość żeby przebić przeciętną zbroję. Zwłaszcza pancerze szturmowców. Może nawet przeciętny beskar’gam, jednak na pewno nie te którym poświęcono dużo czasu i kredytów.


W końcu, zacząłem brać udział w akcjach. Bardzo często robiłem za czujkę, co było rozsądne zważywszy, że nie miałem gamu. Uzbrojoną czujkę. Regularnie brałem udział w negocjowaniu kontraktów. Czasami miałem wrażenie że moja zawzięta mina i nieustanna obserwacja otoczenia (w połączeniu z sylwetką, której nabrałem dzięki treningom - zaskakujące jak często istoty zwracają na to uwagę) pozwoliły Innadzie negocjować wyższe ceny. Z tego co się zorientowałem to część klientów traktowała mnie jako ochroniarza mojej opiekunki, a część jako faktycznego wykonawcę zlecenia (pierwsza grupa to z reguły klienci na przemyt, druga na cel do którego można strzelić).
Któregoś dnia, wszystko prawie się posypało. Klient, Toydarianin, był zdecydowanie za bardzo nerwowy. Spośród jego paroosobowej straży spokojny był tylko Gamorreanin, ale o ile mogłem się zorientować, on nie rozumiał sytuacji w której się znalazł. Latający kłębek nerwów był gotów zapłacić bardzo dużą sumę, żebyśmy zabrali towar jak najszybciej. Umówiony sygnał - zaciśnięta pięść - coś było bardzo nie na miejscu.
- To będzie kosztować dodatkowe dwadzieścia pięć tysięcy kredytów, dziesięć na amortyzację przewidywalnych problemów i piętnaście za to, że nie chcesz o nich powiedzieć - wtrąciłem się w negocjacje przybierając rolę ochroniarza, aktualnie zatrzymali się na siedmiu tysiącach, więc Innada nie mogła mieć mi za złe wtrącenia.
- Za tyle można kupić cały statek!
- To kup i poleć, ale Tobie najwyraźniej zależy na kimś kto umie go pilotować bardziej niż na samym pojeździe.
- Dwadzieścia za całość i powiem wam o co chodzi.
Innada spojrzała na mnie z uznaniem - wiele razy lataliśmy za dziesiątą część tego. Często takie loty były najgroźniejsze. Ale ten - ten mógł nas ustawić na standardowy rok wygodnego życia. Co oznaczało dużo efektywnych treningów i dobrze płatne zlecenia.
- Ale jeśli uznamy że ryzyko jest za duże dokładasz siedem ekstra. I osiem teraz.
- Dodatkowe pięć i tyle samo teraz.
- Zgoda, ale chcemy wiedzieć co przewozimy, dla kogo i kto się tym interesuje.

Z wyjaśnień toydarianina wynikało, że ma transport broni do przesłania na Nar’Shadda. Ale same skrzynie, oprócz nielegalności miały dodatkowy problem: co najmniej trzy klany Huttów chciały mieć tę broń dla siebie. Fakt że sama broń była odzyskana po nalocie Imperium na magazyn jednego z nich nie pomagała za bardzo. Brak powiązań zleceniodawcy z którymkolwiek z tych klanów również.
Dwa klany Huttów zdecydowanie wpasowały się w definicję dużego ryzyka, nawet jak na standardy Innady.
- Coś za łatwo poszło - mruknęła kiedy wracaliśmy na statek. Był gotowy do odlotu, a zleceniodawca obiecał że transport będzie w naszym doku w ciągu godziny.
- Może nie do końca, sam kupiec zarobi na tym około dziesięciu tysięcy, minus opłacenie ochrony. A przynajmniej na tyle wskazywała pamięć jego holorejestratora.
- Czyli odbiorca płaci trzydzieści pięć?
- Czterdzieści, pięć wydał na informatorów i łapówki, żeby wydobyć te skrzynie przed nalotem.
- Nie wiem jaka to jest broń, ani z czego zrobiona, ale to ryzyko jest tego warte.


Załadunek przebiegł bez problemów, na wszelki wypadek trzymaliśmy broń w pogotowiu.
Innada pilotowała, ja zająłem się obserwacją urządzeń pokładowych, skupiłem swoją uwagę na holoprojektorze wyświetlającym najbliższą przestrzeń. Bardzo szybko wychwyciłem cztery statki poruszające się niezgodnie ze schematem pozostałych. Wykorzystanie dokładniejszych urządzeń wskazywało, że jedno to remontowa kapsuła władz stacji, z której startowaliśmy. Wśród pozostałych trzech dwa były myśliwcami. Komputerowi opornie szła identyfikacja więc wywołałem ich obraz. Dwa brzydale, pierwszy miał silniki Y-winga przyczepione bezpośrednio do kadłuba zwiadowczego T-65 Incomu osłonięte płatami od bombowca TIE, drugi miał taki sam kadłub z doczepionymi skrzydłami i silnikami czegoś, w czym rozpoznałem szczątki promu typu Nu. Po bliższych oględzinach zauważyłem powiększony kadłub i działka wyciągnięte z promu umieszczone za kabiną. Na odczytach nie wyglądały na bardzo zmodyfikowane, a same nie były bardzo mocne. Prawdopodobnie drugi nie był w stanie nawet poważnie zaszkodzić tarczom Tancerki, ale w połączeniu z torpedami które pewnie miał na stanie… Odczyty wskazywały na dwie wyrzutnie w pierwszym i aż cztery w promo-myśliwcu
Pozostawał jeszcze frachtowiec… koreliański YT-1200, mocno zmodyfikowany, właściwie inne już nie latały. Tutaj nie miałem pojęcia czego się spodziewać. Dwie wieżyczki z poczwórnymi działkami, dwie wyrzutnie pod kabiną i dodatkowe cztery lufy na wprost. Albo nie miał tarcz, albo wymienili mu całą siłownię. To nie zapowiadało się dobrze. Osobno, każdy z tych trzech statków “Tancerka” byłaby w stanie roznieść na wodór w dowolnej chwili, ale razem stanowiły zagrożenie, zwłaszcza jeśli są obładowani torpedami protonowymi. Zaraportowałem swoje odkrycia Innadzie. Nie była zadowolona, zwłaszcza że statki zdradzały coraz większe zainteresowanie nami. YT włączył tarcze, myśliwce nie. Przynajmniej tyle. Ale oba miały silniki od o wiele cięższych jednostek, więc mogły być szybkie. Możliwe, że uda mi się zestrzelić jeden dzięki wieżyczkom strzelniczym Tancerki, ale trzy?

Słyszałem jak Innada cicho szepce “Dasz radę siostrzyczko, nie z takich sytuacji wychodziliśmy”. Siostrzyczko? Ach… mówiła do statku.

Komputer nawigacyjny Tencerki wyliczał skok, ale frachtowiec na pewno miał systemy pozwalające namierzyć koordynaty, możliwe nawet że mogli dotrzeć przed nami do systemu docelowego. Nie wiedziałem czego się spodziewać po tym YT-1200. Odczyty wskazywały na tarcze, nikt nie włożyłby tak słabych działek żeby to utrzymać… Czyżby z oryginalnych części pozostał tylko kadłub? Prawdopodobne. Statki przemytnicze często takie były.
Na polecenie Innady pobiegłem do wieżyczki. Statek miał jeszcze podwójne dwulufowe działka sterowane z kabiny, dla wygody celującego były zablokowane w pionie. Możliwa była obsługa przy trzeciej osobie, ale na nasze potrzeby - strzelec na wieżyczce i działka obsługiwane w kabinie były o wiele lepszą konfiguracją.
Były jeszcze torpedy… ale te po pierwsze, były drogie, po drugie trzeba było namierzyć. Prawie zapomniałem, o ukrytej w ogonie statku wyrzutni rakiet udarowych, niektórzy przemytnicy i łowcy nagród umieszczali w podobnym miejscu wyrzutnię min, czasami sonicznych, ale możliwość namierzenia celu, dawała pewną przewagę, a zawsze lepiej jest wystrzelić pocisk i przeżyć.
- Chcą nawiązać komunikację, chcesz posłuchać? Nie, tylko odbiór, możemy spokojnie rozmawiać - usłyszałem Innadę w słuchawkach, a zaraz później dołączył do tego obcy głos
- Do pilota frachtowca transportowego - Ha, transportowego, całkiem ciekawy eufemizm, obaj dobrze wiemy, że to przemyt - przygotuj się na dokowanie w celu inspekcji i konfiskaty towarów pochodzących z kradzieży - kolejny ładne stwierdzenie, chyba nie chcą nas zabić. Ale i tak nie powinniśmy wpuszczać ich na pokład.
- Hej, słyszysz to? Nie chciałbym spowiadać się z tego co robi u mnie w kajucie kolekcja blasterów…
- A ja nie chciałabym się spowiadać z tych zbroi. Wal bez namierzania, tak jak ćwiczyliśmy, najpierw ten z płatami TIE, potem zwrot w pionie, potem frachtowiec.
- Robi się, daj sygnał.
Uruchomiłem systemy wieżyczki, wyłączyłem namierzanie. Na szczęście zewnętrzne skanery nie były w stanie wychwycić różnicy w zasilaniu. Cóż… w ramach ostrzeżenia mieli tylko swój wzrok, a na to było jeszcze za daleko. Wycelowałem na wskazany statek, spodziewałem się że będzie to trudniejsze. Czyli jeszcze niczego się nie spodziewali.
- Mam.
- Świetnie, przygotuj się. - Innada przygotowała statek do zwrotu, co dało mi chwilę żeby upewnić się co do namierzenia - Dawaj!


Laserowe błyskawice przecięły próżnię, trafiając prosto w jeden z silników brzydala. Tak! Chyba pierwszy raz kiedy czas spędzony na trenowaniu się opłacił. Słabe osłony zostały momentalnie rozdarte przez zmodernizowane działka Tancerki, pierwsze parę strzałów wystarczyło żeby poważnie uszkodzić statek. Lekki wybuch, ale nie rozniosłem całego statku na atomy. Osłona od TIE poleciała w jedną stronę, kadłub razem z drugim silnikiem w przeciwną. Zauważyłem że pilot próbuje dalej nas namierzać, najwyraźniej miał dodatkowe silniki manewrowe w dziobie, albo bardzo dobry system sterowania wiązką wylotową. To się nie liczyło, był unieruchomiony, dzięki czemu mogłem ostrzelać jego drugi silnik podczas zwrotu. Nie wybuchł, ale przestał działać, a sam statek zamarł. Wycelowałem działko we frachtowiec i wystrzeliłem pierwsze parę wiązek. Trzy pary trafiły, w warunkach treningowych byłbym dumny z takiego wyniku, ale to było za mało. Nie naruszyłem nawet poważnie tarcz.
Włączyłem moduł namierzający, zaskoczenie przestało się liczyć, a dzięki temu Innada będzie mogła wystrzelić torpedy.
- Namierzam. Pierwszy zdjęty, dwa pozostały. Trzy w drugim celu, minimalny spadek tarcz - zwięzły i treściwy raport, dokładnie tak, jak zostałem nauczony.
Ze wspomaganiem kolejne strzały bezlitośnie trafiały w kadłub. Dzięki manewrowi miałem idealne pole do ostrzału, podczas gdy frachtowiec mógł nas ostrzelać tylko z jednej wieżyczki. Patrząc po tym jak Innada kierowała Tancerkę - miało tak pozostać. Pozostały myśliwiec miał za to najwyraźniej problemy ze zwrotnością, zawracał w naszą stronę dosyć szerokim łukiem, zaraportowałem te obserwacje.
Pierwsze trafienia z frachtowca uderzyły w tarcze Tancerki, statek się zatrząsł, a ja sprawdziłem odczyty pól.
- Osiemdziesiąt procent osłon, nie wiem co mają na tym statku, ale nie chcemy tym mocniej oberwać.
Wdusiłem spust, szacunki ich osłon wskazały na około połowę. Przeliczyłem trafienia, było ich zaskakująco dużo.
- Czy oni wmontowali w ten kadłub całą koreliańską korwetę? To nie ma prawa tyle wytrzymać.
Innada zmieniła kurs i sprzęgła działka główne z moją wieżyczką. Dopóki będę celował w ich zasięgu - steruję wszystkimi. Skorzystałem z tego i ustawienia statków żeby władować we frachtowiec krótką salwę ze wszystkich ośmiu luf Tancerki.
- Ćwierć mocy osłon drugiego celu.
Reszta mojej serii trafiła w próżnię nagłym zwrocie.
- Co ty robisz?
- Myślałam że nie chcesz żebyśmy mocniej dostali.
Fakt, laserowe smugi przecięły przestrzeń na naszym poprzednim kursie, skorygowałem ustawienie wieżyczki i wypaliłem po raz kolejny. Niewielki efekt, ale trochę mocy spadło.
Rozejrzałem się za brzydalem. Za nami. Poprzedni unik…
- Cel trzeci za nami, cel drugi nas namierzył.
Innada wykonała kolejny gwałtowny skręt, brzydal nawet nie ustawił się na pozycje do strzału. To kosztowało nas jakieś dziesięć procent tarcz i tym razem byliśmy idealnie w osi obu działek frachtowca.
Wypuściłem w niego kolejną serię. A po chwili poczułem wstrząs.
- Właśnie straciliśmy połowę tarcz. Dwadzieścia procent mocy.
Zaskoczyło mnie osiem smug wylatujących po naciśnięciu spustu. Zapomniałem o sprzężonych działkach.
- Drugi cel, odarty z tarcz.
Celowałem w górną wieżyczkę, po paru trafieniach umilkła. Innada zauważyła to i skierowała statek w dogodną przestrzeń, co dało mi bardzo dobre pole do ostrzału ich silników. Charakterystyczne wybrzuszenia z tyłu dysków YT były łatwym celem i już po chwili jeden z nich rozkwitł w wybuchu.
Wstrząs.
Drugi brzydal w końcu ustawił się do ostrzału, całkiem dobra pozycja, prawie prostopadle do spodu Tancerki.
- Piętnaście procent tarcz. Ma słabe działka. Oddaję ci główne.
Namierzyłem drugi silnik frachtowca i wznowiłem ostrzał. Cztery zamiast ośmiu dały o wiele słabszy efekt, ale już po chwili statek pozostał bez siły napędowej.
- Komputer skończył wyliczać skok - usłyszałem. Faktycznie, już po chwili gwiazdy rozciągnęły się i przeszliśmy w nadprzestrzeń. Zszedłem z wieżyczki i udałem się do kokpitu.
- Zacznij ładować tarczę, w nadprzestrzeni mamy zapas mocy - ustawienie odpowiedniego przepływu mocy z siłowni było kwestią chwili.
- Ile mamy czasu?
- Około godziny, to krótki skok, potem co najmniej dwa, zależy czy ktoś będzie na nas czekać. Mam nadzieję że obejdzie się bez niespodzianek.
Zająłem się sprawdzaniem, czy mimo wszystko coś, przedarło się przez tarcze. Innada w tym czasie zajęła się sprawdzaniem czy przypadkiem nie przyczepili nam nadajnika. To było raczej mało prawdopodobne, ale woleliśmy nie ryzykować.
Kiedy wyszliśmy z nadprzestrzeni przyrządy nie wskazywały niczego podejrzanego. Postanowiliśmy wybrać odrobinę dłuższą drogę, za to praktycznie niwelującą możliwość podążania za nami. Nie miałem co robić, więc zająłem się treningiem z bronią. Innada dołączyła do mnie, po ustawieniu kolejnego skoku.
Chwilę przed wyskoczeniem zajęliśmy stanowiska bojowe. Jak się okazało niepotrzebnie, ale woleliśmy być zabezpieczeni.
Na szczęście reszta podróży odbyła się spokojnie, chociaż podobną procedurę zastosowaliśmy przy wyjściu z nadprzestrzeni w okolicach Nar’Shadda.

Dopiero kiedy lądowaliśmy dotarło do mnie co oznacza Księżyc Przemytników. W niczym nie przypominałem już dziecka, które rodzice sprzedali w niewolę. Z tego co wiem zrobili na tym niezły interes. Mój pierwszy właściciel szybko się mnie pozbył. Wylądowałem na statku, w transporcie do jakiejś kopalni. Nie dotarłem do celu bo ktoś zauważył moje zdolności techniczne.
Nie byłem pewien czy chcę odszukać rodzinę. Chyba chciałbym wiedzieć co się z nimi stało, ale gdybym ich spotkał… Cóż… lepiej dla nich żebym nie miał przy sobie blastera.
Tyle, że pistolet blasterowy noszę przy sobie cały czas.

Innada otworzyła bezpieczny kanał łączności i poinformowała dostawcę o towarze. Polecieliśmy do odpowiedniego doku, a tam czekała już na nas ekipa rozładunkowa. Na ich szczęście odpowiednia. Zarządcę odbierającego od nas towar Innada nazwała Bibem Fortuną. Rozpoznałem to imię, było w informacjach o sytuacji Zewnętrznych Rubieżach, które Innada kazała mi przyswoić. To, że Jabba się zbroił nie wróżyło nic dobrego. Ale to nie był nasz problem. Dostaliśmy swoje pieniądze, co do kredyta. Fortuna zaproponował nam kolejny przelot, ale odmówiliśmy.
Po rozładunku miałem mieć trochę wolnego czasu. Zdecydowałem się włamać do sieci kosmoportu. Przechowywali tam właściwie wszystkie legalne transakcje. O dziwo stolica przemytu i przestępstw była całkiem nieźle zorganizowana, chociaż nie do końca dobrze zabezpieczona. Na wszelki wypadek skorzystałem z gniazda dostępowego na innym lądowisku, podłączonego specjalnym długim kablem, który mogłem wyczepić z gniazda i błyskawicznie schować. Wykorzystałem małego droida pająka, żeby wczepić wtyczkę do gniazda z bezpiecznej odległości. To miało też inne zalety - kabel był tak ułożony między skrzyniami stojakami z narzędziami stojącymi na lądowisku, że był praktycznie niewidoczny. No i kamera droida zapewniała mi wizję - co było bardzo przydatne w zobaczeniu kiedy trzeba się ewakuować.
Wystarczyło mi pół godziny, żeby skopiować historię transakcji z interesującego mnie okresu na mój datapad. Będę miał dość czasu żeby ją przejrzeć wieczorem, a i tak zostajemy do następnego dnia, więc gdybym chciał mógłbym wrócić żeby dowiedzieć się więcej.

Analiza danych była stosunkowo ciekawa. Znalazłem interesujące mnie dane, w czym pomógł zachowany datapad służący do detonacji ładunku w moim ciele. Okazało się, że numer datapadu jest oficjalnie przedmiotem sprzedaży. Najwyraźniej to sposób na ukrycie faktycznego handlu niewolnikami, nawet na bardziej restrykcyjnych światach. Nie do końca byłem pewien czemu zachowywać ten schemat akurat na Nar’Shadda, skoro nie było żadnych tego typu ograniczeń, ale nie miało to większego znaczenia.
Znalazłem swoich rodziców. A dokładniej - ich miejsce w biurokratycznym systemie kosmoportu.
Najwyraźniej pieniądze ze sprzedaży mnie całkiem nieźle zainwestowali. Ich numer identyfikacyjny pojawiał się później wielokrotnie w systemie.
Nie byłem pewien co chciałem zrobić z tymi informacjami. Nie było szans żeby udało mi się cokolwiek osiągnąć przed następnym wylotem. Ale przy następnej wizycie na Księżycu Przemytników na pewno ich namierzę.
A potem - i tak już na pewno zabiłem jakąś istotę, i tak mam to robić jako wojownik. Dlaczego by nie mieć paru samolubnych morderstw na koncie?


 

Komentarze
 
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2014




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2017 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 7,169,704 unikalne wizyty