Maska
 
Czasami sny przenosiły go z powrotem na pokrytą dżunglą powierzchnię Dxun. Deszcz zacinał jak oszalały, spływając po płytach zbroi, by zimnem zaatakować obnażoną skórę wojownika. Przedzierał się przez szary gąszcz złączonych korzeni i gałęzi wiekowych drzew. Ich zapach wdzierał się w nozdrza, sycąc zmysły Taunga. Czuł słodką woń zieleni, soczystość kwiatów i gorzki zapach krwi. Wtem ciszę okrytego ciemnością gąszczu przerywał ryk devourerów. Gdzieś w pobliżu czaiły się drapieżne stworzenia, pokręcone przez dziwne, złe moce jetiise. Gdzieś niedaleko był jego brat-wódz, Mandalor Nieposkromiony.
Ale droga ku niemu trwała wieczność, gdy Taung próbował przedrzeć się przez obce drzewa. Wszystko było wyraźne i namacalne, zapachy, obrazy, głosy. Ale ilekroć chciałby przyśpieszyć, jego ruchy stawały się wolniejsze, jakby całe ciało miał z kamienia. I zawsze sen kończył się tak samo. Czekała na niego tylko maska Mandalora. Jedyny dowód istnienia jego brata-wodza. Witała się z nim lśniąc swym złotem, choć wizjer pozostawał tak samo niewzruszony jak zawsze. A on ją zakładał. I sen stawał się rzeczywistością.
Gdy otwierał oczy, witała go obojętna ciemność jego prywatnej koi. Za iluminatorem widział jednolitą czerń kosmosu, usłaną bielą gwiazd. Leżał długie minuty wpatrując się w ich nieskończoną ilość, wspominając dawne dni, gdy był jeszcze tylko zwykłym Mandalorianinem, jakich było wielu. Wojownicy jego krwi byli liczni jak rzesze gwiazd, ale on sam już nie był jednym z nich. Teraz był przywódcą, wodzem wszystkich klanów. I miał względem nich swoje obowiązki.
Wstał i wziął w dłonie złotą maskę. Była ciężka ciężarem, którego żaden metal nigdy nie zdoła oddać w pełni. Od lat przechodziła z rąk do rąk, jako insygnia władzy, honoru i tradycji. Kto nigdy nie poczuł tego ciężaru na samym sobie, nigdy w pełni nie pojmie jego znaczenia. Ale dziś jej nie założył. Ubrawszy zbroję ozdobioną szkarłatnym płaszczem opuścił swą kwaterę, pozostawiając w niej wspomnienia z dawnych dni. Grodzie zamknęły się z cichym sykiem za nim, odcinając go od gorzko-słodkiego snu.
Cassus Fett już czekał na niego w sali odpraw. Na jego srogim obliczu malowało się skupienie, gdy studiował zapisane flimsiplastowe papiery. Byli sami, pośród dużej sali z wielkimi iluminatorami, przez które pustka kosmosu zaglądała do wewnątrz. Od szarych, durastalowych ścian sączył się chłód. Wszystko na statku Mandalora było surowe i zimne, jak jego serce. Kuj żelazo – mawiał jego martwy brat-wódz, okute serce nie pęka. A on kuł je, by było szczelne i twarde, jak jego pancerz.
Żółta zbroja Cassusa dziwnie nie pasowała do okrytego szarością pomieszczenia. Tak mieli wyglądać teraz jego wojownicy, nowi Konkwistadorzy. Jeśli się zgodzi na to. Ujednolicenie zbroi, rang, oderwanie się od wiekowej tradycji klanów. Nowe czasy, choć Mandalor miał wątpliwości, czy na pewno lepsze.
Wojownik na jego widok odłożył trzymane raporty i ukląkł przed nim. Mandalor obojętnie przeszedł obok niego i stanął przed transpastalową szybą. Cassus nie podniósł się z kolan, dopóki Taung nie przywołał go ruchem dłoni.
- Bądź pozdrowiony Wodzu. Chwała tobie i twym przodkom – Mandalorianin rzekł w tradycyjnym przywitaniu. Dopiero wtedy Mandalor wydawał się go zauważyć.
Fett studiował w ciszy szarą twarz przywódcy, pooraną bliznami minionych walk i krwistoczerwonymi tatuażami wspólnymi dla wszystkich klanów. Nie odwrócił wzroku, nawet gdy nieludzkie, zimne oczy zmierzyły go uważnym spojrzeniem. Wzrok Taungów miał w sobie coś budzącego niepokój, na równi z fascynacją. Chociaż Fett był jednym z Mandalorian i to nawet przez krew, Taungowie nadal go fascynowali. I przerażali. Byli rośli, mierząc dwa metry wzrostu górowali nad większością ludzi i obcych. Natura obdarowała ich ciała szarą, grubą skórą, czyniąc ich odpornym na chłód, upał i ból, a historia rasy zahartowała ich ducha w licznych bojach o przetrwanie. Byli naturalnymi drapieżnikami, o zimnym spojrzeniu i jeszcze mniej czulszych sercach, które radowała tylko myśl o walce i chwale. Ludzie przy nich byli krusi i łatwi do złamania. Chociaż Mandalor powtarzał, że człowieczeństwo nie jest niczym ważnym. To bez znaczenia kim się urodziłeś, mawiał, bo na to nikt nie ma wyboru. Liczy się tylko to, kim się jest. Wojownikiem, czy dar’mandą. Cassus był wojownikiem.
- Powiedz mi jeszcze raz, bracie – rzekł Mandalor obracając w dłoniach swą maską – w czym jednolitość kolorów miałaby nam pomóc?
- W zrozumieniu – Fett odpowiedział bez namysłu. – Przybywa nam wojowników. Tak wiele ras, różnych języków, różne zbroje... ale tak niewiele czasu, by nauczyć ich naszej kultury. Łatwiej nad nimi zapanować, gdy będzie istnieć jasny zarys hierarchii. A jednolite zbroje...
- Tak, wiem. Słyszałem to już nie raz – dokończył za niego Mandalor. – Ale kontrola to mało mandaloriański koncept. Chwała, honor, wygrana – to się liczyło od zawsze, nie władza dla władzy. Zapomniałeś już?
Cassus uciekł wzrokiem od chłodnych oczu wodza. Gdy człowiek przerwał kontakt, Taung był tym niezadowolony. Ciężko było oduczyć ludzi tego nawyku. To zniewaga wśród zwyczajów prawowitych Mando’ade. I co gorsze, to oznaka słabości.
- Pomyślałem... – Cassus na chwilę się zawahał – że to by pomogło.
Cisza, która wypełniła ciemne wnętrze pomieszczenia ciążyła nieznośnie między nimi.
- Jak to jest Fett – zwrócił się ku niemu Mandalor – że pragniesz, by nasi wojownicy byli zjednoczeni i jednolici, gdy sam toczysz prywatne wojny z innymi dowódcami?
Rysy Mandalorianina stężały.
- Demagol jest...
Mandalor uciszył swego wojownika niedbałym ruchem dłoni.
- Demagol jest bratem – na słowa Taunga, człowiek wydął usta w brzydkim grymasie. Mandalor skarcił go ostrym spojrzeniem złotych, zimnych ślepi. - Wszyscyśmy braćmi, Cassusie. Demagol jest starszy od ciebie, przeżył więcej i wie więcej. Za nim przemawia doświadczenie, którego ty nie posiadasz. Nie życzę sobie kłótni między wami. Przynajmniej nie publicznych.
- Tak, Wodzu.
Ludzkie emocje były takie łatwe do odczytania, a jednocześnie było ich tak wiele, że czasem nie dało się ich odróżnić od siebie. Taung pokręcił jednak głową, wiedząc, że oczy człowieka nie kryją w sobie ani krzty skruchy. Demagol i Cassus toczyli swoją waśń od długich miesięcy. Gdyby mogli pozabijali się. Czasami Taung zastanawiał się, czy to na pewno dobra droga dla nich, by pozwalać obcym wejść w objęcia manda’yaim. Tyle wątpliwości, tyle niepotrzebnych uprzedzeń i zawiści. Co by powiedział jego poległy brat-wódz? Co by powiedział Pierwszy? Ale jego pobratymcy umierali. Ci, co okryli się szarością popiołu zniszczonego świata. Ci, co mieli odwagę ruszyć w czerń i pustkę niezbadanego kosmosu. Ci, co pognali w nieznane, wiedzeni nakazem boga, by szukać swej chwały na polach bitew i tam zastać Śmierć, by ta uczyniła ich swymi wojownikami na wieczność. Ci wszyscy teraz umierali, powoli i boleśnie kurcząc się w chwale swych przodków.
Był Mandalorem Ostatecznym. Pamiętał dzień, gdy przyniósł maskę poległego brata-wodza i położył ją u stóp starszyzny wszystkich klanów. Skóry tych Taungów zbielały ze starości, a złoto bystrych oczu straciło na swej głębi koloru. To oni byli tymi, co widzieli i wiedzieli więcej. Starym zwyczajem przedstawili nowego Wodza upadłemu bogu, Kad Ha’rangirowi, oraz jego najbliższej świcie. Jego córce Chwale, by przychylnym okiem spojrzała na Mandalora. Rodzeństwu Prawdzie, Wizji i Honorze, by odcisnęli swe piętno w sercu przywódcy. Pierwszemu z boskich wojowników, Sprawiedliwemu, czarnemu i beznamiętnemu jak noc, który oceni, czy wart będzie zasiąść między przodkami. I w końcu samej pani Śmierci, która czuwała nad dziećmi Wojny.
Ostateczny. Taki przydomek nadali mu starsi klanów, zgodnie z tradycją. To oni, balansując na granicy życia, potrafili dosłyszeć głos Śmierci. I Śmierć rzekła, że będzie ostatnim Mandalorem swej rasy.
Powinien się tym przejąć. Jednak manda’yaim była wieczna. Jeśli nie Taungowie – potomkowie wygnańców z Coruscant, to ludzie ją wypełnią i swą krwią utrzymają przy życiu. Ostateczny, nie znaczy ostatni.
Pamiętał swego brata-wodza, gdy ten chronił lorda Ulica przed obłudną wiedźmą. Bo ta zdradziła ich, kiedy pognali na swych bazyliszkach, przynieść śmierć i pożogę na planetę-miasto. A ich gniew płonął jasno jak łuna płonących budynków. Zdrada wiedźmy paliła równie nienawistnie, ale to w tych płomieniach kuto jego serce... Od tamtego dnia spoglądał uważnie na ludzi.
Byli zdradzieccy i kłamliwi. Tacy słabi i krusi, ale walczyli z ogniem w żyłach. Tacy pochopni w swych decyzjach. Ambitni, nieprzewidywalni i niestabilni. Taungowie byli Wojownikami Cienia. Byli jak noc – zimni i obojętni na zdrady, kłamstwa, złoto. Ich honor lśnił jak gwiazdy, wieczne i niezachwiane w swym blasku.
Ludzie... byli dziwną rasą. Dar’manda.
Ale ci, którzy otworzyli serca na manda’yaim, ci, co przeżyli mrozy i walki i ból... stali się jego dziećmi. Byli przyszłością Mandalorian. Tak zdecydował Kad Ha’rangir i Chwała i Sprawiedliwość i Śmierć. Kimże on był, by stanąć przeciw ich woli?
Spojrzał na swą maskę – symbol Wodza wszystkich klanów. Insygnia władzy przechodzące ze starego na nowego przywódcę. Lśniła złotem, a czerń wizjera, ta onyksowa powierzchnia była niewzruszona i zimna na jego wewnętrzne rozterki. Maska ciążyła mu w dłoni niespotykanym nigdzie ciężarem.
Żółte, nieludzkie ślepia spojrzały na Cassusa. Kto wie, pomyślał Mandalor, może któregoś dnia to synowie Fetta będą ją nosić.
Powrócił spojrzeniem na iluminator, patrząc nie na gwiazdy, ale daleko po za krańce galaktyki. Tam była manda’yaim, kraina przodków. Przywołał niedbałym gestem Mandalorianina do siebie. Gdy Cassus znalazł się obok niego, Taung wyciągnął ku niemu dłoń, trzymając w niej maskę.
- Nie chciałbyś jej? – zapytał swego podwładnego. Na surowym obliczu człowieka malowało się zaskoczenie. Nie wyciągnął ręki po maskę. Cofnął się.
- Nie, Mandalorze – rzekł. – Ona należy do Taungów.
- Ona należy do Mando’ade – odpowiedział mu wódz. – Zapamiętaj to, Cassusie.
- Tak też uczynię.
Mandalor założył swą maskę, czując jak zimny metal styka się z jego ciałem. Świat przysłoniła osłona onyksowego wizjera. Ciężar snu powrócił na jego barki.
- Przemyślałem twoją propozycje – rzekł nie spoglądając na człowieka. – Przystaję na twą propozycję ujednolicenia zbroi, choć muszę ci wyznać, że wyglądają paskudnie.
Emocji Taungów nie dało się tak łatwo wyczytać z ich surowych, ostrych rysów twarzy, więc Cassus spojrzał na niego niepewnie. Ludzkie oczy kryły tą ich dziecinną zawziętość i butę – Fett był dumny ze swego projektu beskar’gamu. I nie umiał ukryć, że słowa potrafią go zranić boleśnie. A przecież Mandalorianin ten był w sile wieku, według lat swej rasy. Dziecko, pomyślał Mandalor. Jego własne dziecko, przygarnięte znikąd. Ofiarował mu duszę i imię. A Cassus odpłacił mu lojalnością, swym sprytem i służbą. Takich mogło być więcej.
- Wprowadź rangi. Każ wykuć zbroje dla moich, nowych dzieci. Niech dar’manda wrócą do życia, ku chwale manda’yaim.
Wąskie usta człowieka wygięły się w zadowoleniu.
- Tak też się stanie, Mandalorze – skłonił głową i ruszył ku grodziom. Nim wyszedł z pomieszczenia, zatrzymał go mocny głos Taunga.
- Cassusie? – wojownik odwrócił się ku swemu wodzowi. – Jeśli mamy wygrać, musimy być jednością. Tym jest manda’yaim. Nie pozwól by twoje waśnie z Demagolem zakłóciły spokój ducha Mando. I zdobądź dla mnie Taris.
- Z największą przyjemnością – drapieżny uśmiech wypłynął na jego usta i z werwą Mandalorianin wyszedł z sali odpraw. Cisza wypełniła ciemne pomieszczenie, lecz w głowie Mandalora głośno kołatały jego myśli. Czasy się zmieniały, więc i on sam musiał się zmienić i zaadaptować do nich. To było częścią przetrwania. Nowe zasady walki, nowe potyczki na tylu przestrzeniach, na których Mandalorianie nigdy nie walczyli. Polityka, negocjacje, dyplomacja. Słowa na równi z wielkimi czynami. Ale były rzeczy, które nigdy się nie zmienią. Zimna pustka galaktyki, na której krańcu mieści się manda’yaim. Chwała zwycięzców, lub śmierć przegranych. Z dawnych dni pozostało już niewiele. Szkarłatne wspomnienia, stare blizny i honor przodków. Pozostała mu złota maska. I kiedyś on sam przekaże ją nowemu wodzowi. Ale jeszcze nie teraz. Dziś jego sen jeszcze trwał.

Hashhana

 

Komentarze
 
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 12,524,906 unikalne wizyty