Preludium do masakry
 
Był środek nocy, gdy dotarła do obozowiska Mandalorian. Nie wiedziała skąd są, ani dla kogo pracują, lecz ich niespodziewane pojawienie się w sektorze Moonus Mandel wzbudził niepokój jednego z bothańskich gubernatorów, zarządzających dochodowymi koloniami. Anda Roner była rycerzem Jedi, nie kwestionowała rozkazów najwyżej Rady, gdy nakazali jej zbadać sytuację. Nie miało znaczenia, czy informacje gubernatora Ptuka były prawdziwe, czy tylko ubzdurał sobie zagrożenie. Jako Jedi, miała obowiązek zapewnić bezpieczeństwo przedstawicielowi republikańskiej władzy. Swego padawana zostawiła w pałacu zarządcy kolonii, by baczył na rozhisteryzowanego Bothanina. Nie chciała, aby ten w przypływie emocji poczynił lekkomyślnie, zwłaszcza gdy ona sama przebywała w obozie wroga.
Domniemani Mandalorianie wydawali się nie zwracać na nią uwagi, lecz w Mocy wyczuła ich skupienie i podejrzliwość. Starała się wyglądać jak najmniej groźnie, co wcale nie było trudne przy jej małym wzroście. Była Devorianką o jasnej, pomarańczowej sierści. Kolor jej futra wyraźnie odcinał się na tle śniegu – byłaby łatwym celem do zastrzelenia, gdyby nie wrażliwość na Moc. W milczeniu pozwoliła odeskortować się do namiotu przywódcy, w duchu wdzięczna, że nikt nie zażądał od niej broni. Poczucie ciężaru miecza świetlnego u pasa, działało na nią kojąco.
Wnętrze namiotu było surowo zaaranżowane. Stały tu głównie skrzynie z ładunkiem, które Mandalorianie używali jako stołu i siedlisk. Po środku zbudowano palenisko, a z niego przyjemnym ciepłem buchał płomień. Na jednej ze skrzyń siedział ludzki mężczyzna w sile wieku. Jego czarna zbroja nosiła liczne szramy i wygniecenia, na ziemi zaś leżał hełm, z charakterystycznym wizjerem w kształcie litery „T”.
Człowiek siedział lekko pochylony, z łokciami opartymi na kolanach. Nie wstał, by się z nią przywitać, tylko uważnie zlustrował jej postać.
- To ty chciałaś się ze mną widzieć?
Nawet stojąc, nie była zbyt wyższa niż siedzący mężczyzna. Ale po wielu latach służby Republice, nie dała się zbić brakiem manier.
- Nazywam się Anda Roner, jestem rycerzem Jedi. Przybyłam na prośbę gubernatora Ptuka, który zaniepokoił się waszą niespodziewaną obecnością na planecie.
- Tak łatwo wystraszyć władze Republiki?
Anda zignorowała zaczepkę człowieka.
- Jako strażnik pokoju Republiki, proszę, abyś przedstawił mi swój powód przylotu.
Mandalorianin chwilę przyglądał się jej.
- Nie interesuje mnie Bothanin.
- W takim razie, w jakim więc celu przybyliście na tą planetę?
Mężczyzna wzruszył niedbale ramionami.
- Słyszałem, że ta twierdza jest nie do zdobycia. Brzmi jak dobre wyzwanie.
Nie spodziewała się usłyszeć takiego wyjaśnienia. Jego lekceważący ton był aż bolesny.
- Zaatakowałbyś placówkę chronioną prawem Republiki, tylko dlatego, że brzmiało to na... dobrą zabawę? – zapytała wolno cedząc słowa, jakby w obawie, że źle zrozumiała.
Mandalorianin uprzejmie się uśmiechnął, lecz głębokie szramy szpecące jego twarz zepsuły efekt.
- Czy wolałabyś, abym zrobił to dla paru kredytów?
Nie zamierzała dać się sprowokować. Wzięła głęboki oddech, aby uspokoić swoje myśli i skupić się na pokojowym rozwiązaniu niebezpiecznej sytuacji. Wiedziała, że jeśli negocjacje nie odniosą skutku, będzie musiała użyć siły. Sięgnęła myślą w głąb Mocy, próbując wybadać charakter Mandalorianina. Przypominał jej dzikiego drapieżnika, który był na swoim terenie – pewny, opanowany i pozbawiony strachu. Ale wiedziała, że takie bestie są najgorsze, bo pod chłodnym spokojem kryła się wrodzona agresja. Nie wątpiła, że w każdej chwili był gotów zaatakować ją. Nie rozumiała tylko z jakiego powodu dał jej szansę na rozmowę.
- Wolałabym, abyś nie atakował tej twierdzy z żadnej przyczyny – wyznała stanowczo, nie odrywając od niego wzroku. Ten uniósł brew w udawanym zdziwieniu.
- Doprawdy? A jak, Jedi, chcesz mnie od tego odwieść?
- Może jest coś, czego chcesz, a co mogę ci dać w zamian?
Mandalorianin przekrzywił głowę i pierwszy raz jego dotąd spokojne uosobienie zmieniło się. Wyglądał tak samo – ciemne włosy luźno spływające na opancerzone ramiona, oczy chłodne i oceniające, jak u dzikiej piaskowej pantery i surowa twarz poraniona od ognia i walki. Być może kiedyś mógł uchodzić za przystojnego człowieka, o szerokich kościach policzkowych, wyraźnie zarysowanej linii szczęki i jastrzębim nosie. Ale to nie blizny odstraszały, lecz to dziwne poczucie zagrożenia, które wydawało się wisieć wokół niego jak niewidzialna woń. Wszystkie jej instynkty obudziły się na pierwsze spojrzenie w jego ciemne, kpiące oczy.
Mandalorianie zawsze stanowili zagrożeniem, nawet jeśli wydawali się być bezbronni. Nie bała się walki – była gotowa zabić człowieka, jak i umrzeć z jego ręki, jeśli nie dałaby rady mu podołać. Jako Jedi strzegła porządku i pokoju w galaktyce i dla tych wartości chciała się poświęcić. Mandalorianie zaś byli inni, niż większość ras czy kultur. Jedi swój cel istnienia widzieli w bezinteresownym bronieniu bezbronnych i dążenia do harmonii z Mocą, czym różnili się od wymarłych Sithów, którzy pragnęli tylko władzy nad światem. Istniały rasy pokojowo nastawione i takie, co zawsze chciały zdominować innych. Jednak Mandalorianie byli dziwni. Na przestrzeni wieków, wszczynali wojny gdzie się dało, atakując nie raz samą Republikę. Ale w przeciwieństwie do Sithów, ci w destrukcji szukali tylko swej chwały i honoru. Gdy zniszczyli jeden świat, nie znajdując nikogo godnego siebie, ruszali na kolejną planetę. I tak cały czas, aż Republika nie zdecydowała się położyć kres ich ekspansji. Raz na zawsze.
Nie mogła mieć pewności, czy był to słuszny czyn. Mandalorianie nie byli bez winy, to nigdy nie podlegało wątpliwości. Ale czy Republika ucieleśniająca wyższe standardy moralne, powinna zwalczyć ogień ogniem? Nie wiedziała. Nie umiała ocenić, a nawet gdyby to potrafiła – przeszłości nikt nie zmieni. Jako Jedi miała tylko nadzieję, że czyn jej poprzedników nie zrodził większego zła. W postaci ludzi jak człowiek siedzący naprzeciw niej. Ludzi gotowych zabijać i niszczyć, bo taki mieli kaprys. Bo tak im kazały jakieś przestarzałe pobudki dawnych wojowników. A teraz, podsycani przez nienawiść ku Jedi i Republice, na nowo się gromadzili i szykowali na wojnę.
Jednak w Mocy, nie wyczuwała żadnych silnych, negatywnych emocji tlących się w człowieku. Tak, jakby była mu obojętna, a on rozmawiał z nią tylko z wrodzonej ciekawości.
- Chcę wielu rzeczy, ale żadnej z nich nie możesz mi dać, Jedi – odpowiedział z przekąsem, zaraz szczerząc się w zawadiackim, okrutnym uśmiechu. Wiedziała, że sam zamierzał wziąć to, co zapragnął, choćby idąc po trupach. Poczuła gulę strachu, rodzącą się w jej trzewiach. Nie przed nim samym, a przed świadomością, że tacy ludzie nadal istnieją. Żałowała, że przybyła na planetę tylko z własnym padawanem. Ich dwójka nie miała dużych szans w starciu z całym oddziałem Mandalorian. Gdyby ci jednak zechcieli zaatakować twierdzę gubernatora, istniało ryzyko, że jej misja zakończyłaby się klęską. Była pewna, że Rada Jedi zechce wysłuchać raportu o Mandalorianach, którzy wyrwali się spod kontroli Republiki. Ale by móc im przekazać te informacje, wpierw musiała zapobiec zagrożeniu i przetrwać.
- To akurat nie stanowi problemu, dla ciebie, prawda? – zapytała, przekornie przekrzywiając głowę. Chciała, by wiedział, że mandaloriański sposób myślenia nie jest jej zupełnie obcy. Mężczyzna tylko szerzej się uśmiechnął, choć w niej gotowała się krew na myśl, że legalne prawo cywilizowanej Republiki nie było wstanie zatrzymać takiego barbarzyńcy. Samotnie stojąc w namiocie wroga, mogła tylko próbować odwieźć go od walki. Przekupstwo nie przystoiło Jedi, ale była za słaba, aby wyegzekwować ich szacunek dla praw Republiki.
- To co mi możesz dać? – zapytał. – Ile warte jest życie mieszkańców tego miasta dla ciebie, Jedi?
- Życie jest bezcenne – automatycznie odparła, czując jak adrenalina wypełnia jej ciało. Wiedziała, że jeśli chce zażegnać nadchodzącą walkę bez przelewu krwi, musi uważnie dobierać swoje słowa. – Nie jestem tu, aby tylko uchronić życie gubernatora Ptuka czy jego podwładnych. Ty i twoi żołnierze, wasze życie też chcę uratować przed niepotrzebną śmiercią.
Twarz mężczyzny pozostała niewzruszona i pomyślała, że równie dobrze mógł nie fatygować się ze zdejmowaniem hełmu, skoro i tak nie mogła nic wyczytać z jego miny. Uniósł tylko brew, ale nie była pewna, czy to oznaka jego zainteresowania czy sceptycyzmu.
Zastanawiła się, czy kiedykolwiek jakiś przedstawiciel jej Zakonu przyczynił się do uratowania Mandalorian z opresji. Wątpiła w to – ci dawni wojownicy nigdy nie błagali o litość lub pomoc. Mimo to była gotowa na podjęcie debaty o tych wszystkich niechlubnych momentach historii, kiedy to Mandalorianie stawali w szranki z Jedi lub o Wycięciu tych przed siedmioma wiekami. Spodziewała się jakieś złości bądź szyderczego oskarżenia, że kłamie. Ale mężczyzna tylko nieznacznie przekrzywił głowę.
- Mówisz, że życie nie ma ceny, ale chcesz się targować o nie? – wytknął jej, mrużąc niebezpiecznie oczy. – Dziwna logika.
- Czy pokój nie jest wart każdej ceny? – ledwo rzekła te słowa, a już wiedziała, że źle je dobrała. Mandalorianin zacisnął swą pięść w irytacji.
- My nie znamy pokoju za wszelką cenę. A już na pewno nie za cenę honoru.
- A jaki honor jest w zabiciu bezbronnych? Co będziesz mieć ze zdobycia twierdzy polityka?
- Satysfakcję. Doświadczenie – dorzucił drwa do ognia. – Przecież posiadają broń, prawda? Są zdolni do walki, więc nie są bezbronni. Mają też Jedi, czyż nie? Sama mówiłaś, że cię tu wezwał Ptuk.
Jej sierść zjeżyła się. Brzmiał pozbawiony skruchy, jakby nie rozmawiali o czyjeś śmierci, a jakiś przyziemnych, małoznaczących problemach technicznych. Usiadła naprzeciw niego, nie bacząc, że wcale jej tego nie zaoferował.
- Nie wiem, w co wierzysz, Mandalorianinie – rzekła ostrzej niż powinna, lecz nie była w nastroju grać rolę pokornego ambasadora – jednak my, Jedi, nie jesteśmy najemną armią, która walczy dla kredytów. Jesteśmy strażnikami pokoju, nie żołnierzami.
Człowiek skrzywił się w odrazie.
- Czyli, jeśli zaatakuję twierdzę Ptuka, ty umyjesz ręce od tego?
- Oczywiście, że nie – stanowczo potrząsnęła głową. – Przybyłam tu na prośbę zaniepokojonego o dobro podwładnych gubernatora, by zbadać źródło jego niepokoju. I stanę do walki z tobą i ze wszystkimi twoimi żołdakami, jeśli nie usłuchasz rozsądku. Poddaj się.
Odpowiedziało jej krótkie parsknięcie śmiechu.
- Poddać się? Czemu? Sektor ten nie ma prawa zabraniającego lądować tu. Nikogo nie zabiłem, nic nie ukradłem. Ot, jestem sobie tutaj, dla własnej przyjemności.
- Przyjemności, którą chcesz mieć z zaatakowania siedziby gubernatora...
- To co chcę, a to co zrobię, to nie to samo. Powinnaś to wiedzieć Jedi. A jeśli chcesz mnie aresztować i postawić przed swoim sądem, to wpierw muszę zaatakować jego twierdzę. Chyba, że Jedi nie potrzebują dowodów. Czy wystarczy słowo gubernatora? Nawet Bothanina-paranoika?
- Oczywiście, że nie. Ale kiedy przywódca planety błaga o pomoc, jesteśmy zobowiązani udzielić mu wsparcia.
- Zwłaszcza, jak zagrażają mu takie bezduszne typy, jak my, Mandalorianie? – jej milczenie wyraźnie dało mu do zrozumienia, że nie lubi najemników. – I co wtedy?
- Jeśli napastnicy się dobrowolnie nie poddadzą, jesteśmy zmuszeni użyć koniecznej siły, aby ich zaprowadzić przed oblicze sprawiedliwości.
Mandalorianin w zamyśleniu potarł swą bliznę.
- A jeśli oprawcy okażą się za silni, by ich pojmać? Zabijecie ich?
- Nie jesteśmy mordercami! – stanowczo mu odpowiedziała, na co człowiek nawet nie zareagował. Wyglądał na zamyślonego.
- Jesteś gotowa oddać życie za Bothanina? Za jego twierdzę?
- Czy moje życie będzie satysfakcjonujące dla ciebie? Czy przyrzekniesz mi, że odejdziesz stąd wraz ze swoimi pobratymcami, nikomu nie robiąc krzywdy?
- Zawsze to o jednego Jedi mniej – przyznał z okrutnym uśmiechem. – Jeśli przysięgnę, oddasz mi dobrowolnie swe życie?
Zagłębiła swą myśl w Mocy, by przez jej pryzmat spojrzeć na prawdomówność człowieka. Tliła się w nim tylko ciekawość. Był gotów zrezygnować z przyjemności niszczenia, jeśli zaoferuje mu coś lepszego w zamian. Nie planował zaniechać walki, lecz właśnie ją toczył z wrogiem. Widać, Jedi byli ciekawszą atrakcją, niż walka przeciw bothańskiej twierdzy.
- Oddam. Jak przysięgniesz.
- Więc przysięgam. Oddasz mi życie, a ja odejdą stąd żadnemu z mieszkańców nie czyniąc krzywdy.
Ona nie była mieszkańcem planety. Jedna śmierć za życie innych. Wolałaby nie umierać, choć wątpiła w zrozumienie Mandalorianina.
Odpięła swój miecz od pasa. Mandalorianin stężał, nie ufając jej ruchom, lecz Anda tylko podała mu broń. Patrzył na nią podejrzliwie, nie rozumiejąc. Uśmiechnęła się triumfalnie.
- Chciałeś, abym oddała ci swoje życie. Dla Jedi, miecz świetlny jest właśnie tym. Naszym życiem.
Przez ułamek sekundy poczuła w Mocy silne zmącenie. Adrenalina zaczęła wypełniać ją całą, gdy spodziewała się ataku ze strony człowieka. Ten wpierw parsknął, a potem zaśmiał się głośno. Tak, jakby docenił, jej bezczelność i oszukaństwo. Cokolwiek sądził, wiedziała jedno – nie kłamała. Każdy miecz świetlny był cenny ponad wszystko inne. To naprawdę było jej życie. Sama je zbudowała i sama, jak ostrzem miecza, kierowała je przeciw złu galaktyki. Jeśli chciał ją zabić jej własną bronią, to w porządku. Tak jak człowiek w czarnej zbroi, była gotowa dotrzymać swej części umowy.
Mandalorianin wziął broń do ręki – trzymał ją pewnie i nie wątpiła, że miał doświadczenie w tej kwestii. Oczy mu lśniły, jak dzikiemu zwierzęciu na widok obfitej ofiary. Ale nie aktywował ostrza, tylko oglądał rękojeść, ważąc ją w dłoni. A potem zwrócił jej miecz.
- Chciałeś me życie, więc czemu...?
- Nie zależało mi na Bothaninie, choć rozważałem, czy nie przetestować swych żołnierzy na obronie jego twierdzy. By się nie nudzili za bardzo. Ale okazałaś się ciekawsza niż marnotrawienie czasu na zabawę.
Wzięła miecz świetlny z jego dłoni i przypięła go z powrotem do swego pasa. Pierwszy raz od początku spotkania czuła się spokojna, bo wiedziała, że Mandalorianin stracił zainteresowanie nowym podbojem. Jakby faktycznie wyniósł coś wartościowszego z ich rozmowy.
- Odejdziesz, jak obiecałeś – nie pytała, ale także nie rozkazywała. Tylko stwierdziła fakt.
- Znikniemy stąd jeszcze przed wschodem słońca.
Mniej niż dwie godziny, szybko oceniła w myśli. Wystarczająco dużo czasu, aby zwinąć całe obozowisko, ale jednocześnie bardzo mało, aby móc ich zaskoczyć niespodziewanym atakiem. Wiedziała, że Rada Jedi nie zdoła tak szybko wysłać posiłków, aby zatrzymać tą niebezpieczną grupę. Od lat słyszała pogłoski o Mandalorianach, którzy chcą odbić z rąk Republiki swą rodzimą planetę, lecz nie miała pewności, że ci wojownicy do nich należeli.
Wstał, dając jej do zrozumienia, że powinna już odejść. Tym razem okazał swe dobre wychowanie, odprowadzając ją na skraj obozowiska. Zajęła miejsce za sterami śnieżnego speedera, lecz nim uruchomiła pojazd, raz jeszcze spojrzała na Mandalorianina.
- Tak po prostu odlecicie?
- Tak jak obiecałem. Chyba nie chcesz, abym zmienił zdanie?
Potrząsnęła głową. Nadal nie rozumiała.
- Dlaczego?
Nachylił się ku niej, górując nad nią niczym kolos. Poczuła jego oddech na porośniętym sierścią policzku.
- Zainspirowałaś mnie, Jedi – przyznał, szczerząc się nieprzyjemnie. – A to rzadko się komu udaje.
Być może powinna drążyć temat, ale zamiast tego odleciała bez słowa. Wykonała swoją misję i to bez użycia przemocy. Ale jednak, poczucie dobrze wykonanego zadania mącił dziwny niepokój. Adna Roner mogła mieć tylko nadzieję, że czymkolwiek nie zainspirowała Mandalorianina, ten nie wyrządzi nikomu krzywdy.




Nie wiedziała, jak bardzo jej nadzieja była płonna.

Hashhana



 

Komentarze
 
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 12,524,614 unikalne wizyty