Skrawki codzienności
 
SKRAWKI CODZIENNOŚCI


+++ 1 +++

Nie pamiętała za wiele ze swoich pierwszych wrażeń o Mandalorze. Przywiózł ją tu Ordo, gdy zaczęła krwawić. Była bliska rozwiązania, więc krew wzbudziła ogólne przerażenie o zdrowie dziecka. Nie miała czasu zwracać uwagi na krajobraz.
Teraz, gdy przyglądała się ponurej przyrodzie Mandalory, czuła wszechobecną dzikość planety, przytłaczająco różniącą się od dobrze jej znanego Coruscant, na którym się wychowała. Ale nie czuła się tym zgnębiona, ani zasmucona. Mandalora miała w sobie nieopisany pierwiastek wolności i swobody, jakiej od dawna młoda Jedi nie zaznała.
Pogładziła swój brzemienny brzuch, czując jak dziecko odpowiada radością na jej nastrój.
Tak, Mandalora będzie dobrym domem dla niej i jej maleństwa. Dla Darmana i każdego innego klona, którego Kal zdoła uratować. Wierzyła w to całym sercem.
Ale dni, jak ostatnio całe jej życie, były burzowym pasmem wydarzeń i nawet tu, na Mandalorze wszystko kręciło się wokół wojny.
Odkąd Mandalorianie sprowadzili kaminoańską badaczkę Ko Sai, życie w małej twierdzy klanu Skiraty zostało zakłócone i przegrupowane. Kal ciągle był gdzieś potrzebny; ciągle coś kombinował, by tylko zapewnić lepszą przyszłość swoim chłopcom. By zapewnić im jakąkolwiek przyszłość, Etain reflektowała się ze smutkiem.
Zera zaś krążyły niespokojnie, nie spuszczając swych czujnych oczu z Ko Sai. Zmieniali się między sobą, tak, by zawsze ktoś czuwał nad bezpieczeństwem Etain i nienarodzonego dziecka, czy taty Kala, żyjąc w ciągłym strachu przez smukła postacią. Żaden z nich nie potrafił być obojętny wobec Ko Sai, która skrzywdziła ich na wiele sposobów, gdy byli jeszcze tylko małymi dziećmi.
Dlatego większość czasu Etain spędzała z niepełnosprawnym Fi i Walonem Vau.
Były komandos drużyny Omega nie był obecnie zbyt dobrym kompanem. Etain żal ściskał serce, ilekroć widziała jego nieruchome spojrzenie, skupione daleko poza świadomością, tak odmienne od prawdziwego, wesołego uosobienia klona. Fi ciągle potrzebował opieki medycznej i leczniczych zdolności Jusika. Nie mógł mówić, czasem tylko jakieś nieopisane dźwięki wyrywały się z jego gardła. Cały czas wymagał nadzoru i opieki, a Jedi czasem czuła jak gniew i przerażenie młodego żołnierza pochłaniają jego półprzytomne myśli. Ona sama była tym przerażona.
Walon natomiast jak zawsze był opanowany i trudny w odczytaniu. Nawet w Mocy jawił się nadzwyczaj spokojnie, obojętnie i zimno, jak bryła lodu. Ale nigdy nie okazał jej braku grzeczności, czy wyraźnej niechęci, dlatego Etain chętnie z nim spędzała czas. Głównie z braku innych zajęć. Uczyła się go, pomału i ostrożnie, tak samo jak uczyła się Kala, Zer i życia na Mandalorze.
- Potrafisz gotować? – zapytała, gdy zastała Vau w środku nocy, siedzącego w półmroku w kuchni, a Mird chłeptał głośno mleko ze swego spodka, rozbryzgując wszędzie białą ciecz. Etain nie była pewna, czemu w ogóle zadała to pytanie. Ostatnimi czasy miała wahania nastroju, a teraz, oprócz głodu, czuła chęć, by z kimś porozmawiać. Zaskoczenie odbiło się na kościstej twarzy Walona, ale szybko się opanował.
- Każdy żołnierz potrafi gotować – rzekł swobodnie, uważnie obserwując jak dziewczyna przegląda zawartość szafek. Jeszcze nie wiedziała, co gdzie leży. W końcu, jakby przejęty współczuciem, odgonił brzemienną dziewczynę od gotowania.
- Masz ochotę na coś konkretnego?
Etain usiadła przy stole, pozwalając, by Walon zajął miejsce przy garnkach.
- Cokolwiek, co da się zjeść.
Mandalorianin posłał jej spojrzenie, którego nie umiała rozszyfrować.
Szybko przekonała się, że Walon Vau potrafi gotować jak mało kto. I bardzo chętnie z tego korzystała, ilekroć była głodna.
- Czemu nigdy się tym nie chwaliłeś? – spojrzała na niego nie kryjąc swej ciekawości, ani zdziwienia.
Mandalorianin tylko wzruszył ramionami.
- Nikt nie pytał – przyznał, a Etain poczuła się nieswojo. Wszyscy skupiali się wokół Skiraty, a Vau skrzętnie korzystał z braku zainteresowania jego osobą. Skrywał wiele tajemnic.
Etain postanowiła pytać ile i o co tylko mogła. Nawet teraz, gdy sama spodziewała się dziecka, fascynowali ją ludzie z przeszłością i własną historią. Z rodziną, rozterkami życiowymi i drobnymi radościami. Ona sama, jak klony, nie miała takich doświadczeń. Chciała się uczyć, poznawać, doświadczać świata, jak nigdy dotąd nie było jej wolno.
Ukochane Zera Kala przychodziły, przynosząc wieści ze świata i odchodziły, bez pożegnań. Jusik skupiał się na roztrzaskanym umyśle Fi, z upartością godną samego Atina. Wysiłek wyrywał z niego ostatki sił, ale siłował się i walczył, z ludzkimi granicami, by posklejać jak najwięcej połamanych kawałków osobowości klona.
Fi zaś stawał w szranki, by pozostawiono go samemu sobie, pozwolono zamknąć mu oczy i nie wyciągać go na powierzchnię pełną bólu. Chciał żyć, ale nie jako kaleka. Już dawno temu stracił nadzieje na normalne życie, miłą, wierną dziewczynę i bezpieczeństwo, więc pomysł by żyć, ograbionym z minimalnej wolności ruchu i swobody wypowiedzi nie spotkał się z ciepłym przyjęciem. Fi był kłębkiem cierpienia, rozpaczy i przeraźliwej rezygnacji.
Młoda Jedi miała ochotę nim potrząsnąć, krzyczeć, kazać mu żyć... ale ilekroć napotykała brązowe oczy klona, czuła trwogę. Malowało się w nich oskarżenie, że nie powiedziała Darmanowi o dziecku. Chciało jej się płakać.
W całej tej małej twierdzy, Vau wydawał się być bezpieczną osobą, pozbawioną natłoku emocji, które by zdławiły jej i tak już rozchwiany nastrój. Mandalorianin, tak samo jak młoda Jedi, byli odstającym elementem domu Skiraty. Może tym łatwiej było jej z nim przebywać.
Nie znała za wiele faktów z jego przeszłości. Jusik zdradził jej, że Walon obrabował bank na Mygeeto, oddając sporą sumę Kalowi, by wspomóc jego plan ratowania klonów. Sam ponoć wziął tylko, co należało prawnie do niego, gdyż był dziedzicem fortuny pewnej arystokratycznej rodziny. Jakoś to nie zaskoczyło Etain; Vau zawsze wydawał się być za dobrze wykształcony jak na zwykłego najemnika. Potrafił być nad wyraz elokwentny, czym chętnie irytował Skiratę.
Często siedziała z nim w kuchni. Rozmawiali o wszystkim, jednocześnie o niczym konkretnym. Gdy zaś Kal przychodził i dołączał do nich, Vau z niezwykłą bystrością wymyślał skomplikowane odpowiedzi.
Skirata zapatrywał się wtedy na Vau, jakby go dopiero co zauważył. Etain czuła jak pąsowieje ze wstydu, gdy pomimo światowego wykształcenia, jakie zapewnił jej zakon Jedi, słówka Mandalorianina brzmiały mądrze i całkowicie obco.
- To znaczyło nie – Vau sprostował uprzejmie swoją wcześniejszą, zawiłą wypowiedź, a jego szare, ciemne oczy lśniły złośliwą satysfakcją, gdy udało mu się zakpić z drugiego Mandalorianina. Skirata tylko fuknął z irytacją, zgarnął słoik z blatu i wyszedł, mamrocząc pod nosem co myśli o ‘wykształconych di’kutach’.
- Uwielbiasz to robić – Jedi bardziej stwierdziła niż zapytała, gdy w Mocy wyczuła jasny promyk zadowolenia mężczyzny w jego codziennym, zimnym odbiciu.
W takich chwilach Vau najczęściej tylko wzruszał ramionami z niewinnością, o którą ciężko było go posądzić.
- Każdy ma jakieś hobby – skwitował, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Lecz dla młodej Jedi wiele rzeczy nie było oczywistych, już nie, odkąd zaszła w ciążę. Nawet wcześniej, gdy poznała pierwszy raz Darmana, gdy pierwszy raz została dowódcą Wielkiej Armii Republiki.
Nie rozumiała dziwnego przyciągania się takich dwóch indywiduum, jak Skirata i Vau, złączonych jednym, wspólnym celem: przetrwaniem swoich podopiecznych. Choć różnili się jak dzień i noc, każdy z nich na swój własny sposób kochał klony, jak własnych synów. Nie dzielili z nimi krwi, ani żadnych więzów rodzinnych, ale byli gotów zabijać w ich obronie, okradać banki, Republikę, kłamać i zastraszać. Tak straszna była ich miłość.
I choć obaj byli obecnie vode, braćmi, towarzyszami, ziomkami... ciągle szukali zaczepki, drwiąc i kłócąc się. Może bez rękoczynów, ale jednak potrafili dopiec sobie do żywego. Etain nie potrafiła tego zrozumieć. Jeśli się lubili, ponad zwykłą akceptacje i zjednoczenie we wspólnej misji, to mieli bardzo specyficzny sposób okazywania sobie tejże sympatii.
Młoda Jedi to zauważyła już podczas ich pierwszej wspólnej misji, na Potrójnym Zerze. Walon uwielbiał drażnić Kala, zarzucać słowne przynęty, prowokować. Być może było to spowodowane wylewnym charakterem tego drugiego i łatwością, z jaką dawał się wodzić za nos. Lub z nudów, co także stanowiło wielce prawdopodobną możliwość. Vau był osobą skomplikowaną. Ale Etain lubiła jego towarzystwo, zwłaszcza teraz, gdy spodziewała się dziecka, a wszyscy w koło byli czymś zajęci.
Przez te kilka burzliwych dni, czas umykał jej przez palce niezauważalnie. Z dziwną ulgą spędzała czas z Walonem, gdy razem siedzieli w słonecznej kuchni, lub pilnowali niepełnosprawnego Fi, wylegującego się na trawie przed domem. W tym nielicznych momentach czuła się normalna. Nie jak przyszła matka dziecka o niesłychanie pożądanym genotypie, ani jako pani generał Wielkiej Armii Republiki. Czuła się bezpiecznie.

+++ 2 +++

Etain lubiła siedzieć w kuchni, przy szerokiej ławie zasłanej kraciastym obrusem, gdy słońce zalewało pomieszczenie swoim ciepłem. Czuła się bezpieczna jak w domu. To jest mój dom, karciła się w myślach, ale poczucie, że nie należy do tego miejsca całkowicie i bezwarunkowo nigdy jej nie opuszczało.
Lubiła też wieczory z Walonem, gdy ten czytał jakieś zapomniane tomiszcze, lub gdy razem w spokoju jedli kolacje, czy inny posiłek. Nie tylko dlatego, że Vau chętnie gotował dla niej różne smaczne potrawy, ale przede wszystkim dlatego, że przy nim nie czuła się winna. Kal był człowiekiem kochanym i dobrodusznym, ale jak każdy człowiek potrafił się gniewać i wcale nie krył się ze swoimi uczuciami. Przez ostatnie kilka miesięcy, właściwie odkąd mu powiedziała, że jest w ciąży, nie szczędził jej krytyki. Wypominał, jakaż z niej egoistka, wykorzystująca naiwność młodego klona. Nieodpowiedzialna, szalona i samolubna. I na dodatek Jedi.
Starała się jak mogła, ale słowa starszego mężczyzny raniły ją za każdym razem, gdy o nich pomyślała. W myślach potrafiła zrozumieć Kala, czemu zareagował tak, a nie inaczej. Prawie. Bo tak naprawdę czuła zawód, że potraktował ją tak oschle i niemiło. Sam przyznał, że gdyby to inna kobieta przyszła do niego z tym problemem, pomógłby bez słowa. Ale Etain nie była jak każde inne kochanki klonów. Etain była Jedi.
Im bliżej była porodu, tym narastało w niej rozczarowanie. Smutek. Przerażenie. Chciała móc z kimś o tym porozmawiać, wyrzucić z siebie przytłaczające zmartwienia i wątpliwości. Ale nie miała komu się zwierzyć. Zera były bezwzględnie oddani Kalowi, nawet Jusik podporządkowywał się starszemu mężczyźnie bez słowa skargi. Ba! Ona sama tak się zachowywała, ślepo ufając Skiracie.
Pewnego ranka, kiedy wszyscy inni byli czymś zajęci, a Parja, siostrzenica Bralor, wzięła pod swoją opiekę Fi, Etain skorzystała z chwili prywatności, jaka nieczęsto zdarzała się w zaludnionym domostwie Skiraty. Tego ranka zwierzyła się Walonowi ze swoich odczuć. Ze strachu przed porodem, przed poczuciem winy, o którą notorycznie oskarżał ją Kal.
To było dziwne dla niej, gdy wyrzucała z siebie słowa, z szybkością karabinu maszynowego, zbyt przerażona, że jeśli ich nie powie teraz, nigdy więcej nie zdobędzie się na odwagę. I jednocześnie pokrzepiające, gdy wiedziała, że chociaż Walon był zajęty smażeniem naleśników, słuchał ją z całkowitą uwagą.
Zabawne, pomyślała z pewną dozą wstydu, bo kiedyś uważała Walona za okrutnika. Tak jak klony, pozwoliła, by osąd Kala stał się jej osądem. A obecnie Vau był jedyną osobą, z którą mogła porozmawiać, nie martwiąc się, że urazi któregoś z domowników swą skargą na Kala.
Walon jak zawsze wysłuchał ją w milczeniu. A potem prychnął z dezaprobatą.
- Nie jestem Jedi, nie znam waszych zdolności i sztuczek – rzekł cicho, mierząc ją uważnym spojrzeniem ciemnych oczu – ale nigdy nie słyszałem, by kobieta, nawet Jedi, potrafiła sama z siebie, na zawołanie zajść w ciążę. Chyba, że jesteś strillem, a czego nie widać po tobie. W każdym innym, ludzkim przypadku, potrzeba dwóch stron, by spłodzić dziecko, czego mam nadzieje nie muszę ci tłumaczyć.
Etain poczuła jak tęgi rumieniec wypłynął na jej policzki.
- Wykorzystałam naiwność Darmana – słyszała ten zwrot tak wiele razy, że dla niej samej te słowa brzmiały jak wyrecytowana formułka Skiraty. – Byłam samolubna, szalona i...
- Nieodpowiedzialna, tak, słyszałem – przerwał jej Vau. Skończył smażyć ostatniego naleśnika, sprawnie przerzucił go na talerz i wyłączył kuchenkę. Czuła przez Moc, że narasta w nim irytacja. Mimo wszystko postawił przed nią talerz, a sam usiadł, oddychając miarowo przez nos. Tylko stukot palców o blat stołu zdradzał jego zniecierpliwienie.
- Słuchaj dziewczyno uważnie – nachylił się ku niej, a ona bezwiednie przysunęła się bliżej. Chciała, by chociaż jedna osoba w tym domu nie uważała jej za winną; jakby ciąża była zbrodnią. – Skirata to mały, upierdliwy dupek, któremu czasem trzeba przypomnieć, że jest małym upierdliwym dupkiem. Wiem też, że każdy klon wie, skąd się biorą dzieci, więc nie są tacy niewinni, jak Kal lubi twierdzić.
- Sami ich uświadomiliście? – pytanie wyrwało się z jej ust, kiedy wyobraziła sobie Kala i Walona, otoczonych gromadką identycznych twarzy dorastających, nabuzowanych hormonami nastolatków, na których malowało się bezgraniczne zainteresowanie obcym aspektem życia. To wydawało się być dla niej zabawne i jednocześnie niezręczne dla dorosłych mężczyzn. Spojrzała na Walona, na jego uśmiech czający się w kącikach wąsko zaciśniętych ust.
- Mocy, uchowaj! – mruknął z udawaną trwogą, a Etain zakryła swój uśmiech dłonią. – W tym jednym kaminoański program edukacji był więcej niż przydatny. Ale wracając do meritum sprawy... Etain, nie jesteś samolubna, ani szalona. Jeśli Darman był na tyle bezrozumny, czy ignorancki, by nie myśleć o żadnym zabezpieczeniu się, to jest tak samo nieodpowiedzialny i winny całemu zajściu. Problem byłby, gdybyś nie chciała tego dziecka. Ale chcesz go, tak?
Poczuła dławiącą ulgę. Zabrakło jej słów z radości, więc tylko przytaknęła.
- Więc niesprawiedliwością jest zwalać całą winę na ciebie. Kal to wie, tylko łatwiej mu zwalić winę na ciebie, niż na swojego ukochanego synka – ostatnie słowa byłego sierżanta ociekały sarkazmem. Etain była świadoma, że Vau nie pochwalał otwartej wylewności Skiraty. Było w tym coś kojącego. Walon był chyba jedyną osobą w tym całym domu, która nie miała przeszkód, ani wyrzutów sumienia, by się kłócić z Skiratą, a nawet by go stłuc. Tym bardziej cieszyła się z tego, że Mandalorianin lubił ją, na swój obcy, antyspołeczny i obojętny sposób. Mimo wszystko czuła potrzebę ująć się w obronie wiekowego sierżanta.
- Kal się troszczy o swoich synów... – chciała go bronić, dobrze wiedząc, jak Skirata był ważny dla Darmana. Ona sama chciałaby być akceptowana przez niego. Chciałaby być więcej niż tylko przypadkową matką jego wnuka. Chciała należeć do rodziny, być kochaną osobą.
Ale zamilkła, gdy Walon zmierzył ją srogim spojrzeniem.
- Etain – rzekł niebywale miękko, zważywszy na swój karcący wyraz twarzy – rozumiem, że starasz się go traktować jak najlepiej, jeśli nie przez własne odczucia, to przez wzgląd na Darmana, ale Kal musi w końcu nauczyć się, że jego chłopcy nie są już dziećmi, za które zawsze musi sam decydować.
- Nie zgadzasz się z nim – Jedi bardziej stwierdziła niż zapytała. Nagle uświadomiła sobie, że chciałaby, by Walon zrugał Kala, okrzyczał, sprowadził na ziemię. By Kal pozwolił jej wyjawić tajemnicę Darmanowi. By zwolnił ją z tego nieznośnego ciężaru, jaki odczuwała za każdym razem, gdy rozmawiała z ukochanym mężczyzną, okłamując go i trzymając w ciemnościach niewiedzy.
- Darman jest dorosły – Vau rzekł, zaginając róg na otwartej stronie i odkładając książkę kucharską na bok. – Powinien wiedzieć.
Powinien wiedzieć, to za mało powiedziane, Etain miała chęć wykrzyczeć mu całą prawdę już dawno temu. Jednak poczuła ukłucie wstydu, bo to ona sama, zamiast powiedzieć mu o tym, poszła do Skiraty, mając nadzieje – ufając mu, że wszystkim się zajmie, za nią i za Darmana.
- Chciałam mu powiedzieć – wyznała cicho.
- To czemu mu nie powiesz? Bo Kal będzie zły? Bo ci zabronił? – Vau zganił ją, nieczule wytykając jej obawy. –To twoje dziecko Etain. Twoje i Darmana.
Jedi zapatrzyła się na swój talerz. Strawa była ciepła i pachniała smacznie, ale jakoś przestała być głodna.
- Kal mówił, że narodziny syna to coś specjalnego dla ojca.
- Tak samo jak dla matki – Walon zripostował chłodno. – Każde dziecko, niezależnie od płci powinno być kimś ważnym dla rodziców. Przecież wiesz, że Mando nie mają osobnych słów na matka i ojciec. Jest tylko buir. Rodzic.
Jedi pogrzebała smętnie widelcem w swoim stygnącym jedzeniu. Słodkie naleśniki, z owocami i polewą, o których przyrządzenie sama poprosiła byłego sierżanta z wyrzutem zalegały na talerzu. Walon poświęcał jej wiele uwagi, gotując wszystko, na co tylko miała zachciankę, choć przed nikim innym się nie chwalił swoimi zdolnościami kucharskimi, prychając, że nie zamierza zostać niczyim kukiem. Tylko dla Etain robił wyjątek, a ostatnio i dla Fi.
- Walonie? – poczekała, aż mężczyzna spojrzy na nią. – Myślisz, że Kal mnie chociaż trochę lubi?
- To di’kut – ten przyznał swobodnie, wcale nie mając wyrzutów sumienia, że tak nazywa swego towarzysza. – Ale wiesz mi Etain, łatwo byś rozpoznała, że cię nie lubi, gdyby naprawdę żywił do ciebie jakąś urazę.
Ale młoda Jedi nie była tego taka pewna. Vau i Skirata, kiedy pierwszy raz ich spotkała, wydawali się być gotowi skoczyć sobie do gardeł, ale nie przeszkadzało im to w żaden sposób ze sobą współpracować. Etain podejrzewała, że to naturalne dla Mandalorian; potrafili nienawidzić się nawzajem, ale i rzucać się sobie na ratunek pomimo niechęci. Jeśli Mando’ad nie pomoże swojemu vod, to nikt inny tego nie zrobi. To była dziwna harmonia, skupiona między nienawiścią, a poczuciem wspólnej przynależności, linia, której granicy Etain nie była pewna.
- Jak długo się znacie? – zapytała z ciekawości. Wiedziała, że obaj szkolili klony na Kamino, na wiele lat przed wybuchem wojny. Jednak zaczęła się zastanawiać, czy znali się przed okresem wspólnego szkolenia. I czy już wtedy się nie lubili?
Walon skrzywił się, jakby pomyślał o czymś niemiły, a ciekawość Etain nabrała nowego wymiaru.
- Stanowczo za długo – przyznał. – Czemu pytasz?
Dziewczyna wzruszyła tylko ramionami. W zakłopotaniu bawiła się końcówką swego warkocza, a gdy uświadomiła sobie ten nerwowy odruch, zarzuciła włosy na plecy.
- Ze wszystkich domowników, znasz Kala najdłużej.
Mandalorianin miał pociągłą, kościstą twarz z wyraźnymi zmarszczkami, a ciemne włosy przeplatały pasma siwizny. Jego twarz wyjątkowo wiernie odzwierciedlała surowy charakter właściciela. Tym trudniej było Etain powstrzymać swój chichot, gdy Walon zacmokał w bardzo nieswojski sposób
- To akurat nie jest nawet ułamek moich niewiarygodnych zalet.
- Cierpliwości ci nie brak – Jedi przyznała wesoło. Kal był osobą pełną emocji, niemal nosił serce na dłoni. Łatwo wpadał w gniew i dawał się ponieść morderczym intencjom. Drugi Mandalorianin także posiadał duży ładunek negatywnych emocji, ale Vau był osobą niezwykle opanowaną i zimną. Rzadko kiedy jakiekolwiek uczucie kierowało nim. Etain nie po raz pierwszy zastanawiała się, jak Walon potrafił przetrwać tyle czasu z Skiratą w tym samym miejscu, przez przeszło osiem lat. Ale obaj byli Mandalorianiami. Jeśli coś im się nie podobało, po prostu załatwiali to między sobą, prawem siły i przemocy. Etan, nawet jeśli nie najwyższych lotów, była Jedi, wierzyła w pokojowe rozwiązania.
- Ad’ika – Walon zwrócił się ku niej nazywając ją w mando’a słowem o wielu znaczeniach, ale każde było pozytywne i czułe. Rzadko kiedy pozwalał sobie na taką tkliwość. – Dam ci radę. Kal jest jaki jest. Upierdliwy i uparty i oddany swojej sprawie. Jeśli pozwolisz mu tak się ustawiać po kątach, będzie to robić zawsze, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawę. Kal to taka... mandaloriańska wersja najgorszej teściowej, jaka mogłaby się przydarzyć młodej pannie.
- Teściowej? – Etain nie kryła swojego zdziwienia.
- Wierz mi. Gdyby Skirata był kobietą, byłby najgorszą teściową na świecie.
Jedi chciała coś powiedzieć, ale w tej chwili do kuchni wkroczył Kal.
- Dar’ika dał znać, że wszystko z nim i Omegami w porządku – powiedział Skirata i pierwszy raz od tak dawna brzmiał ciepło, jak tylko kochający rodzic mógł brzmieć. Dla niego Darman, dorosły, doświadczony żołnierz, nadal był dzieckiem, ukochanym, małym Darmankiem. Mandalorianin chciał coś jeszcze powiedzieć, ale umilkł pod dziwnym spojrzeniem młodej, brzemiennej kobiety.
A Etain nie mogła się powstrzymać. Patrzyła na niego, próbując w myślach nadać mu bardziej kobiecych rysów.
- Wiesz, Etain – Walon brzmiał obojętnie, jakby mówił o pogodzie, ale w jego głosie czaiła się ciepła nuta drwiny – Mandalorianie nie dbają o płeć.
A ona zaczęła się śmiać, uderzona tą prostą prawdą. Tak, skoro Mando’ade nie dbają o płeć, to Kal jest dla niej najgorszym rodzajem teściowej; bez pamięci zapatrzoną w swoje dzieci, gotową negować, karcić i być wredną dla każdej osoby, która mogłaby zagrażać szczęściu jej biednych pociech.
A Skirata tylko stał i patrzył, jak Etain i Walon mierzyli się rozumiejącym spojrzeniem, dzieląc się potajemnym żartem, którego on nie mógł zrozumieć. Ale widząc jak na twarz młodej dziewczyny wraca zdrowy rumieniec, jak z nową werwą pochłania swoje śniadanie, uśmiechając się pod nosem, Skirata nie miał nic przeciw temu.

+++ 3 +++

Po porodzie świat zwariował jeszcze bardziej.
Zera, o ile to możliwe zdwoiły swoją czujność i czasem Etain nie miała pewności, czy obawiają się przebiegłej badaczki Ko Sai, która mogłaby porwać i torturować ich małego bratanka, czy obawiali się, że to Etain zmieni zdanie i ucieknie z dzieckiem, od Kala i Darmana. Pilnowali jej pokoju, niczym strażnicy i sama Jedi czuła się jak więzień. Ale odrzucała tą myśl, czując jak strach i przerażenie Zer emanuje w powietrzu, niczym brzydka toń i przemyka w jej sny. Czasem śniła o mistrzach Jedi, którzy przychodzili odebrać jej wrażliwe na Moc dziecko, albo o białych, wiotkich dłoniach Kaminoan, które sięgały po jej synka. Paranoja i niepokój sączyły się w nią jak woda w gąbkę i tylko zimny nos strilla trącał ją w nocy, by wyrwać z koszmaru. Mird wydawał się wyczuwać wszelkie emocje, jakby były zapachami. I Etain była mu wdzięczna. Widziała w mądrych oczach stwora, że gdyby przyszło co do czego, broniłby jej i dziecka, do ostatniego tchu, a może i dłużej i więcej.
Ukochane stworzenie Walona trwało przy jej boku, jak wierny stróż. I Jedi miała pewność, że dziecko jest bezpieczne, bo ani Zera, ani Kal, ani Vau i Mird nie pozwoliliby je skrzywdzić.
Jednak sama przed sobą musiała przyznać, że czułaby się bezpieczniej w ramionach kochającego Darmana. Już niedługo, powtarzała sobie. Już niebawem będą znów razem, bez tajemnic.
W dzień koszmary nie męczyły jej umysłu. Wręcz przeciwnie; w poranki radość przepełniała ją całkowicie i bezwarunkowo. Widok śpiącej twarzyczki dziecka, jej synka, rozczulał ją i dodawał nowych sił. Mird, strill od małego szkolony do walki i zabijania, z czułością i pieczołowitością co rusz sklecał nowe, bezpieczne gniazdka dla noworodka. Znosił delikatne i bawełniane kołdry i prześcieradła, oraz – z lubością – koszule Orda. Nieszczęsny klon fukał na strilla ze złości, ilekroć znalazł swoje ubranie wplecione w artystycznie wykonany kokon i zaślinione śliną stworzenia. Ale nie podnosił na Mirda ręki, ani tym bardziej broni, widząc, że wszyscy w koło są rozczuleni widokiem krwiożerczego drapieżnika o miękkim sercu. Nawet Kal Skirata, który przez wiele lat żywił nienawiść ku strillowi, wydawał się być ubawiony jego nowymi nawykami.
Ale zachowanie strilla kryło w sobie coś więcej. Etain miała wrażenie, że Mird spogląda na nią przeciągle, jakby w tajnym porozumieniu, zdradzając jej swe tajemnice. Złote ślepia stworzenia, obleczone krwistą otoczką, wyraźnie emanowały mściwą satysfakcją.
Tak, mówiły oczy Mirda, denerwowanie go sprawia mi radość.
A młoda, nowo upieczona matka miała ochotę śmiać się głośno i bez zahamowań. Jednak tylko uśmiechała się z rozumieniem, głaszcząc złoty łeb strilla. Nie miała serca zdradzać jego tajemnicy. Mird lizał ją po dłoni i wesoło miotał swoim ogonem jak biczem, okazując swój dobry humor.
Strill był niezwykle podobny do swego właściciela. Walon uwielbiał drażnić Skiratę, a Mird denerwować Ordo. I Etain uznała, że lubi tą dziwną, ‘klanową’ rywalizację.
Jednak potem nadchodziły wieczory, gdy leżała, a strach, paranoje i bolesne doświadczenia mieszkańców domu wypływały z powrotem na wierzch, przesiąkały przez ściany i krew.
Wtedy otulała swe dziecko, słała ku niemu poprzez Moc swą miłość i wszystko, czym ciepłem mogła ukołysać go do snu. I zastanawiała się, co Darman teraz robi, czy jest bezpieczny i żywy.
A Mird szturchał ją swym chłodnym nosem, jakby chciał jej powiedzieć, by się nie martwiła; o wszystko zadbają. Chciała wierzyć intuicji złotego strilla, tak samo mocno jak wierzyła Skiracie. Ale zimny niepokój nadal drążył jej serce. Przyszłość była skryta w mroku, a ona się go lękała.
Więc, by umknąć z paszczy strachu, wolała skupić się na nieważkich myślach. O tym, że Ordo jutro znów będzie fukał w gniewie, ściągając groźnie brwi, a Mird tylko radośnie zaślini mu kolejną koszulę. Fi będzie chciał wyjść na spacer, gdziekolwiek, by chociaż na chwilę opuścić zamknięte wnętrze domu. Będzie leżeć na polanie, wśród zielonej trawy, nieruchomy, cichy i smutny. Zawsze w tych chwilach żal ściskał serce Etain, bo były komandos drużyny Omega wyglądał, jakby chciał zapaść się w słodką zieleń i zniknąć z tego świata. Jednak nie potrafiła oderwać od niego spojrzenia, gdy on sam na nią nie patrzył. Lecz kiedy ich spojrzenia się stykały, to Etain chciała uciec, od żalu, jaki zagościł w oczach Fi.
I czasem zastanawiała się, przelotnie, gdzie znika Vau, gdy zapadała ciemność.
Widziała, jak niemal co noc przemykał cieniem, idąc w głąb lasu i dalej, przed siebie, aż nie potrafiła go wyczuć w Mocy. Znikał bez słowa, bez towarzystwa, ale wiedziała, że skoro Mird pozostał w domu, przy jej boku, to Mandalorianin wróci.
Czasami wyglądała przez okno, czekając na jego powrót, ale godziny mijały, a sen zawsze zmorzył ją, nim mężczyzna powrócił.
Gdy schodziła rano do kuchni zanim słońce na dobre wzeszło, Walon już siedział tam, jak zawsze obojętny. Mird z niebywale ludzkim entuzjazmem sklecał nowe gniazdko dla noworodka. Śliniąc się najbardziej na kolorową koszulę Orda. I zwariowany świat wracał na swoje szare tory normalności.
Była w kuchni, którą niebawem światło zaleje swoim ciepłem, rozpraszając szarość poranka. Walon pił swoją porcję kaffu, czytając wyświechtaną książkę, Mird witał ją wesoło machając ogonem. Nim słońce wstanie na dobre, przez kuchnie przetoczą się głodne Zera, zaspany Jusik, napędzany misją Kal i Fi o przeraźliwie smutnych oczach. Ale póki co siedzieli w trójkę, były sierżant, Jedi po porodzie i złośliwie sprytne stworzenie, wszyscy przygarnięci i zaadoptowani w klan Skiraty.
Jeśli było coś, co intrygowało Etain ostatnimi dniami, to z pewnością było małe tomiszcze, które Walon czytał notorycznie. Nie wiedziała co to jest – czarna, matowa okładka nie miała żadnych symboli, ani znaków wytłoczonych na swej powierzchni. Nie była to też żadna holoopowieść, bo miała flimiplastowe strony.
Po kilku próbach podchodów zganiła siebie w duchu, za własną dziecinność.
- Walonie – zapytała go przy pierwszej nadarzającej się okazji. – Co czytasz?
- Książkę – odparł jak zwykle niebywale uprzejmie, a przy tym obrażająco, jakby odpowiedź była oczywista.
Etain znała tą taktykę Mandalorianina. Po wielu wspólnie spędzonych godzinach, nauczyła się, że jeśli chce uzyskać prawdziwą odpowiedź, nie może pozwolić się zbyć.
- A o czym ona jest? – zapytała zaglądając mu przez ramię. Mandalorianin pokazał jej wewnętrzne strony, ale Jedi nie rozpoznała pisma. Litery wyglądały obco, nie mógł to więc być aurabesh, ani mando’a. Czasami żałowała, że Vau był wykształcony i zaczynała rozumieć, czemu Kal nie szczędził dosadnych słów na ten temat.
Jednak starszy mężczyzna wydawał się być dziś w dobrym humorze.
- To litery Irmenu – wyjaśnił, pozwalając by Jedi przeglądnęła strony. Etain lustrowała sfatygowane kartki uważnym okiem. Na marginesach widziała odręczne dopiski schludnego pisma, a pomiędzy czymś, co wyglądało na przedrukowane wpisy do pamiętnika, widniały także rysunki i szkice.
- To czyjś dziennik, prawda? – zapytała, pozwalając by ciekawość oderwała ją od resztek nocnych koszmarów. Usiadła przy stole, na swoim zwyczajowym miejscu, przodem do okna. Uwielbiała spoglądać na świat, chociaż ten był ponury i obojętny.
- Zakazana książka Irmenu – sierżant wyjaśnił z niejaką satysfakcją. – Dziennik Kai Sarevok.
Mandalorianin rzadko wspominał o swojej rodzinie, czy planecie pochodzenia. Z urywek słów, tonacji jego głosu i odbicia w Mocy, Etain wiedziała, że nie jest to temat, na który Vau z każdym by chętnie mówił. Poczuła jak ciepło zadowolenia rozlewa się w niej falami, gdy zrozumiała, że starszy mężczyzna obdarzył ją zaufaniem. A skoro sam zaczął temat, chciała wiedzieć więcej.
- Czemu jest zakazana? – zapytała, zajadając się kawałkiem ciasta uj.
Koścista twarz Mandalorianina nabrała ostrości, zdradzając drwinę właściciela.
- Ponieważ autorka tegoż bezbożnego dzieła kpi z wiary porządnych, prawowitych ludzi Irmenu, obnażając bogów i kapłanów z ich mądrości, praw i czci. I, ach... – Vau teatralnie zrobił pauzę – zapomniałbym najważniejszego, jak to zarzuca kłamstwo, obłudę i hipokryzje ludzkiemu gatunkowi. Okropna kobieta.
Dziewczyna uśmiechnęła się ciepło.
- W takim razie jak udało ci się dostać ten bezbożny i demoralizujący egzemplarz?
Moc ukazała Etain, jak w obojętne odbicie byłego szkoleniowca wkrada się zmarszczka nieokreślonej emocji. Gdyby nie ostrzeżenie wyostrzonego zmysłu, zakrztusiłaby się swoim kawałkiem ciasta, kiedy zrozumiała, co Vau mówił.
- Dostałem go od ojca.
Na chwilę zapadła cisza, bo Etain nie wiedziała co powiedzieć.
- Nie od człowieka, który mnie spłodził – wyjaśnił mężczyzna, a Jedi poczuła ukłucie zażenowania. W końcu to było normalne, że nawet ktoś taki jak Vau mógł zostać adoptowany przez Mandalorianina. Nagle inne słowa nabrały dla niej nowego znaczenia. Głos Skiraty brzmiał cierpko w jej wspomnieniach, gdy szydził z okrutnych metod wychowania, za które Walon był wdzięczny swemu ojcu.
- Na Coruscant nie mówiłeś o biologicznym rodzicu – stwierdziła cicho. Walon dopił swój kubek kaffu, wstał od stołu i ruszył do wyjścia. Nim minął drzwi, spojrzał za siebie, na kruchą postać.
- Aliit ori’shya tal’din.
Rodzina to coś więcej niż krew. Etain znała to powiedzenie. Odruchowo posłała ku swemu śpiącemu spokojnie dziecku nici Mocy, pełne miłości i poczucia bezpieczeństwa. Obiecała sobie, że będzie lepszą matką, niż jej własna rodzicielka, która oddała ją obcym. Że będzie lepsza niż matka, jaką miał Walon Vau, czy jaką stracił za młodu Kal Skirata. Że będzie kochać swojego synka miłością absolutną i bezwarunkową. Jeśli zajdzie taka potrzeba, odda mu swoje ostatnie tchnienie i krew i wszystko, co tylko posiadała. I da swemu synowi to, czego ona sama nigdy nie doświadczyła, ani Darman, ani żaden inny klon.
Chwile po wyjściu starego człowieka, przez kuchnię przetoczyła się fala wygłodniałych klonów. Ordo groźnie zmarszczył brwi, gdy zobaczył swoją kolejną koszulę, zaślinioną i spętaną z różnymi innymi kocami w przytulne, ciepłe gniazdko autorstwa pracowitego Mirda.
A’denn i Kom’rk, dwaj kolejni elitarni zwiadowcy serii Zero, siedzieli obok Jedi przy wspólnym stole. W przeciwieństwie do Orda i Mereela, ci dobrowolnie żyli w cieniu w swych braci, nie wychylając się, ani nie skarżąc. Etain zaś notowała ich ciemne, brązowe oczy, rozjaśniane niemym śmiechem na każde fukanie Orda. Widziała jak Mird chętnie łasi się do ich nóg. A’denn dokarmiał strilla kiełbaskami, co rusz klepiąc złoty łeb i chwaląc nowy kokon dla niemowlaka.
Wszyscy zastanawiali się, jakim cudem strill potrafił codziennie wykraść ubrania Orda, zmodyfikowanego zaawansowanie klona, który próbował uchować je przed śliną stworzenia. Gdy Kom’rk puścił oko do młodej matki, od razu wszystko stało się jasne. Nawet Fi, pomimo urazu głowy, wydawał się widzieć to, czego Ordo nie potrafił dostrzec. Jego właśni bracia spiskowali przeciw niemu ze strillem. Etain skrzętnie zajęła się swoim śniadaniem, gdy kloni kapitan nie po raz pierwszy skarżył się na Mirda.
Popołudniu przyszła w odwiedziny Bralor, pomóc młodej matce nauczyć się podstaw opieki nad niemowlakiem. Kal chętnie asystował przy tym, zmieniając wnukowi pieluchy, udzielając rad i w ogóle emanując zaraźliwym entuzjazmem. Odkąd dziecko się urodziło, jego animozje zmatowiały, zeszły na drugi plan. Znów brzmiał dla niej jak kochający ojciec, dumny i szczęśliwy.
Z Bralor przychodziła jej siostrzenica, Parja. Była młodą, niepozorną dziewczyną, ale gdyby ktoś ją napadł, skopałaby tej osobie shebs, poprawiła z wojskowego, okutego buciora i poszła jak gdyby nigdy nic dalej. Takie były córki Mandalory.
Parja, chociaż współczuła Fi, nie okazywała mu żadnej litości, jeśli ten migał się od ich codziennych spacerów. Bardan zdziałał cuda, przywracając klona do obecnego stanu, ale byłego komandosa wypełniała rozpacz. Usilnie próbował wrócić do dawnego siebie, jednakże rezygnacja jaką emanował, była niemal namacalna i bolesna dla wszystkich domowników.
Parja huknęła pięścią w stół, aż cała zastawa niebezpiecznie zadźwięczała.
- Wstawaj Fi – warknęła, mierząc go złowrogim spojrzeniem. – Nie maż się, rusz shebs i idziemy. No już! Ruchy! Raz, dwa! Bo ci nakopię!
A Fi, niechętnie, ale jednak ruszał ze swego miejsca, przedzierał się nieporadnymi ruchami do swoich butów. Staczał trudny bój ze sznurówkami i klamrami kurtki i pozwalał się wieść, z daleka od zielonej trawy, w której tonął, zakrywał się, przestawał istnieć.
Ilekroć Etain słyszała ostry ton dziewczyny, dziwiła się, że zszokowany, biały na twarzy Kal jeszcze nie dostał palpitacji serca, ani nie rzucił się w obronie pokrzywdzonego, sponiewieranego syna. To było zabawne i tak samo przykre. Wiedziała, że gdyby ona tak huknęła na Darmana, czy innego klona, Skirata byłby pierwszym, który by zaprotestował. Ale Parja była Mandalorianką, Etain zaś ciągle nie wyrzekła się bycia Jedi.
Ukochana Ordo, Besanny była agentką podatkową. Kochanką Atina była Laseema, twilekańska kelnerka. Tylko Etain, sympatia Darmana oraz matka jego dziecka, stanowiła problem w światopoglądzie Skiraty. Nawet jeśli sobie z tego nie zdawał sprawy; jeśli było to uwarunkowane historią, kulturą i doświadczeniami Mandalorian, nadal to bolało.
Ale Jusik też był Jedi, a jednak potrafił wpasować się w obrazek rodzinnej sielanki.
Z ponurych myśli wyłowiła ją nić Mocy, jaką nieświadomie posłał jej synek. Nie smuć się, mamusiu, masz mnie. Pozwoliła by najprostsza miłość zawładnęła nią całkowicie.
I dzień mijał jak każdy inny. Zera pojawiały się i znikały, robiąc niewiadomo co i gdzie. Ko Sai pracowała nad kodem genetycznym. Ambitna, dumna perfekcjonistka nie emanowała ani strachem, ani niczym innym.
Kal się irytował i wściekał, wykłócając się z mistrzem Zeyem przez komlik.
A słońce chyliło się ku zachodowi, pozwalając by szarość wypełniła świat na nowo.
Walona spotkała dopiero pod wieczór, gdy siedział samotnie nad brzegiem jeziora, na którym zakotwiczono statek. Było chłodno na dworze, ale starszy mężczyzna wydawał się być obojętny na zimno. Etain opatuliła się mocniej swoim płaszczem i usiadła obok niego. Woda była ciepła, rytmicznie uderzała o skalisty brzeg i falowała. Concordia, największy księżyc Mandalory, zropiałą poświatą odbijała się w wzburzonej tafli ciemnej wody.
- Jakie jest Irmenu?
Walon nie spojrzał na nią, nie wzdrygnął się, nie zganił, że pyta.
- Świat Irmenu jest surowy –rzekł niedbale. – To bezkresne morza i oceany, wzburzone chłodnymi wiatrami i ostrym słońcem. Rano morze ma kolor czystej zieleni, a w nocy, oświetlane dwoma księżycami lśni niczym srebro. Całe życie mieszkańców skupia się wokół wody. Miasta buduje się na jej powierzchni i pod, przestronne i wielkie, niczym Atlantydy dawnych ludzi. Morze jest bogiem Irmenu.
Odbicie Mandalorianina w Mocy emanowało udręką i namacalną nostalgią. Cokolwiek Walon myślał o swojej rodzinie, nie zagłuszało to tęsknoty za miejscem jego narodzin. Etain poczuła ukłucie żalu dla starszego człowieka. Kto wie ile lat żył na wygnaniu, włócząc się od pola bitwy do pola bitwy.
- Tęsknisz za swoim domem? – zapytała ostrożnie. Ona nie tęskniła za Coruscant. Nawet za Świątynią Jedi, gdzie przez lata wychowywała się pod okiem mistrza Fuliera. Tęskniła tylko za Darmanem, za wspólnym życiem, jakiego jeszcze nie zaznała.
Walon Vau, człowiek, którego głębsze uczucia nie imały się w żaden sposób, wydawał się być w tej jednej chwili niebywale starą, zmęczoną osobą. Na jego chudej, kościstej twarzy zmarszczki pogłębiły się, a szarość wieczoru tylko potęgowała ten ponury widok.
- Mój dom jest po drugiej stronie Keld`netrgalaar – oznajmił mężczyzna. – O ile zdecyduję się go odbudować.
Słowa Mandalorianina zaskoczyły Etain. Do tej pory myślała, że dom wybudowany przez Skiratę to ich wspólny dom. Walon, choć socjopatyczny i obojętny, miał w nim swoje miejsce, należał do tej małej, szalonej gromady. I nagle przyszło olśnienie.
- To tam idziesz, gdy bez słowa znikasz?
Mężczyzna chwilę trwał w ciszy, zapatrzony w zagęszczającą się ciemność nocy. Dziewczyna zastanawiała się, czy on także czuje się nie do końca na miejscu, w domu Skiraty. Kal otworzył dla nich swe drzwi, traktował jak rodzinę, a jednak... jednak Vau nie czuł się tu dobrze. Etain wyczuwała w Mocy jak nieokreślona emocja marszczyła się i falowała wewnątrz byłego sierżanta.
- Walonie – miękko wymówiła jego imię. Kiedy na Coruscant zapytała go o rodzinę, powiedział, że był Cuy’val Dar, kimś kto nie ma żony, dziecka, ani krewnych. Już dawno temu Etain odkryła, że Walon nie kłamie.
On najwyżej nie mówił prawdy.
Okrajał ją, zaginał, przyprawiał pół-słówkami i starannie dobranymi słowami. Nie kłamał, ale także nie dzielił się całością. Częstował najwyżej małymi porcjami, by zadowolić cudzy głód ciekawości, ale nie podsycać go, wręcz zniesmaczyć do dalszych wypytek.
- Nie jesteś już Cuv’val Darem. Możesz mieć rodzinę – oznajmiła mu stanowczo, a gdy przypomniał sobie o zadziornych, pewnych siebie Deltach, szybko dodała. – Już ją masz.
Na twarzy mężczyzny zagościł ponury uśmiech.
- Dla mojej rodziny z Irmenu, kochanej matki i ojca – brzmiał pełen jadu i pogardy – jestem zmarłym. Zaś moja prawdziwa rodzina, oprócz Mirda, jest definitywnie martwa.
- Masz wielu synów – przypomniała mu. Sama była teraz buirem, rodzicem. Ta świadomość nagle ją przytłoczyła. Jak Skirata dawał sobie radę, szkoląc ponad setkę dzieci i żył, ze świadomością, że przeżyje ich wszystkich? Żył, gdy oni umierają, na polach walki, do których on sam ich przysposobił i wyszkolił? – Nie chciałbyś, aby twoi synowie, Delty, zamieszkali tutaj z tobą? Na Mandalorze?
Vau chwilę milczał, tylko patrząc na zmarszczoną taflę ciemnej wody.
- To nie ma znaczenia – powiedział, rzucając kamieniem w księżycowe odbicie i załamując obraz. – Ważne, co oni chcą.
Młoda Jedi pomyślała, że to jedna z tych rzeczy, które odróżniają Vau od Skiraty. Ten nie decydował o życiu klonów, nie angażował się w ich sprawy ponad to, co uważał za słuszne. Chciał by przeżyli, ale i by potrafili przetrwać bez niego. Być może nie zdawał sobie sprawy, że Delty, te zadziorne chłopaki, oddaliby wszystko, aby ich sierżant okazał im swą miłość w bardziej otwarty, bezpośredni sposób. Miała nadzieje, że gdy wojna wygaśnie, ich mała zbieranina stworzy prawdziwą rodzinę. Bezpieczny dom dla byłych Jedi, klonów i mandaloriańskich weteranów.
Noc nadciągała i pogłębiała się. Wokół chłodny wiatr wyginał giętkie gałązki drzew, ale oni siedzieli w ciszy, ukołysani szumem. Słona bryza muskała ich po twarzach. Etain czuła po raz drugi dzisiejszego dnia nieopisaną zmarszczkę w odbiciu Mocy byłego sierżanta. Vau westchnął.
- Jest jedna rzecz, za którą tęsknię – rzekł, zamykając oczy. – Morze. Tęsknię za irmenuńskim morzem.
Etain uśmiechnęła się z sympatią dla starszego człowieka. Koniec końców oboje, jak wszyscy członkowie klanu Skiraty, płynęli teraz na jednej łodzi życia.

Hashhana

 

Komentarze
 
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 12,524,600 unikalne wizyty