Sprzymierzeńcy
 
Gdy za ogromnym iluminatorem gwiazdy rozmyły się w długie pasma, by zniknąć w całkowitej czerni, były Jedi Ulic Qel-Droma opuścił towarzystwo swej kochanki, cesarzowej Aleemy. Jego flota wojenna właśnie weszła w nadprzestrzeń, kierując się w stronę republikańskiej stoczni Foerost. Nim przybędą na miejsce, minie parę dni, a on był zaintrygowany swoim nowym sługą. Bez słowa udał się do wyznaczonej kwatery Mandalora, którego pokonał na równinie Harkul.
Kiedy grodzie kajuty otworzyło się z głuchym sykiem, Ulica powitał znany krój pancerza. Mandalor, oraz jego przyboczny przyklękli przed nim. Jedi przywykł do uległości służby na dworze swej kochanki, lecz dziwnie nie pasowało to do obcych wojowników. W Mocy nie było śladu ich zażenowania, czy niechęci przed oddaniem pokłonu. Był dla nich obcym człowiekiem, kimś kogo poznali raptem parę godzin temu. Ale tak jak obiecał Mandalor, on i jego podwładni byli jego. Całkowicie posłuszni i oddani.
Niedbałym ruchem dłoni dał im znać, by powstali. Choć byli okuci w pełne zbroje, nie usłyszał najmniejszego szmeru ani stukotu metalu. Mandalorianie ci górowali nad nim, wysocy, ale nie przysadziści. Pomimo swych rosłych kształtów mieli kocie ruchy, naturalne drapieżnikom. Ulic wiedział, że nie są ludźmi – wyczuwał w Mocy nieznany sobie chłód, ostro rysujący się w jego umyśle.
Mandalor stał pośrodku, nieruchomy i milczący. Ulic Qel-Droma nie widział jego oczu, ale czuł w Mocy jak obca istota wodzi za nim uważnym, skupionym wzrokiem.
To był jego nowy sługa. I choć Jedi przeliczył wszelkie korzyści, jakie właśnie zyskał po wygranym pojedynku, nadal nie wiedział, jak się odnieść do przegranego wojownika. Traktować go jak swego sługę? Generała? Niewolnika? Kimkolwiek miała zostać ta obca, zimna kreatura, Ulic czuł, że to będzie ktoś przydatny.
Jego kochanka, cesarzowa Alaama nie rozumiała. Miała zdolność manipulacji umysłami, specyficzną nić władzy nad Mocą. Ale tak naprawdę nie potrafiła wejść w nurt tej potężnej, tajemniczej siły, która spajała sobą cały kosmos, życie i śmierć. Dla niej Mandalor był tylko kolejnym narzędziem, służącym planom Ulica. Ich planom. Tym bardziej nie mogła zrozumieć rozterkę swego kochanka, ani służyć mu dobrą radą. Qel-Droma sam musiał znaleźć odpowiedź na swoje wątpliwości.
Dlatego krążył wolnym krokiem wokół zakutej w dziwny metal postaci. Mandalorianin nosił maskę, ze specyficznym, T-kształtnym wizjerem, tak samo jak jego podwładni. Ulic próbował sobie przypomnieć wszystkie raporty i wzmianki o jego rasie, ale nie kojarzył żadnych Mandalorian.
- Potrzebujesz maski, by oddychać? – zapytał nie tylko z ciekawości, ale wiedziony praktycznym zainteresowaniem. Jeśli jego nowi wojownicy nie mogą oddychać standardową atmosferą, rodziło to niepotrzebne problemy logistyczne.
Mandalor przekrzywił nieznacznie głowę.
- Mogę oddychać tlenem – rzekł i na potwierdzenie swych słów, ściągnął swą maskę. Miała złoty kolor, ale nie była to barwa złotych świecidełek, ani lśniących monet. Metal był wysłużony, ciężki i zmatowiały. Czerń wizjera nieporuszona i chłodna. Ulic domyślał się, że maska wodza liczyła sobie dziesiątki lat, jeśli nie całe wieki.
Rysy twarzy Mandalora były ostre i bardzo nieludzkie. Qel-Droma przypatrywał się jej uważnie, notując każde uwypuklenie i wklęsłość na szarej skórze. Ta przywodziła na myśl popiół, dobrze zlewając się z półmrokiem pomieszczenia. Na jej ciemnej toni odcinały się czarne i czerwone, dziwne tatuaże i liczne blizny. Tylko głęboko osadzone oczy, złote i zimne ślepia drapieżnika lśniły i zdradzały oznaki życia. Jedi był zafascynowany nowym odkryciem, jakim był dla niego obcy wojownik. A Moc mu szeptała, że wygrał coś więcej, niż tylko tytuł zwycięzcy.
- Nigdy nie słyszałem o rasie Mandalorian – Jedi przyznał, a Mandalor błysnął ostro zakończonymi zębami, naśladując ludzką mimikę uśmiechu. U pośledniejszej osoby zapewne wywołałby tym gestem przerażenie.
- Nie jesteśmy rasą – wyjaśnił Obcy. – Ludzie kiedyś nazywali nas Taungami, ale było to zanim wygnano nas z naszej macierzy. Teraz nazywamy się Mando’ade, dzieci Mandalora, mego przodka, który przywiódł nas do nowego domu.
Taungowie? Ulic zaśmiał się głośno, przypominając sobie wszelkie nauki swoich mistrzów Jedi, jak to rasa ta została pokonana i wybita przez Trzynaste Plemię Zhellów, wiele wieków temu. Nauki Jedi. Już od dawna powinien przestać się dziwić, jak ignoranckie i niepełne one były.
I naszła go wtem myśl, że ktoś tak dumny jak Mandalor - potomek wygnanych i poniżonych wojowników, którzy przetrwali ucieczkę w nieznaną, zimną galaktykę, zasługuje na coś więcej, niż bycie tylko sługą. Zasługuje na chwałę. I to on, Ulic Qel-Droma będzie tym, co zabierze go na Coruscant, do kolebki jego kultury. Bo tam planował uderzyć i zwyciężyć.
- Dziś przedstawię swój plan swemu wspólnikowi, Exarowi Kunowi - położył dłoń na opancerzonym ramieniu. - Poprowadzisz atak, jako mój generał, Mandalorze Te Kandosii.
Ulic skierował się do wyjścia, ale u progu zatrzymał się. Nie odwrócił się, lecz tylko spojrzał przez ramię, świadom, że złote ślepia wojownika lśniły głodne nowej chwały.
- Za parę dni Coruscant raz jeszcze zapłonie gniewem twoich przodków.
I wiedział, że tak się stanie. Moc dała mu do rąk coś znacznie potężniejszego niż narzędzie. Dała mu okutych w zbroję i zaprawionych w bojach sojuszników. Tak, Ulic zdecydował. Mandalorianie właśnie tym byli. Sprzymierzeńcami.

Hashhana

 

Komentarze
 
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 12,524,299 unikalne wizyty