Rodzina to coś więcej niż krew
 
Na Kamino każdy dzień wyglądał tak samo. Pochmurnie i szaro, gdy ciężkie chmury przesłaniały całe niebo, a deszcz nieustannie siekał chłodem. Skirata przywykł, ale nigdy nie polubił tego miejsca. Jedynie jego chłopcy, zarówno szóstka zwiadowców nieudanej serii Zero, jak i ponad setka komandosów, których dzień w dzień szkolił, sprawiali, że nie dał się złamać rutynie.
Szkolenia były nużące i ciężkie. Bywały dni, kiedy miał ochotę płakać nad okrucieństwem losu, który pozwolił, aby przynęty na Aiwhy stworzyły bezbronne dzieci, przeznaczone do walki i śmierci. Ale nie płakał. Mandalorian wiedział, że nic to nie zmieni. Musiał być silny, aby i jego szkraby miały siły przeć do przodu. Bywały też dni, kiedy śmiał się do rozpuku, widząc jak Zera chociaż na chwilę zapominały o swoich traumatycznych przeżyciach i po prostu byli dziećmi. Ciekawskimi, mądrymi i z absolutną pamięcią. Ale nadal dziećmi.
Rzadko kiedy wracał myślą do swych biologicznych synów. Tak było łatwiej. Dopóki Jango Fett nie postanowił zabawić się w posłańca.
Tego dnia panowała wszechobecna, przytłaczająca cisza. Nawet deszcz wydawał się padać bezdźwięcznie. Kal po prostu siedział w swojej skromnej kwaterze i patrzył przez okno, rozmyślając. Jego żona zmarła. Chociaż nie byli już małżeństwem od kilku lat, zanim nawet znalazł się na tej przeklętej planecie, czuł niemiłe ukłucie smutku. Ilippi może i nie rozumiała ani jego, ani kultury Mandalorian, ale była dobrą kobietą. Dobrą matką. Miał z nią trójkę dzieci, dwóch synów – Tora i Ijaat, oraz córkę, Ruusaan. Ale chociaż bardzo chciał im nadać duszę Mando’ade, nigdy nie udało mu się ich wychować w duchu swej kultury. Ilippi nie pozwoliła mu na to. Zawiódł na całej linii, zwłaszcza, że opuścił swoją rodzinę.
A teraz, wraz z śmiercią matki, jego synowie przeszukiwali galaktykę, aby się z nim skontaktować. To była jego szansa, może jedyna, by naprawić stare błędy.
Jeszcze kilka lat temu byłby więcej niż szczęśliwy, by z niej skorzystać. Jednak teraz nie mógł. Nie tylko wiązała go tajemnica i kontrakt, ale przede wszystkim dobro pozbawionych wyboru, młodych klonów. Nie mógł ich porzucić, tak jak porzucił niegdyś swą rodzinę.
Chociaż uważał, że podjął słuszną decyzje, nie potrafił niczym zagłuszyć wyrzutów sumienia. Niewinne i zmartwione spojrzenia Zer wcale mu w tym nie pomagały. Starał się zachować spokój ducha, uśmiechać się do swoich szkrabów, ale mimo wszystko chłopcy wyczuwali jego kiepski nastrój. Być może dlatego nie dociekali jego kłopotów, ani nie narzucali mu swej obecności. Pozwolili mu zamknąć się w małej kwaterze i nie skarżyli się na jego brak uwagi. Był im za to wdzięczny.
Zignorował hałas za drzwiami, uznając, że Zera znaleźli sobie nową zabawę. Jednak kiedy drzwi same się otworzyły, zaskoczył go widok wysokiego Mandalorianina.
- Shebs! – Kal zaklął pod nosem, posyłając Vau złe spojrzenie. – Co ty robisz w moim domu, di’kucie?!
- Stoję – Mandalorianin wyjaśnił lekceważąco, opierając się leniwie o framugę. – Kiepski z ciebie gospodarz.
- Bo cię nikt tu nie zapraszał – burknął Skirata. Mimowolnie urażony zniewagą, niechętnie wstał ze swego miejsca. Kiedy wszedł do pokoju wspólnego przywitała go pustka. – Gdzie są moi chłopcy?
- Wyszli - Walon wzruszył ramionami, a Kal, chociaż bardzo chciał się wściec na nieproszonego gościa, tylko ciężko westchnął.
- Jango ci powiedział.
To nie było pytanie i Kal nawet nie musiał patrzeć na drugiego mężczyznę, by znać odpowiedź. W sumie Skirata nie był tym zaskoczony. Jego relacje z Fettem miały się różnie. W najlepszym wypadku żywili do siebie zawodowy szacunek, a w najgorszym Kal miał wątpliwą przyjemność poczuć ciężką rękę Mandalora. Ale nie mógł narzekać, bo zazwyczaj obaj nie wchodzili sobie w drogę. Tylko Walon wydawał się mieć dużą tolerancję dla Jango i jego aspołecznej natury, którą sobie niewiadomo kiedy wyrobił. Zaś Fett wyraźnie preferował towarzystwo socjopaty Vau, niż innych Mandalorian.
Swój na swego trafił, tylko tak można było to podsumować. Już dawno temu uznał Skirata.
- Postanowiłeś? – zapytał go Mandalorianin, a Kal spodziewał się tego pytania. Miał czas do jutra, aby podjąć decyzje, ale Walon należał do ludzi skrupulatnych. Lubił wiedzieć na czym stoi. A może przysłał go Jango, aby sprawdził, jak sobie radzi. Tajemnica tego zlecenia nie mogła zostać ujawniona, a obaj Mandalorianie dbali o swoje interesy.
Skirata nalał do dwóch szklanek mocnego alkoholu. Usiadł naprzeciw swemu niechcianemu gościowi. Długą chwilę patrzył na bursztynową ciecz w szkle. Vau przypatrywał mu się uważnie spod zmrużonych oczu, ale nic nie mówił, tylko pił w ciszy.
- Shab – z hukiem Kal odstawił swoją szklankę na stół. Mizernie oparł głowę na dłoni i stukał w poirytowaniu palcami w blat. Brew Vau uniosła się lekko ku górze, dając znać Mandalorianinowi, że jego zachowanie jest bezsensownie niezrozumiałe.
- Nie mogę zostawić swoich chłopców – wyjaśnił Kal, powtarzając własne myśli, które już od kilku godzin krążyły po jego myśli. – Moje dzieci są dorosłe, są w stanie o siebie zadbać. A Zera? Moi studenci? Jak odejdę, kto się nimi zajmie?
Nie zainteresowany wyraz twarzy Walona tylko go poirytował.
- Ty się w ogóle z daleka od nich trzymaj!
- I tak od przyszłego roku zacznę ich wdrażać w interrogację.
Kal wiedział, że Vau tylko go podjudza oczywistą prawdą.
Na Kamino przebywała setka szkoleniowców, z których nie wszyscy byli Mandalorianami. Jednakże, każdy z nich był zaprawionym weteranem w swojej profesji. Oprócz szkolenia podstaw swojej serii uczniów, prowadzili wykłady z konkretnej specjalizacji, dla której Jango ich zwerbował. Skirata zajmował się tajnymi operacjami, Mij Gilmar szkolił medyków, Walon Vau zaś specjalizował się w pozyskiwaniu informacji – nie ważne, czy z żywej istoty poprzez tortury i psychologiczne gry, czy z wszelakich komputerów.
Byli podzieleni na cztery sektory, północny, południowy, zachodni i wschodni, zgodnie z rozlokowaniem w niższych poziomach miasta Tipicy, gdzie odbywały się szkolenia klonów. W każdym sektorze dwudziestu pięciu sierżantów wdrażało swoje ponad stuosobowe serie uczniów w podstawy żołnierki i działania w czteroosobowych grupach. Mieli ustawiony miesięczny grafik, narzucony bezlik ćwiczeń i materiału do zapamiętania. Żaden sierżant nie mógłby jednak samotnie wszystkiego nauczyć żołnierza. Dlatego część nauki klony pobierały od różnych szkoleniowców. Niestety, Kal był w tym samym sektorze, co Vau. Ba! Nawet gorzej, bo w tej samej kompanii, gdyż zostali zorganizowani w republikańskim stylu wojskowym. A kloniarze uznali, że klony już wystarczająco dorosły, by przejść na nowy etap szkolenia, który zakładał także przesłuchania. Śliczny eufemizm na tortury. Skirata skrzywił się zniesmaczony.
- Tor, Ijaat i Ruussan są już dorośli, nie potrzebują mnie. Zresztą, rodzina to coś więcej niż krew...
Nie spojrzał na swego towarzysza, chociaż czuł jego uważny wzrok na sobie.
- Dlatego nie powiedziałeś Zerom o nich? Czy ze wstydu? – z brutalną szczerością zapytał Vau. – Rodzinę nie może łączyć tylko krew, ale jeśli nie potrafisz być wierny nawet swojej własnej krwi, kiedy ją opuszczasz, bo tak łatwiej... jak obcy mogą ci zaufać?
Skirata nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Mandalorianie nie dbali o więzy krwi, ale w końcu Walon niegdyś należał do innego świata. Innej ideologii. Nie wiedział, czy to słowna pułapka, czy zwykle rozważania, które mogłyby kryć się w głowie najemnika.
- Nie muszą wiedzieć. Moi chłopcy są bardzo wrażliwi, nie chcę aby się obwiniali o moją przeszłość. Zresztą, co ty byś zrobił na moim miejscu?
Żaden mięsień nie drgnął na twarzy Mandalorianina, chociaż Kal miał nadzieje go zdenerwować. Od dawna wiedział, że Vau pochodził z szlacheckiej rodziny z Irmenu, ale uciekł z niej za młodu i dołączył do mandaloriańskich najemników. Walon rzadko kiedy o tym wspominał i Kal podejrzewał, że oprócz niego, może tylko Jango Fett znał prawdę.
- Ja nie mam do czego wracać – odpowiedział Mandalorianin, wypijając do dna swój trunek. Uznając, że rozmowa dobiegła końca wstał ze swego miejsca i ruszył ku drzwiom. Nie podziękował za poczęstunek, nie pożegnał się, tylko wyszedł w ciszy. Skirata pozostał sam w ciemnym pokoju i tylko prosta myśl mu towarzyszyła. Kiedyś miał żonę, miał trójkę dzieci, ale choć łączyły go więzy krwi, on także nie miał do czego wracać. Tu, na zimnym, deszczowym Kamino było wszystko, co mogło mieć jakieś znaczenie. Jego rodzina. Bo ta, to coś więcej niż tylko krew.

Hashhana

 

Komentarze
 
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 12,524,642 unikalne wizyty