Mandaloriańscy Jedi
 

Mandalorianie machający mieczami świetlnymi, mandaloriańscy Jedi, Mandalorianie z Mocą... ostatnimi czasy mam wrażenie, że takich wypłynęło sporo na fali zainteresowania wojowniczą bracią z odległej galaktyki. Karen Traviss uczyniła mando’ade tak zwaną trzecią stroną ostrza, ‘rządzącego’ galaktyką. Zaiste, jest w tym ziarno prawdy, zważywszy, że Mandalorianie brali czynny udział w co większych wojnach galaktycznych – od czasów KotOR-a, Wojny Klonów, Imperium, Inwazji Vongów, czy erę Dziedzictwa.
Jednakże, wraz z rozwojem kultury Mandalorian i upowszechnieniu się tejże frakcji, na scenę twórczości (także fanów) wkroczyły hybrydy Mandalorian i Mocy.



Można tą przypadłość podzielić na trzy kategorię:
Mandalorian z mieczami świetlnymi, Mandalorian-Jedi i Mandalorian wrażliwych na Moc.

Sięgnął do kieszeni krwistoczerwonej kurtki i zacisnął palce na cylindrze broni rycerza Jedi. Miała zaskakująco niepozorny wygląd i dawała się zdumiewająco łatwo włączać, chociaż opanowanie sztuki władania nią mogło się okazać o wiele trudniejsze.
Wyjął z kieszeni metalowy cylinder i przycisnął guzik na obudowie. Z rękojeści wyskoczyła jasna jak dzień, pomrukująca kolumna błękitnego światła. Hokan machnął ostrzem jak kosą nad starannie przystrzyżonym żywopłotem tarmul i zmniejszył jego wysokość o połowę.
Świetlny miecz nie był złą bronią dla nie zaprawionych w walkach Jedi. Hokan podejrzewał, że taki miecz nie pasuje do jego tradycyjnego mandaloriańskiego hełmu z charakterystycznym rozcięciem w kształcie litery T na wysokości oczu, ale wojownik musi się umieć przystosować.
[Bezpośredni Kontakt]


Do pierwszej grupy zasadniczo nic nie mam. To, że wojownik przejmuje broń po swoim wrogu/przyjacielu/osobie drugiej (niepotrzebne skreślić) nie razi w żaden sposób. Tak uczynił Ghez Hokan w Bezpośrednim Kontakcie, gdy przywłaszczył sobie broń zabitego przez siebie mistrza Fuliera. Wziął to jako trofeum i – jak sam stwierdził – była to broń ‘czysta’, nie zostawiająca po sobie krwawych plam. Dlatego chętnie z niej korzystał, m.in. zastraszając swoich krnąbrnych podwładnych, nad którymi niestety powierzono mu dowództwo. Wyjątkiem był moment, gdy szykował się do zabicia Ninera, gdyż czuł, że zhańbiłby go, w końcu uznając klona za prawdziwego Mandalorianina. Nie chciał mu zgotować losu podobnego do tego, jaki Jedi zgotowali Jango Fettowi.

For generations, my ancestors fought proudly as warriors against the Jedi. Now, that woman tarnishes the very name Mandalorian. Defend her, if you will. This lightsaber was stolen from the Jedi Temple by my ancestors during the fall of the Old Republic. Since then, many Jedi have died upon its blade. Prepare yourself to join them.
Pre Vizsla, TCW, odcinek: The Mandalorian Plot



Innym przykładem może być Pre Vizsla, z serialu The Clone Wars, gdzie stacza on pojedynek na miecze świetlne z Obi-Wanem Kenobim. Mówi przy tym, że jego miecz to niejaka pamiątka przechodząca z pokolenia na pokolenie, jeszcze z czasów ataku Mandalorian na Świątynię Jedi w zamierzchłych czasach Starej Republiki.
Nawet Boba Fett, w komiksie Być Bobą Fett dzierżył miecz świetlny w dłoniach, nie wspominając o jego sporej kolekcji broni odebranej martwym użytkownikom Mocy.
To, że nasi ulubieni wojownicy(najemnicy) z odległej galaktyki posługiwali się mieczami jest łatwym do przyjęcia faktem. Wojownik musi umieć walczyć wszelką bronią, zarówno palną, jak i tą ‘białą’, czyli tradycyjnym orężem. Do dziś niektórzy z nich władają żelaznymi mieczami, jak Walon Vau, czy (niby) szkolący Jainę Goran Beviin. A przy tym Mandalorianie lubują się w trofeach. Warkoczyki z sierści Wookiech, zęby wszelakich bestii... to czemu nie broń przeciwnika? Jedi, choć obdarzeni nadludzkimi zdolnościami, jednak są tylko śmiertelnikami i krwawią i giną, tak samo jak zwykli, szarzy mieszkańcy galaktyki. Mandalorianie udowodnili, że potrafią stanąć do walki nawet z tak elitarnymi postaciami. Jango Fett potrafił zabić Jedi gołymi rękoma. Boba Fett spędził sporo czasu polując na nich w czasach Czystki. Choć obaj Fettowie to jednostki znacznie wyróżniające się na tle przeciętnych Mandalorian, nie wolno lekceważyć pozostałych wojowników – jak długo nie idzie to w kierunku, jak to każdy Mando mógłby zabić lorda Sithów1...
Koncept ten, poparty logiką i pewną sensownością przemyślenia jest atrakcyjny. Czyli taki, który fanom jest łatwo przyjąć do wiadomości, czy wręcz się zachwycić.

Z drugą grupą mam znacznie więcej problemów. Być może jest to wynik pewnej mojej nikłej sympatii ku Jedi – cierpię na chroniczną niechęć do głównych frakcji napędzających historię, a jak wiadomo Star Wars jest nastawione na eksploatowanie Jedi. Jednak poza paroma wyjątkami Jedi, których nie trawię w żaden sposób i jeszcze mniej licznymi wyjątkami tych, których bardzo sobie cenię, cała frakcja jest mi znacząco obojętna. Ale kiedy ni stąd ni zowąd natknęłam się na rozrastający się wśród fanów koncept Mandalorianina-Jedi, aż ciarki mi przeszły po plecach. Sitha przełknąć bym przełknęła, ale Jedi... już ciężko.
Właściwie wszystko (a przynajmniej znaczna część zamieszania) zaczęła się przy udziale Bardana Jusika, jednego z bohaterów serii Komandosi Republiki2. Jest to jeden z nielicznych Jedi, którzy są tymi ‘dobrymi’ w oczach klonów i sierżanta Kala Skiraty (a może przede wszystkim to jego punkt widzenia wpływa na opinię o młodym Jedi, bo sklonowani żołnierze niemal zawsze trzymają się opinii swego sierżanta). Z nieopierzonego Rycerza Jedi, Bardan ewoluuje pod wpływem kontaktu z klonami i Mandalorianami, aż sam przywdziewa beskar’gam, odchodzi z Zakonu i staje się jednym z Mando’ade. To, czy nim faktycznie jest, to inna sprawa i każdy fan sam winien to ocenić. Wiem, że Bardan zdobył sobie uznanie czytelników, choć mnie nigdy nie przekonał do siebie. Z jednej strony umiem zrozumieć jego zachowanie i przemianę charakteru, ale jednak paradowanie w zbroi Mando, a bycie Mando to nie jest to samo. Można w nim zobaczyć niejaką zagubioną postać, która dołącza do małego grona klanu Skiraty i bardzo stara się stać częścią rodziny... być może to, że jest gotów tak wiele zrobić, by być ‘jednym z nich’ nie przemawia do mnie. Osobiście nie lubię osób, które usilnie chcą ‘wpasować się w towarzystwo’ by nie ‘odstawać’. Ale mniejsza z moimi odczuciami do postaci. Sens jest ten sam – pojawił się Jedi, który dołączył do grona najemników i klonów-dezerterów. I nagle zrobiła się moda na Mando-Jedi.
Wypadałoby tylko zadać sobie pytanie, a co Mandalorianie na to?
Canderous Ordo, jako czołowa postać z czasów Starej Republiki, widział Jedi przez pryzmat Revana.

Ostatecznej bitwy tej wojny nie wygraliście (Republika) wcale dzięki swoim statkom, żołnierzom, ani nawet górnolotnym hasłom ,,walki o wolność". Zwycięstwo zapewniła wam jedna osoba Jedi, Revan. Wygraliście dzięki strategii Revana. Nawet samego Mandalora zaskoczyła zaciekłość, nieustępliwość i subtelność jego planów. Temu Jedi udało się odeprzeć nasze natarcie, a później przejść do kontrataku. Nie mieliśmy żadnych szans. Właśnie o taką sytuację cały czas nam chodziło. Chcieliśmy wziąć udział w bitwie, która przejdzie do historii. I udało się nam. Ani ja, ani żaden inny Mandalorianin nie żywi do Revana urazy. Udział w tej bitwie był najwspanialszą chwilą w moim życiu. Gdyby Revan był Mandalorianinem, nic w galaktyce by nas nie powstrzymało.



Szanował swoich wrogów, tym chętniej by z nimi walczył, dla chwały i honoru. Ale czy byłby taki zadowolony, gdyby nagle Jedi pozakładali zbroje jego ludu i nazwali się Mando’ade? Gdyby to był sam Revan, Ordo by nie protestował – ale względem innych Jedi?
Może Mandalorianie w czasach KotOR-u by inaczej to widzieli, niż w czasach bardziej współczesnych. Jango Fett niewątpliwie nie cieszyłby się, widząc, że ci hańbią zbroje jego ludu. I wiemy, że chciał pozabijać Jedi. Co zresztą robił, dość skutecznie. A kiedy zabrakło go, pozostały klony, by dopełnić jego zemsty. Pozostał też Boba Fett, tak samo gniewny na Jedi, jak dawni współbracia jego ojca, którzy z jakiś przyczyn nie znaleźli się na Galidraanie.
Współcześni Mandalorianie są pełni niechęci ku Jedi, choć ich przodkowie, według Canderousa, nie żywili ku nim żadnej urazy o własną klęskę.
Jak wiadomo, Jusik znany był wśród Mando pod imieniem Gotab, udając kriffiańskiego uzdrowiciela. W ten sposób ukrywał swoją przeszłość Jedi. Rozumiem, że w czasach Czystki to całkiem logiczne posunięcie, ale nie zrezygnował z tego nawet lata po upadku Imperium, gdy Zakon Jedi został przywrócony do życia. W takim razie nasuwa się myśl, że jednak Mandaloriański Jedi wcale nie jest tak łatwo akceptowany w tradycyjnym środowisku Mando’ade.
Jak to ma się do nurtu wydarzeń Star Wars? Albo do spostrzegania Jedi używających elementów mandaloriańskiej kultury, lub na odwrót?
Bo przecież zbroja nie czyni nikogo wojownikiem, jak mówi stare powiedzenie Mandalorian.
Innym – akceptowalnym użytkownikiem Mocy w zbroi Mando był padawan Zayne Carrick. I miało to sens głównie dlatego, że w ten sposób mógł wmieszać się w tłum Mandalorian, m.in. by zakłócić spotkanie Arkanian z Mandalorem Ostatecznym, lub przedrzeć się za linie wroga, z misją zgładzenia Cassusa Fetta. Logiczne i całkiem sympatyczne – bo Mandalorianinem przecież nie został. Tak samo jak Mandalorianin z mieczem świetlnym w ręku, nie staje się zaraz Jedi (czy Sithem).
Podobnie można powiedzieć o Revanie i jego hełmie z T-kształtnym wizjerem, który był jego rozpoznawalnym symbolem. Jednak jego założenie wiązało się z przysięgą na martwego właściciela hełmu i zabitych bezbronnych istnień w rzezi dokonanej przez Mandalorian, że Jedi powstrzyma zagrażających galaktyce wojowników. Jak widać, jeśli przejęty element uzbrojenia i użytkowanie go ma swoje uzasadnienie, nie zakłóca tym ani przebiegu historii, ani nie jest przyczyną ‘zgrzytu’.
Co innego historia ‘nawróconego’ na manda’yaim Jedi. O ile jedna postać – z jakiś swoich własnych pobudek, uzasadniających taki proces – nie jest rażąca, to jednak zaczynam mieć wrażenie, że liczne grono fanów upodobało sobie kreowanie takich przypadki, racząc nimi środowisko miłośników Star Wars.

Stąd przejdę do trzeciej kategorii, czyli Mandalorian wrażliwych na Moc.
Bardan sprawował pieczę nad synem Etain i Darmana (którego dalsze losy nie są znane na wskutek anulowania drugiego tomu Imperialnych Komandosów), a mianowicie nad Venku Skiratą. Poznajemy go jako Mandalorianina, w bardzo ‘pstrokatej’ zbroi (niemal każdy element miał w innym kolorze, noszony jako pamiątka po zmarłych z klanu), który zapoczątkował ruch na rzecz odnowienia jedności na Mandalorze. Jest wrażliwy na Moc, za sprawą swej matki, rycerza Jedi, Etain. Tak samo jak Bardan, nie chwalił się swoimi umiejętnościami, co związane było przede wszystkim z bezpieczeństwem. Posiadał unikatowy kod genetyczny, jako owoc związku klona i Jedi. Powraca też kwestia czy Mandalorianie zaakceptowaliby byłego Jedi i niejako jego młodego ucznia, Venku, którzy jednak od lat uchodzili za Mandalorian.
Pozostaje jeszcze postać Demagola3 do omówienia problemu. Kto zapoznał się z komiksami Rycerze Starej Republiki temu nie trzeba przedstawiać tej postaci. Także w serii Komandosi Republiki jego imię było wspomniane z negatywnym zabarwieniem. Demagol uchodził za najlepszego naukowca wśród Mandalorian ówczesnych czasów. Był zdeterminowany, by wyrwać z ciał Jedi tajemnicę ich umiejętności, które wielu uważało za magiczne sztu[cz]ki.
Wielu Jedi zostało schwytanych i poddanym licznym, krwawym ‘badaniom’, co spotykało się z niechęcią nawet wśród innych wojowników. Jego celem było stworzenie wojowników, wrażliwych na Moc, by ci, jako ‘udoskonaleni’ Mandalorianie mogli pokonać Jedi. Jak się okazało, całe swoje życie był nieświadomy faktu własnej wrażliwości na Moc. Używał ją całkowicie nieświadomie w ekstremalnych warunkach, ale zanim zdążył to zrozumieć, minęło niemal całe jego życie. Pełna ironia jego obsesji.
Jednak przywołując słowa Rohlana Dyre z The secret journal of doctor Demagol [autorstwa J.Millera], najłatwiej podsumować co wojownicy o tym myśleli. Jego słowa wyrażają nie tylko rozczarowanie samym Demagolem, ale także jego niezrozumieniem kultury mando’ade:

Final entry: This is Rohlan Dyre, rightful owner of this helmet.
I don't know what to do with this file. Listening to it just now, I was tempted to melt the whole suit of armor down. If my ancestors had known that Mandalorians in my day could be so full of deceit, they'd have killed their neighbors before they could breed.
I first saw Demagol when I was a young warrior -- and I knew then he was no fit with the Mando'ade. [..]. He was wrong about Jedi artifacts -- and he was wrong about Jedi.
And was he ever wrong about Mandalorians.
Demagol begins with one correct point -- a fight with a Jedi isn't a fair fight. Special powers are a crutch that a real warrior doesn't want or need; and stars help us when someone gets those powers that shouldn't. Like that Malak. I can tell he's going to be a piece of work. But
then Demagol thinks our warriors should take the crutch for themselves. That's dead wrong.
I know what real Mandalorians think. Sure, we didn't like to see the clans being beaten by Jedi -- but we weren't humiliated, and we're not jealous. We're just annoyed at the people who lost. They bring a bigger gun? You fight harder. They bring the Force? You fight harder!
If Mandalore the Indomitable had wanted to defeat Ulic Qel-Droma -- he should have been more indomitable!


Osobiste wnioski?
Rozumiem, że dla wielu osób lubujących się w kreatywnych zajęciach, jak rysunek, czy pisanie fanowskich opowiadań, łączenie elementów wojowniczej grupy z Jedi jest atrakcyjną koncepcją. Zawzięci wojownicy, z finezyjną bronią jaką jest i miecz świetlny i sama Moc... czy może być ktoś trudniejszy do pokonania? Rozumiem to dobrze, bo sama lubię tworzyć ‘historię’, ale jednak nadmiar takiej kreatywności razi – zwłaszcza, że koncept wytracił swoją oryginalność. Brak logiki, polotu, czy zwykły szpan postaci4 to jedna rzecz, ale wypaczenie idei ‘Mandalorian’ to już poważniejsza sprawa.
Całe piękno kultury Mando’ade, jej unikatowość na tle galaktyki, to właśnie fakt, że potrafią stanąć do walki z największymi potęgami wspomaganymi Mocą. Nawet jeśli przegrywają, nie można im odmówić waleczności, hartu ducha, czy zdolności.
Prostą analogią może być serial Liga Sprawiedliwości – historia ligi zrzeszającej tuziny wszelakiej maści superbohaterów, pod wodzą czołowych postaci komiksów amerykańskich, jak niezniszczalny Superman, Marsjanin, Flesh, Zielona Latarnia... a pośród nich pozbawiony Mocy Batman, który potrafi iść z nimi wszystkimi łeb w łeb w walce. I który jest postacią wzbudzającą strach w sercach przestępców o wiele bardziej niż wszechmocny Superman. Jego atutami jest inteligencja, hart ducha i niezłomna wola. Choć nie lubię konceptu napakowanych superbohaterów, właśnie Batman zyskał moją sympatię z powodu wielkich czynów, ale wypracowanych własną krwią. Jednak gdyby nagle przyodziać go w otoczkę supermocy, straciłby cały swój urok. Tak samo jest z Mandalorianami, których Rohlan bardzo zgrabnie podsumował:
They bring a bigger gun? You fight harder. They bring the Force? You fight harder!

Dlatego uważam, że o ile pomysł z Mandalorianinem władającym mieczem świetlnym, czy Jedi wykorzystującym w sensownie pomyślanym założeniu elementy wywodzące się z wojowniczego środowiska mają swój urok, o tyle wszelkie Mando-Jedi już nie. Mando’ade wrażliwi na Moc mogą istnieć. Ba! Nawet byłoby dziwne, gdyby na tak liczną grupę zdominowaną przez ludzi, nie zdarzył się żaden przypadek wrażliwości na Moc. Jak sam Yoda mówił, Moc jest we wszystkim i w każdym. Jedynie nie zawsze przejawia się w sposób ekstremalny. Wszak wrażliwość nie tylko pozwala wyczyniać ‘magię’, ale także odpowiada za refleks, czy wytrzymałość... a każdy posiada jakiś poziom midichlorianów. Czyli wszystko to, co jest wykorzystywane przez wojowników, a czego wcale nie muszą być świadomi, że pochodzi od jakieś tajemniczej Mocy jetiise. Nawet Demagol, zapoznany niejako z tematyką Mocy pozostał nieświadomy. Koniec końców i tak by wojownik miał użytek z ‘bonusu’ płynącego z mistycznej energii, najpierw musi wytrenować swoje ciało i zmysły. Jak wiadomo z życia, czasem ludziom niektóre rzeczy przychodzą łatwiej niż innym, a jednak nikt nie podejrzewa ich zaraz o posiadanie Mocy. Ale osobnik należący do obu frakcji w pełnym wymiarze już traci dla mnie na swej ‘potędze’ postaci. Po co ulepszać w sztuczny sposób wojowników, przed którymi i tak drży galaktyka?

Przypisy:
1...tak, to był sarkazm.
2 Analogicznie można zauważyć popularność motywu romansu między sklonowanym żołnierzem i – obowiązkowo! – panią generał Jedi. Stało się to swego czasu modnym tematem...
3 demagolka (de'-ma'-GO'L-ka') [zbrodniarz, zwyrodnialec, potwór (dosł. „rzeźbiarz ciał”, „rzeźnik”; od znanego mandaloriańskiego naukowca Demagola, który podejmował się eksperymentów na żywych istotach i z biegiem czasu, w pewnej mierze także dzięki historycznym nieścisłościom, stał się symbolem zbrodniczych działań, zwyrodnienia, także wśród Mandalorian, którzy po dziś zniesmaczeni są istnieniem takiej osoby w ich historii)]
4 Marysie-Zuzanny i inne Mary Sue, Gary Sue poniekąd cieszące się ‘popularnością’ w fanowskiej prozie


Hashhana

 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 12,524,608 unikalne wizyty