Sprzeczności Karen Traviss
 
Mandalorianie przez wiele lat funkcjonowali w świecie Gwiezdnych Wojen jako niemal wymarła, mityczna rasa wojowników. Wzmianki o nich były nieliczne i dość pobieżne. Z czasem fascynacja postacią Boby Fetta wyewoluowała i zaczęła przekładać się na rozwój kultury jego ‘ziomków’.
Historie oddalone w czasie o tysiące lat od sagi filmowej opowiadały o wymarłej rasie Taungów, która zapoczątkowała mit mandaloriańskich wojowników [The Sith Wars]. Ich ideę nadal przeżywały się w współczesnych przedstawicielach, głównie zdominowanych przez ludzi. Swego czasu Marvel wprowadził postacie Fenna Shysy i Tobbi Daali, walczących przeciw Imperium o wolność Mandalory. Jednak komiksy o nich i o Bobie Fett nie dominowały w bogatym zbiorze Gwiezdnych Wojen.
O (ludzkich) Mandalorianach ponownie głośno zrobiło się od czasu Ataków Klonów, kiedy to wraz z postacią Jango Fetta pojawił się komiks Łowy. Historia ta wprowadziła nas w konflikt między Watahą Śmierci, a Jasterem Mereelem. Pojawiła się gra Bounty Hunters opowiadająca, jak Jango Fett został wybrany na wzorzec klonów. Powstała także gra Republic Commando, która zapoczątkowała serię książek Karen Traviss, pod tym samym tytułem. Autorka stała się naczelnym twórcą ‘współczesnego wyglądu’ Mandalorian, z czasów Wojen Klonów i wczesnego okresu Imperium Palpatine’a. Stworzyła język Mando’a, przysłowia, zarys mentalności i zachowań, dając tym samym podwaliny dla innych autorów. Wystarczy przytoczyć serię komiksową Rycerze Starej Republiki, w której to scenarzysta John Jackson Miller wykorzystuje Mando’a, tym samym ‘ożywiając’ swoich starożytnych Mandalorian. Jednakże, jak to często bywa, kiedy wielu autorów tworzy historie, istnieją sprzeczności w różnych źródłach informacji, odnoszących się do Mandalorian.

Oczywiście. Można to dość łatwo wyjaśnić – skoro na naszej Ziemi narody są tak bardzo zróżnicowane, czemu dziwić się nomadom przemierzającym szeroką galaktykę? Ale co zrobić, kiedy autor gubi się we własnym tworze?

O Karen Traviss można nasłuchać się wiele. Swego czasu jej debiutancka w uniwersum SW książka Bezpośredni kontakt [Hard Contact] często nazywana była przez fanów „powiewem świeżości” bo skupiała się na wojennej akcji komandosów-klonów z drużyny Omega. Już w tym tomie Mandalorianie mieli swój udział – głównym antagonistą był Ghez Hokan, Mandalorianin pierwotnie uznawany za byłego członka Watahy Śmierci. Oprócz niego, wspomniani byli Cuy’val Darzy, mandaloriańscy szkoleniowcy komandosów WAR-u. Nie zabrakło Jedi, nie zabrakło romansu, czy zmagań wojennych w trwającym galaktycznym konflikcie. Jednakże Karen Traviss, wraz z nowymi tomami serii Komandosów Republiki (a także serii Dziedzictwa Mocy) zaczęła popadać w niełaskę fanów. Toczyły się kłótnie między fanami, niemal dzieląc środowisko na trzy obozy – sprzymierzeńców, przeciwników i ludzi obojętnych na związane z tym zamieszanie.
Były i głosy, że Karen Traviss zniszczyła Mandalorian, obdzierając ich z niedawnej jeszcze tajemniczości, uprzykrzyła innym wizerunek tychże wojowników swoją subiektywną gloryfikacją (oraz silny sentyment anty-Jedi). Być może niektórzy fani mieli przesyt Mando’ade. Ale tak samo można mieć przesyt Jedi, Sithów i „chcących podbić galaktykę dla władzy” wrogów.
Postaram się odłożyć na bok tą dyskusję. To byłaby naprawdę długa rozprawka, ale jaki nie byłby jej wynik, nie ulega zmianie fakt, że Karen Traviss włożyła wiele serca w kulturę Mandalorian. Rozwinęła ją i ukształtowała – widać spójność między Mandalorianami Wojen Klonów i z czasów po najeździe Yuuzhan Vongów. Jednakże widać także sprzeczności. Zarówno do innych przedstawień Mandalorian [lwia część KOTORa była tworzona w równoległym czasie], jak i w jej własnym pisaniu.

Zacznę od artykułu, jaki Karen Traviss napisała dla magazynu Insider: [Mandalorianie] Ludzie i kultura. Tekst wprowadzał w świat wojowników, opisywał ich życie codzienne, wierzenia i społeczeństwo.

„Nie ma podziału na płeć w mandaloriańskim języku. Odzwierciedla to równy status mężczyzn i kobiet oraz ogólną elastyczność ról społecznych – wbrew temu, co dla wielu wydaje się być tradycyjnym podziałem ról ze względu na płeć.”


Brak podziału ze względu na płeć jest bardzo ważnym czynnikiem, przejawiającym się w codzienności, co nieraz autorka podkreślała. Zastanawiającym jest jednak fakt, że sama chwilę później pisze następująco:

„Od mężczyzn oczekuje się, że będą wojownikami, którzy wychowają i wyszkolą swoich synów na takowych. Kobiety zajmują się domem ilekroć nomadzi są w podróży i wychowywaniem córek. Ale od kobiet oczekuje się także posiadania umiejętności walki, by mogły bronić gospodarstw, kiedy mężczyzn nie ma w pobliżu. Kobiety także walczą ramię w ramię z nimi na polach bitew. Jeśli nie mają dzieci wymagających opieki, powinni się dzielić obowiązkami obrony i walki”


a także:


„Jeśli pierwsze dziecko to syn, rodzice mogą poczekać osiem lat przed spłodzeniem kolejnego potomka, dopóki pierwszy syn nie dorośnie aby towarzyszyć ojcu i szkolić się na wojownika i osiągnie dorosłość w wieku 13 lat. Wtedy jego ojciec może zająć się kolejnym dzieckiem. Po skończeniu 13 roku życia, dzieci obu płci przystępują do rytuału przejścia, sprawdzającego ich umiejętności walki i przeżycia, co czyni ich dorosłymi. Jeśli pierworodnym jest dziewczynka, para może starać się o syna zaraz po jej urodzeniu. Córka pozostaje ze swoją matką aż do swojego małżeństwa. Jednak jeżeli rodzice mają tylko córki, będą one trenowane przez swojego ojca dokładnie tak jakby były chłopcami. Chłopcy przyjmują swoje pierwsze lekcje od matek przed skończeniem ośmiu lat, więc jej umiejętności są bardzo ważne. Para zobowiązuje się do wychowywania wojowników i jest to bardzo istotne. Od kobiet oczekuje się nauczenia córek walki, ale ojcowie także mają swój wkład. Mimo ich bardzo męskiej reputacji, Mandaloriańscy mężczyźni odgrywają bardzo ważną rolę w wychowaniu swoich dzieci”


Jak na odzwierciedlenie równości, na barkach kobiet spoczywa bardzo dużo obowiązków, a jednocześnie ich istnienie jest bardzo zdegradowane. Skoro same są wojowniczkami, czemu to ojcowie szkolą głównie synów, a one córki? Czemu można pierworodną córkę potraktować jako niewartą i szybko starać się o kolejne dziecko (w domyśle płci męskiej)? Czemu ojciec szkoli i zabiera syna w wieku ośmiu lat, ale dziewczynki do zamążpójścia mają pozostawać w domu? Jeśli płeć nie gra roli i zarówno chłopcy, jak i dziewczynki muszą być zdatni do walki, to jaki sens ma ten podział, kto szkoli kogo, albo który potomek jest bardziej wartościowy? Czy mężczyzna nie pilnuje dzieci i domostwa, kiedy kobieta jest na wojaczce? Oczywiście, nie można wykluczyć, że tak właśnie jest.

Mój zarzut opiera się na podkreśleniu podziału obowiązku nad dziećmi i odmienne ich spostrzeganie, jeśli chodzi o płeć. Bo przecież Mandalorianie nie mają żadnych problemów ze związkami homoseksualnymi, którzy adoptowali i wychowują dzieci. Czy w takim razie mężczyzna z takiego związku szkolący i wychowujący w domu córkę, miałby być utożsamiany z kobietą? Zwłaszcza, że język Mandalorian nie uwzględnia różnic, a samo określenie buir [rodzic] odnosi się do naszych słów „ojciec” i/lub „matka”.

Zatrzymam się na chwilę przy języku i jego braku podziału na płeć.
Jest to szczegół, o którym autorka dość często przypominała na stronach swych książek – serii Komandosów Republiki/Imperium i w trzech tomach serii Dziedzictwo Mocy.
Przeto zastanawia mnie, jak w takim razie mogą funkcjonować słowa skierowane do danej płci?

"Słowo laandur (delikatna), jest powszechną zniewagą pośród kobiet. Jeśli zarzucasz Mandaloriance, że jest złą matką, kiepską wojowniczką albo laandur (słabeuszem), w bolesny sposób przekonasz się, że nie jest to prawdą”


Nawiązuję do słowa laandur, jako przykładu zniewagi... ale czemu skierowanym do kobiet? Czy dla mężczyzny to słowo nie byłoby na równi obelżywe? Podobnie zastanawia mnie imię Tracyn, ponoć popularnie nadawane dziewczynkom. Jeśli język nie uwzględnia różnic płeć, imię to powinno i/lub mogłoby cieszyć się uznaniem też wśród męskiej części społeczeństwa. Przyznam szczerze, że bardzo drażni mnie ten sposób pisania autorki. Co rusz wspomina równość społeczną, jaka panuje u Mandalorian, by chwilę później tylko podkreślać co kobieta i co mężczyzna powinien robić i czuć w danej sytuacji, jakby ich reakcja byłaby tak bardzo odmienna od siebie.
Postać Kala Skiraty wprowadziła czytelników w jego wizję, co tworzy mandaloriański klan. Zasadniczo to szczęśliwa rodzina, o którą się dba i w imię której powinno się walczyć. Jednak jego stosunek do kobiet był czasem zastanawiający. Niby z jednej strony wie, jakie kobiety [Mando] bywają, do tego stopnia, że lepiej im nie podpaść. By za chwilę degradować więź matki z dzieckiem, jakby tylko ojcowskie uczucia w stosunku do syna miały znaczenie. Pomijam już całą błazenadę z nakazem ukrywania ciąży Etain, którą w założeniu stworzył, aby uchronić ukochanego syna, Darmana. Jednak to, że imię dla syna powinien wybrać ojciec – a pod jego nieobecność [niewiedzę], decyzję o tym miał podjąć on sam zakrawa na hipokryzję i zaprzeczenie ogólnym zasadom Mandalorian, których sama Karen Traviss stworzyła.

To też jeden z powodów, dla którego postać Kala Skiraty wzbudzała we mnie tak silną niechęć. Zwłaszcza jego wizja szczęśliwej rodziny, gdzie „bohaterski” wojownik [żołnierz] powinien mieć kochającą żonę i gromadkę dzieci. Nie byłoby to pewnie tak drażniące, gdyby Skirata przedstawiał jedną z wielu form pojmowania co znaczy mieć klan. Niestety, im dłużej czytałam książki Traviss, tym bardziej miałam wrażenie, że jego wizja została czytelnikom narzucona, jako dominująca wśród Mandalorian. Wizja, którą wszyscy wokół przejmowali i zachwycali się. Sami sklonowani żołnierze byli usprawiedliwioną grupą, bo to przecież Kal Skirata stanowił ich źródło poznania kultury Mandalorian. Ale dlaczego wszelcy „dobrzy” Jedi – w znaczeniu ci, co zostali pozytywnie przedstawieni w książkach – niemal od razu zapragnęli żyć na modłę Kala? Dlaczego wszystkie napotkane kobiety, które wręcz z miejsca stały się ukochanymi Komandosów Republiki i Zer zgadzały się bez słowa skargi, aby przyjąć wizję Kala? Autorka jako przeciwieństwo Kala wprowadziła postać Walona Vau. Ten, tak samo będąc Mandalorianinem, prezentował sobą brutalniejszą wersję ich kultury. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby przeciętny Mandalorianin był pomiędzy „ojcowską” wizją Kala, a zimną, chłodną wersją Vau. Wystarczy spojrzeć na Jango Fetta, surowego, niebezpiecznego łowcę głów, który jedynie dla syna miał ciepłe uczucia, jednocześnie wcale go nie rozpieszczając. Jednak Walon Vau niemal zawsze był zbywany przez autorkę – poprzez opinię Skiraty i klonów (Atin, Ordo) – jako psychopatyczny człowiek, a przez to jego mandaloriańskość degradowana.

Ale od dawien dawna Mandalorianie żyli w brutalnych realiach wojny i ciągłej walki. Wielu ludzi jest zachwyconych tą kulturą, właśnie przez ich oddanie rodzinie, jakby zupełnie zapominając, że ci sami wojownicy byli zimnokrwistymi mordercami.

„Wojownicy, których wielu się obawia, jednak cenią sobie rodzinne życie i przygarniają sieroty wojenne, zamiast zabijać je jak czynią to inne rasy.”


Karen Traviss przeoczyła jedynie wzmiankę, że Mandalorianie – jako najemnicy, którzy niekoniecznie interesują się ideałami walczącej strony – często sami są tą siłą, co osieroca wspomniane dzieci w pierwszej kolejności. Sformułowanie inne rasy brzmi, jakby zabijanie sierot było wręcz normą dla nich. I kto jest inną rasą? Ludzie? Zabracy? Niktowie? Czy Mandalorianie, którzy de facto nie są rasą, a zlepkiem różnych ras, nie mogliby mieć różnych poglądów na osierocone dzieci? Opis Karen Traviss brzmi, jakby ci sami wojownicy/najemnicy, co bez wahania potrafili spalić lub zbombardować miasta, chwilę później rozckliwiliby się nad losem biednych sierotek, ucałowali w czółko i dali nowy dom. Oczywiście, na pewno byli tacy, co przygarnęliby dziecko pod swoją opiekę. Ale nie wszystkich, tylko tych, co w jakiś sposób im zaimponowali lub wzbudzili zainteresowanie. Dawni Mandalorianie, zwłaszcza w erze Wojen Mandaloriańskich nie mieli żadnych oporów by siłą wdrążać inne istoty w swoje szeregi. Nie liczyło się to, że wcześniej wymordowali tuziny cywilów, którzy nie potrafili stawić im czoła, widząc w nich słabeuszy i tchórzy.

„Z wyjątkiem Mandalora, oznaczenia nigdy nie odpowiadają ustalaniu rang – koncepcji trudnej do zaakceptowania przez nich”


Pierwszym co przyszło mi do głowy, był komiks Jango Fett: Łowy. Zarówno oddziały Mereela, jak i Wataha Śmierci miały charakterystyczne oznaczenia odpowiadające rangom, tudzież pozycji – lider, zastępca, dowódca drużyny, etc. Nie tylko te frakcje, ale wszelkie zorganizowane przez Mandalorian wojsko działało na bazie rygoru, rang i posłuszeństwa. Co do Konkwistadorów Mandalora Nieposkromionego, można mieć wątpliwości, ze względu na duże zróżnicowanie bardzo indywidualnych zbroi, jednak już Mandalor Ostateczny, za namową Cassusa Fetta, ujednolicił wygląd swych żołnierzy. Został wprowadzony nie tylko jeden typ zbroi (który nie został przyjęty przez wszystkich wojowników), ale i kolory odpowiadające randze. Niebieski dla zwykłych żołnierzy, czerwony dla oficerów i żółty dla najwyższych dowódców. Zarówno żołnierze Jastera Mereela jak i Tora Vizsli mieli własny typ zbroi i odpowiednią kolorystykę rang – czerń i złoto dla dowódców, niebieski dla ich zastępców, zieleń dla zwykłych piechurów. Gdy oddział Jango Fetta został rozbity na Galidraanie, nie tylko on porzucił dawną kolorystykę, ale i późniejsi Cuy’val Darzy wybrali dla siebie własne kolory, np. Kal Skirata wybrał złoto, Walon Vau czerń.
Żołnierze Fenna Shysy i Tobi Daali, jak i późniejsi protektorzy pod wodzą Boby Fetta nosili się w niemal jednakowych, zielonych barwach. Mandalorianie z [komiksowej] ery Dziedzictwa także bazowali na zasadach armii. Jedynie Boba Fett: Człowiek Praktyczny odrzuciło ideę znaczenia rang – ale to własne dzieło Karen Traviss.

Władza może być trudną koncepcją do zrozumienia dla Mando’ade, bo nigdy do niej nie dążyli. Ale ranga – poza samym pragmatycznym i praktycznym zastosowaniem – zawsze miała znaczenie dla mandaloriańskich wojowników. Bo ranga odnosi się do pozycji, jaką mieli pośród siebie. Im lepszy wojownik, tym jego większe znaczenie, a co za tym idzie, większa chwała. Dlatego Mando mieli tak duży szacunek do najsilniejszych, najszybszych, najlepszych wojowników. Stąd oznaczenia jak „oczy Jaig” za odwagę, które można zobaczyć na niektórych hełmach wojowników.
Ludzcy Mandalorianie różnią się od swoich poprzedników. Odeszli od dawnych wierzeń Taungów, jednak do dziś istnieje wśród nich wiara w zaświaty:

"Każdy Mandaloriański wojownik, który umiera, dołącza do "niebiańskiej" armii, broniąc dzieci i żon żyjących w spokojnych, pokojowych domostwach - jedynym miejscu uznawanym za nieprzemijalny, stały stan egzystencji"


Kolejny przykład, że równość, o której wspominała autorka wydaje się nie istnieć w jej własnym umyśle. Skoro zarówno kobiety jak i mężczyźni mają obowiązek być zdatnym do walki jako wojownicy, dlaczego po śmierci to mężczyźni dołączają do owej niebiańskiej armii, czuwać nad dziećmi i kobietami, żyjącymi w pokojowych domostwach? Kiedy jakoby współcześni Mandalorianie mieliby widzieć świat poprzez mit o walczących siłach: „leniwym bogiem Arasuum, uosobieniem biernego życia i pełnym energii, niszczycielskim Kad Ha`rangirem, który wymusza ciągłe zmiany we wszechświecie.” Czy życie w pokojowym domostwie nie byłoby utożsamieniem tejże bierności i słabości?

Czy Mandalorianie – aktywni wojownicy, jak i ich mniej waleczni pobratymcy nie powinni odczuwać chęci przyłączenia do niszczycielskiej siły Kad Ha`rangira? Czy w takich zaświatach zarówno dzieci, jak i właśnie kobiety nie zostały zdegradowane jako istoty słabe i potrzebujące stałej opieki ze strony mężczyzn-wojowników?

Postacie z serii Komandosi Republiki wspominali nieraz o waleczności mandaloriańskich kobiet. Nawet bohaterki, zwłaszcza Laseema, otrzymały chociaż częściową naukę, jak być silną osobą, co widać w późniejszej postawie Twi’lekanki. A jednocześnie, jako czytelniczka, odczuwałam niezrozumienie dla autorki w przedstawieniu jej bohaterek. Etain i Darman stanowili zrozumiały romans, napędzający akcję. Besanny bardzo szybko przeszła do porządku dziennego nad faktem, że jej nowy ukochany, Ordo, postrzelił ją i był wręcz gotów ją zabić. Atin, żołnierz pokrzywdzony przez Vau, szybko znalazł sobie Twi’lekańską dziewczynę. Biedny Corr stał się obiektem zainteresowanie Jilki, kobiety, która nie miała żadnych powodów by dziękować za wciągnięcie ją w knowania klanu Skiraty. Została uwięziona za Besanny, porwana, narażono jej życie, ale przystojny klon miałby odmienić jej życie... Pragnący mieć ukochaną Fi? Proszę! Parja. Co z tego, że znała go ile? Raptem parę miesięcy? Miłość, małżeństwo, wszystko, o czym marzyć mógłby facet, według Kala Skiraty. Dziękuję niebiosom, że Komandosi Imperium II zostali anulowani, bo z pobieżnych notatek autorki wyczytać można było jej plany odnośnie Arli Fett – zaginionej siostry Jango Fetta, która przez jakiś czas sama należała do Straży Śmierci. Jeszcze tego by brakowało, aby z tak intrygującej postaci zrobić kolejną kochankę ukochanego „synka” Kala. W tym wypadku Jusika.

Nie chciałabym zostać zrozumiana źle. Wojna, czy zagrożenie życia potrafi zbliżyć ludzi. Ludzie potrafią zakochać się w najdziwniejszych chwilach swego życia. Ale, żeby od razu każda napotkana kobieta traciła głowę dla „bohaterskiego, cudownego” sklonowanego komandosa, to chyba przesada. I brak realności. Chociaż wymienione kobiety, poza Parją, nie były Mandaloriankami, to, jak autorka kreowała żeńskie postacie znacząco wpłynęło na moje postrzeganie „jej” Mandalorian. Bo jeśli same bohaterki były niemal wyłącznie obiektem wzdychań dla żołnierzy, to czemu miałabym dowierzać wizji tej samej autorki, jeśli chodzi o kobiety-wojowniczki. Niby postacie wspominają o ich silnych osobowościach, jednak oprócz Parji i Rav Bralor, jako czytelnicy, nie mieliśmy okazji poznać za wiele przedstawicielek tej kultury. I zasadniczo obie spełniały funkcję nadzorcy domu Kala, gdy ten był poza Mandalorą. Opiekowały się ciężarną Etain, chociaż obecny tam Mij Gilmar był LEKARZEM, a co za tym idzie, miał wiedzę medyczną, która była użyteczna. Parja opiekowała się kalekim Fi, kiedy wszystkich mężczyzn zajmowały „ważne sprawy klanu”. Jak na równość społeczną, bycie Mandalorianką ssie. Nie dlatego, że nie jest się wojownikiem, ale dlatego, że piękne frazesy autorki niemal ciągle okazują się kłamstwem. Od kobiet wymaga się znacznie więcej niż od mężczyzny. Opieka nad domem. Urodzenie syna. Wychowanie dzieci na Mandalorian. Utrzymanie córki do jej zamążpójścia. Walka.

Być może powinnam przyjrzeć się temu ze strony innych książek Karen Traviss, a mianowicie Dziedzictwa Mocy i Boba Fett: Człowiek Praktyczny, jednak Komandosi Republiki/Imperium są dla mnie jej pierwszorzędnym źródłem wiedzy o Mandalorian.

"Grzebanie ciał jest rzadkie - Mand`alor i najważniejsi członkowie społeczności to wyjątki - ponieważ nomadzi zwykle nie mają cmentarzy"


Ha, ha, nie. To uwaga z marginesu, ale kultury nomadów zazwyczaj właśnie przywiązują największą uwagę do grobów, jako osoby, które są pozbawione stałego miejsca pobytu. Gdy nie posiada się swego domu, to grób staje się „domem zmarłego”. Nomadzi, zwłaszcza grupy walecznych koczowników jak ziemscy Kimmerowie, Scytowie, czy Sarmaci, bardzo przykładali uwagę do pochówków zmarłych krewnych. Im bardziej ważna osoba, tym kurhan był większy. Dzięki temu, ludy koczownicze, które żyły na stepach posiadały punkty orientacyjne, które pozwalały im wędrować po wielkich, rozległych i mało urozmaiconych terenach. Nie jest to uwaga stricte związana z Mandalorianiami, ale jako osoba ucząca się o koczowniczych kulturach epoki brązu i wczesnego żelaza, poczuwam się w obowiązku, aby wytknąć autorce niezrozumienie koczowniczego podejścia do śmierci. Zwłaszcza, że jakoby „jej” kultura Mandalorian była bazowana na Celtach, co mogłoby być kolejnym tematem na moje zrzędzenie...

Dlaczego tyle czepliwości z mojej strony?
Karen Traviss jest raczej jedyną autorką, która tak wiele uwagi poświęciła Mandalorianom z „współczesności” – zarówno tej zbliżonej do filmów, jak i czasów trochę późniejszych. W jej historii widać ciągłość postaci i ich klanów. Dlatego mentalność tych Mandalorian, jeśli nie całkowicie taka sama, jest zbliżona do siebie. Czytelnik widzi jacy Mando są teraz, jaką mają kulturę, społeczeństwo. Nie są „wymarli”, jak Taungowie i im współcześni ludzcy wojownicy. JEDNAKŻE jednocześnie to, co sobą przedstawia klan Skiraty (Karen Traviss) nie powinno być traktowane jako jedyne i właściwe. Mandalorianie, jako bardzo zróżnicowane społeczeństwo nie są tak łatwi do „znormalizowania” i przedstawienia. Są Mandalorianie, którzy żyją w swoich klanach, którzy są farmerami, którzy należą do uformowanej grupy wojowników. Którzy zabiliby za pieniądze wszystko i wszystkich i tacy, co zapewne nie trudniliby się jako najemnicy.

Myślę, że o ile Karen Traviss dała dość ciekawe podstawy, jednocześnie za bardzo się zapędziła w gloryfikowaniu „swoich” Mandalorian. Mam wielki żal do jej książek, że niemal marginalnie potraktowała Straż Śmierci [Watahę Śmierci]. O ile nienawiść niektórych Cuy’val Darzy jest całkowicie uzasadniona, autorka w ogóle nie wysiliła się, aby spróbować przedstawić drugą stronę konfliktu, a tylko poszła na łatwiznę, żyjąc na przekonaniu, że to „ci źli”. Ironiczne, bo przecież Kad’ika w Dziedzictwie Mocy nawoływał do odrodzenia Mandalory, uczynienia ich ludu silnym i zjednoczonym... czy po te postulaty nie stanowiły części polityki Straży Śmierci? Ale słowa Kad’iki (wnuka Skiraty) przecież są tym dobrym argumentem, zaś dawna Wataha to czyste „zło wcielone”.
Tak naprawdę trudno mi ustosunkować się do jej wersji Mandalorian. Mimo wszystko, jako czytelnik, mam okazję zapoznać się z nimi z o wiele szerszej perspektywy niż sama autorka, bo patrzę na tą kulturę przez pryzmat lat wspólnej pracy różnych ludzi. Jednakże myślę, że jej największą wadą była próba wzięcia z Mandalorian co „najlepsze” bez tego, co jest w nich „najgorsze”. Niby podkreślała cały czas, jakim złym człowiekiem jest Kal – morderca i złodziej, jednak wykreowany przez nią świat niemal zawsze był tym gorszym, niż zdeterminowany mężczyzna (ojciec) walczący o prawa dla zniewolonych żołnierzy Republiki. Zdaję sobie sprawę, że moje odczucia w tej sprawie to bardzo subiektywna opinia – czujcie się wolni, by się ze mną nie zgodzić.

Hashhana

 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 12,524,866 unikalne wizyty