Pionki na szachownicy
 
Pionki na szachownicy


+++
Igraszka była całkiem dobrym klubem, z miarę pitnym alkoholem nie rozrzedzanym wodą, chmurą dymu nikotyny i pięknymi dziwkami. Montross to lubił, tym bardziej, gdy widział naprzeciw siebie znaną zbroję Mereela, pod którą ten ukrywał swoją niechęć do hałasu i zawartości pomieszczenia. To były ostatnie wolne dni przed kolejnym zadaniem, więc okoliczne miejsca rozrywki wypełniły się sporą maścią najemników, w tym Mandalorianami. Jaster nie był imprezowiczem, ani tym bardziej mężczyzną lubującym się w jednonocnych przygodach. Jasne, Mereel pił, ale wolał to robić w ciszy swojej kwatery, lub w bezpiecznych koszarach. Montross tym chętniej uczynił wszystko, by wyciągnąć go do Igraszki, z szelmowskim grymasem szukając zabawy albo kłopotów w zależności, co szybciej znajdzie.
Trzy godziny i butelkę wódki później, znikąd pojawiła się Faira, twilekańska piękność o oliwkowej skórze. Mrugała ku Montrossowi swoimi długimi rzęsami, które zalotnie skrywały jej ciemne, niewinne oczy. Skąpy strój idealnie pasujący do prostytutki podkreślał jej prawdziwie kobiecą figurę, więc nie tylko Mandalorianin spoglądał na nią z fascynacją. Montross nie mógł widzieć twarzy swego kompana, bo ta skryta była pod zielonym hełmem, ale bez trudu odczytał mowę jego ciała – Jaster Mereel jak zawsze propagował swoją ideologię seks bez ślubu to niemoralność. Spięta linia pleców tylko upewniła Montrossa, że jego obecny Mandalor jest gotów do ucieczki z tegoż przybytku zła ogólnie pojętego, gdy tylko ślicznotka podejdzie do ich stolika. Faira zawsze miała czas dla Montrossa – to nie było żadną tajemnicą. Jednakże Mandalorianin nie miał zamiaru tak łatwo pozwolić uciec swemu przywódcy, nawet jeśli sam zamierzał zaraz zatracić się w kobiecych ramionach. Od razu na jego miejsce znalazł się nowy kompan, a biedny Mandalor nie lubiący zatłoczonych miejsc na powrót został wciągnięty w masę bawiących się najemników.
Montross zaś wyszedł z Fairą w stronę budynku naprzeciw, gdzie znajdował się przytulny apartament kurtyzany. Wpierw kroczyli z czającą się pod skórą ekstazą, która szybko przerodziła się w niekontrolowaną potrzebę dotyku. Szli, bardziej odbijając się od pobliskich ścian, w gorących, łapczywych pocałunkach. Robili hałas i rumor, a mijani najemnicy i bywalcy tutejszych barów tylko patrzyli na taniec lubieżności... ledwo przestąpili próg i drzwi z łoskotem zatrzasnęły się za nimi, bezpiecznie odgradzając ich od świata zewnętrznego, a Montross poczuł piekące ciepło na policzku. Faira trzasnęła go otwartą dłonią, siarczyście plując na ziemię. Z jej ślicznych, niewinnych oczu uleciała cała lubieżność, pozostawiając tylko zimną nieczułość. A on się śmiał w niebogłosy, masując swój policzek. Będzie musiał potem wymyślić historię tłumaczącą świeżego siniaka. Byłem pijany brzmiało jak zawsze wiarygodnie, jeśli idzie o jego zawadiacki charakter.
Spojrzał na ścianę, na której potwierdzająco mrugała dioda, zapewniając, że są bezpieczni od jakiegokolwiek podsłuchu.
Faira podeszła do okna, ostrożnie wyglądając przez przysłonięte żaluzje. Patrzyła na klub zna przeciwka, z którego przed chwilą wyszli razem. Tam, gdzie został Mereel, z resztą zabawiających się najemników. Jej lekku kołysało się miarowo, zdradzając jej irytacje, gniew i niechęć do Montrossa.
- Nie rozumiem, czemu nie pozwala nam zabić Mereela teraz – stwierdziła nie po raz pierwszy przez te wszystkie lata udawania dziwki, a Montross tylko wzruszył ramionami. Podał jej chip z zebranymi informacjami i padł na łóżko z cichym westchnięciem. W koszarach nie mógł pozwolić sobie na zbyt wiele, w tym na spokojny sen. Przymknął powieki, by lepiej czuć zapach pokoju. Słodką skórę Twilekanki, nikłą woń smaru do karabinu schowanego pod łóżkiem, zimne powietrze z klimatyzacji.
- Concord Dawn – rzekł od niechcenia. – Ruszamy już wkrótce.
Twilekanka nie spojrzała na niego. Nigdy za sobą nie przepadali, ale mimo wszystko byli po tej samej stronie.
- Wiesz, że o tym, kim jesteś, wiem tylko ja i on? – zapytała mimochodem, jakby mówili o mało ważnych szczegółach, gdy tak naprawdę chodziło o jego życie. Montross tylko mruknął, że tak, wie. Jest świadom, że może za dzień być martwy, bo Vizsla szybciej go zabije, niż pozwoli mu się zdemaskować. A w nadchodzącej potyczce, nikt z Watahy nie będzie wiedział, że tak naprawdę jest z ich grona.
Poczuł ciepłe wargi na swoich. Leniwie otworzył powieki, by wpatrywać się w ciemne oczy okolone długimi rzęsami, a zielone lekku kołysało się miarowo. Całym sobą chłonął jej dotyk i zapach. Nie lubili się, ale to nie przeszkadzało mu doceniać jej piękno i widoczne wdzięki.
- Ta noc się nie powtórzy – Faira brzmiała obojętnie, ale Montross zrozumiał ukryte przesłanie. To może być jego ostatnia noc, bo niedługo równie dobrze może dostać kulę w łeb. Łapczywie, z głodem do nienasycenia i potrzebą, delektował się jej skórą. Całował, drażnił, korzystał. Nie miało znaczenia, że Faira w chwili uniesienia nie woła jego imienia, tylko obcego, martwego od lat mężczyznę, ani to, co miało nastąpić potem.
Już dawno nauczył się, by brać, co los mu ofiaruje. I korzystać, na chwilę nie myśląc o nadchodzącej walce. Przynajmniej nim nadejdzie nowy świt.

+++
Po Concord Dawn w jego niepewnym życiu zmieniło się niewiele. Każdego ranka zastanawiał się, kiedy nadejdzie moment, gdy już nie otworzy oczu, bo ktoś w końcu odkryje prawdę o nim. Ale póki co, nikt nie dobijał się do jego pustego pokoju. Nikt nie wymagał wyjaśnień. I co gorsza, Montross nadal nie miał żadnych wieści, co z Vizslą. Zmienił się przede wszystkim sam Mereel, choć ciężko to było zauważyć od razu. Wszystko przez osieroconego chłopca.
Jango był butny, sprytny i uparty. Miał zdolności i co najważniejsze, serce, by zostać wspaniałym Mandalorianinem. A jednak patrzenie na niego kłuło wewnątrz Montrossa. To jak łapczywie dzieciak chwytał się jednej osoby, by mieć powód do życia i kogoś, dla kogo będzie miał siły walczyć... to wszystko przypominało mu jego własne dzieciństwo. Ślepa lojalność, potrzeba bycia przy kimś, kto da chociaż namiastkę normalności. I Montross instynktownie bronił się przed tym dzieckiem, by nie przywyknąć. By go nie lubić. Był oziębły i cyniczny, choć Mereel mierzył go złym wzrokiem i upominał. Ale, żeby było paskudniej, dzieciak ciągle kręcił się wokół niego.
Mandalor tłumaczył swojemu nowemu ad’ike cały ten konflikt na wszystkie możliwe sposoby. Wykładał racje jak dziecku, czasem jak dorosłemu. Mówił jak polityk, historyk, prawnik, najemnik. Ale kiedy Jango pytał Montrossa, ten nie miał innej odpowiedzi, niż proste słowa, którymi Vizsla kiedyś tłumaczył mu rzeczywistość najemników.
- Nie wiem, w co chcesz wierzyć Fett, ale do wódki, seksu i wojny, zawsze trzeba przynajmniej dwóch – mówił Montross, choć nie umiał sprecyzować kto zaczął tą wojnę. Czasami miał wrażenie, że ani Vizsla, ani Mereel tego nie wiedzieli. Oni tylko przejęli role po poprzednikach. Rozłam wśród Mandalorian trwał już od dawna, ale kto dziś pamiętał, z czego on wynikał?
Oczy Jango wydawały się patrzeć na niego, ale go nie widzieć. Trawił słowa starszego najemnika, próbując je uporządkować i przypasować do słów Mereela. I Montross nie był pewny, które wyjaśnienie – jego, czy Mandalora, łatwiej dziecku przyswoić. Świat okrutny, bo taki jest, czy walka ze złem w postaci na czarno okutych wojowników?
Na co dzień o tym nie myślał. Na co dzień Jango nie pytał, ani nie dociekał. Choć czasami w nocy dobiegał Montrossa zduszony płacz zza ściany. I zastanawiał się w takich chwilach, kiedy dzieciak przejrzy na oczy i zrozumie, że jego rodzina nie zginęła przez Vizslę, choć to on przyniósł im śmierć, ale przez swego ukochanego Mereela, który doskonale wiedział, co ściągnie im na głowę.
Przyczyna i skutek. Tym był Mereel i Vizsla w rozumowaniu Montrossa. Reszta to tylko pionki na szachownicy.

+++
Minęło parę miesięcy, a Montross myślał już, że zwariuje. Przeszukiwał wszystkie dostępne źródła i informacje, by wpaść choćby na najmniejszy ślad Watahy Śmierci. Jego kompani widzieli w tym chęć zemsty, ostrożność przed nową zasadzką, zażartość. On tak naprawdę był zdesperowany, bo niepewność zjadała go od wewnątrz.
A Mereel tracił do niego cierpliwość. Prosił, z tym samym skutkiem rozkazywał mu, by się opamiętał. Wataha znikła, przegrali. Byli przeszłością, a Montross powinien odpocząć. W końcu Mandalor sam wyciągnął go na wypad na miasto, co było o tyle dziwne, że Jaster unikał tak bezbożnych miejsc. I dopiero w Igraszce Montross zaznał spokoju.
Nie przestąpił nawet progu, a zaraz poczuł gorące wargi Fairy. Przylgnęła do niego, mrugając zalotnie swymi długimi rzęsami. Zalała go całą litanią pytań, czemu jej nie odwiedzał, że tęskniła i że słyszała, co się działo na rubieżach...drżały przy tym jej usta w tak naturalnym geście radości i strachu, że Montross prawie uwierzył, iż Twilekanka się o niego zamartwiała. Trajkocząc i chichocząc, jak ludzie spodziewaliby się po głupiutkiej prostytutce, Faira uczepiła się jego ramienia i już prowadziła go korytarzem, do wyjścia i dalej, do jej bezpiecznego apartamentu. A Mandalorianin dał się jej prowadzić, póki nie zniknął wszelki hałas za szczelnymi drzwiami.
Ale tym razem nie byli sami.
Przy przysłoniętym żaluzjami oknie rozpoznał znajomą sylwetkę swego brata. Prawy profil Vizsly rozjaśniało stłumione światło zewnętrznych eonów, ale nawet one nie były potrzebne, by dostrzec jego lśniące oczy. Zimne i czarne, bardzo nieludzkie. I nie po raz pierwszy Montross zastanawiał się, jakie geny Mandalorianin skrywał w swojej ciepłej krwi... Wtedy Vizsla odwrócił się od okna, ukazując świeże rany na lewym obliczu, a Montross poczuł jak mu się trzewia wywracają wewnątrz. Widział gorsze rzeczy – sam zadawał cięższe obrażenia, ale rany na ciele drugiego przeraziły go, zabijając naiwną wiarę, że jego brat jest niemal nieśmiertelny. Wierzył w to jako dziecko, gdy razem przetrwali najgorsze lata niewoli... Chciał w to nadal wierzyć, bo tylko to sprawiało, że nie czuł się bezbronny. Nawet jeśli czasy, kiedy chował się za jego plecami minęły lata temu.
- Próbowałem cię odnaleźć – Montross rzekł w końcu, by przerwać ciężką ciszę i zimne, lustrujące spojrzenie Mandalorianina.
- Wiem – Vizsla odrzekł, opierając się o ścianę. Montross nie zapytał, czemu ten nie dał mu znaku życia, czegokolwiek. Czemu pozwolił mu spędzić miesiące na poszukiwaniu ducha; zostawił go przerażonego, samego pośród wrogów... i choć myśli wrzały, odbijały się gniewnie od ścian jego mózgu, nie powiedział nic.
Przywódca Watahy przytaknął mu, jakby był świadom toczonej wewnątrz niego walki, rad, że Mandalorianin milczy, w napięciu czekając na nowe rozkazy.
- Plany się zmieniły – Vizsla oderwał się od ściany i mierząc go uważnym spojrzeniem, wolnym krokiem okrążył pokój. Bardziej oceniał go jak przydatną broń, aniżeli żywą, czującą osobę, tym swoim czujnym, pozbawionym emocji wzrokiem, a Montross poczuł gęsią skórkę na swoich obnażonych ramionach. Nie lubił, gdy przywódca Watahy taki był. Obcy, tylko kalkulujący zyski i straty do pogodzenia.
- Słyszałem, że Mereel – Vizsla wypowiedział to imię z niesmakiem, marszcząc nos – znalazł sobie ad’ikę... chłopca z Concord Dawn.
- Fett – Montross przeklął w duchu swój drżący głos – Jango Fett, tak się nazywa.
Przez pooraną twarz Vizsli przemknął drwiący uśmiech.
- Doskonale – rzekł tym tonem, który zdradzał, że wie więcej, niż chce się z kimś podzielić. – Pilnuj dzieciaka jak oka w głowie. Myślę, że się nada.
- Nada?
Montross jeszcze nigdy nie był tak wdzięczny Fairze, gdy ta zapytała z nieukrywanym zdziwieniem. Zielone lekku zafalowało, zdradzając jej niepewność. Vizsla w milczeniu tylko na nią spojrzał. Choć uśmiechał się pobłażliwie jak dobry brat do młodszego rodzeństwa, ciepło uśmiechu nie sięgało jego ciemnych oczu.
- Wszystko w swoim czasie – wyjaśnił nie wyjaśniając nic, jak zawsze. – Póki co, czekajcie na dalsze rozkazy, stałymi sposobami. Nie wychylajcie się, nie róbcie głupot, nie dajcie się zabić.
Vizsla zatrzymał się przed Montrossem i położył mu rękę na karku. Ten spiął się, świadom, że ta okazana czułość łatwo może złamać mu kark.
- Zwłaszcza ty, Montross – głos Mandalorianina był cichy, ale kryła się w nim i groźba i zmartwienie. – Będziesz mi jeszcze bardzo potrzebny.
A Montross nie potrzebował niczego więcej w tamtej chwili, niż tych prostych, nieczułych słów.

+++
Vizsla milczał, a każdy rozkaz brzmiał tak samo.
Pare. Czekaj.

+++
Fett rósł. Mereel przywiązywał się do niego coraz bardziej. Montross czekał.
Starał się unikać wplątywania się w więzi rodzinne, którymi Mandalor ostatnio zaplątywał się na każdym kroku. Montross już miał jedne, które wystarczająco było ciężko udźwignąć. Drugich nie potrzebował, nie chciał. Ale czasami zapominał o swojej niechęci. Czasami to było takie łatwe kłócić się z Jasterem, razem z nim walczyć i pić i świętować i śmiać się. Pilnować Fetta, droczyć się z nim, nawet słuchać jego nastoletnich zmartwień. Pocieszać, gdy był smutny, na ten swój zimny, drański sposób. Spędzać noce z Mereelem, gdy ten opowiadał o swoim pierwszym życiu, gdzieś tam, daleko na rubieżach. O marzeniach, rodzinie, ucieczce.
Czasami Montross zapominał o swojej misji i wszystkim innym, bo te dziwne więzi były dla niego jedyną namiastką aliit, rodziny, jaką miał przez ostatnie lata.


+++
Zabicie Mereela przyszło mu dość łatwo. Vizsla miał racje, że ten zawsze pójdzie za Montrossem, nawet w środek rzezi. Sam Montross nie odczuł nic. Było to dziwne, patrzeć jak Jaster upada z głuchym łoskotem metalu w brudną, miękką ziemię, gdy on przecinał niebo szybkim lotem.
Plan był prosty. Mereel ginie, a on przejmuje władze nad Mandalorianami. I Vizsla ma obie grupy w swojej garści. Bierze wszystko, a Montross jest w jego rękach marionetką. Przydatną, ale ciągle marionetką.
Jednak pojawił się Fett i zniszczył wieloletnie plany jednym butnym wrzaskiem sprzeciwu. Jango stał się ukochanym tłumu, a on, w hańbie musiał odejść. Czuł się źle, nie przez śmierć Mereela, choć w głębi duszy chciałby – wolałby, by inaczej potoczyły się ich losy, ale przez poczucie zawodu. Zawiódł Vizslę.
Szedł dość smętnie, nie spiesząc się tak naprawdę jak powinien, aż doszedł na umówione miejsce spotkania. Minął uzbrojonych tubylców i z perfekcyjnie ukrytą niepewnością wszedł do jednego z opancerzonych pojazdów. W drzwiach spotkał dobrze znaną sobie zielono-skórą Twilekankę, ubraną w charakterystyczną zbroję oddziałów Watahy Śmierci. Faira zasalutowała mu niedbale, głową wskazując dalszą część pojazdu i wyszła.
W środku siedział Vizsla, rozpostarty na fotelu kierowcy. Wyglądał jakby medytował, choć oczy miał otwarte, patrzące w dal.
- Nie powiodło się – bardziej stwierdził niż zapytał, a Montross zrozumiał, że przejęcie przez niego tytułu Mandalora nigdy nie było prawdziwym założeniem w planie. Jakby się udało – świetny obrót sprawy. Jak nie, to nic. Tyle, że Montross mógł zginąć. Kompani Jastera mogliby powetować zdradę jego krwią. W końcu aruetii, zdrajca, nie miał miejsca wśród Mandalorian. Oczywiście, kwestia zdrady pozostawała otwartą sprawą, bo przecież nie można kogoś zdradzić, jeśli się nigdy nie było po tej samej stronie, prawda? Mimo wszystko poczuł dziwną gulę w gardle, bo jak zawsze Vizsla grał nim jak chciał.
- Fett dowodzi – stwierdził, choć czuł, że nie zaskoczy niczym swojego brata. Vizsla miał co do Jango jakieś plany i to od dawna, choć nikt po za nim nie miał do nich dostępu.
Mandalorianin wstał ze swego miejsca. Uścisnął prawicę Montrossa i obejmując go swoimi silnymi ramionami nachylił się ku niemu. Jego ciepły oddech łaskotał w kark.
- Dobrze się spisałeś, ner vod.
Dla tych słów warto było zabić Mereela.
Dopiero później przyszło poczucie winy, bo w innym życiu mogliby być przyjaciółmi, nawet braćmi nie bacząc na krew. Śnił o tym, pomiędzy koszmarami.

+++
Fett mężniał. Vizsla coś planował – wielkiego i sprytnego. Coś, co miało zatrząść dobrze im znanym światem. Ale tym razem jedynie, co Montross musiał zrobić, to zostawić trop dla młodego Mandalora. By jego desperacka zemsta na Watasze Śmierci raz jeszcze przysłużyła się Vizsly. Bo bardzo łatwo zmienić łowcę w ofiarę. Montross wiedział to z doświadczenia.

+++
Galidraan na zawsze pozostanie symbolem w umysłach współczesnych i przyszłych Mandalorian. Dla Montrossa zakrwawiony śnieg, dowód masakry i porażki Jango, był niemal surrealistycznym widokiem. Nie był pewien, do czego Vizsla zmierzał. Bał się nawet o to spytać.
- Złamaną broń trzeba przekuć na nowo – powiedział mu przywódca Watahy pewnej nocy, gdy stali nad wspólną mogiłą poległych. Vizsla kazał pochować wszystkich, nawet jeśli Mandalorianie nie dbali o pochówek.
- Ale po co łamać broń? – zapytał Montross, nie do końca pewien o czym rozmawiają tak naprawdę. O Jango? O Mandalorianach? O broni jako broni?
- Czasami broń się łamię, gdy sprawdzane jest zahartowanie stali – wyjaśnił mu brat, wolnym krokiem zmierzając ku tymczasowym kwaterom. Obaj szli w hełmach, rozmawiając na prywatnym połączeniu. – To konieczność, by miecz nadawał się do prawdziwej walki. Trzeba go wpierw przetestować, by mieć pewność, że nie zawiedzie, gdy przyjdzie czas na użycie go.
- Pozwoliłeś sprzedać Jango w niewolę – wytknął mu Montross, czując narastające niezadowolenie. Niewola była hańbiąca. Ale w głosie Vizsly czaił się uśmieszek.
- Tylko go schowałem – wyjaśnił, nie wyjaśniając nic. – Potrzebuję czasu, a on nie może być teraz na widoku. Ale nie martw się, zadbałem, by nic mu się nie stało.
Montross jak zawsze wierzył mu na słowo.

+++
Było wiele rzeczy, co do których Montross nie był pewny. Od swojego pochodzenia zaczynając, a na rozumowaniu Vizsli kończąc. Ludzie zwykli mawiać, że od geniuszu do szaleństwa jest jeden krok, a on już nie wiedział, po której stronie znajduje się jego brat.
Przez te wszystkie lata nie wolno było mu zdradzić nikomu, czyim jest sprzymierzeńcem. Cały czas dostawał misje do wykonania, ale zawsze były one tajne. Wataha nie wiedziała o nim. A jemu zdarzało się zabijać ich, jeśli stanęli na drodze, jaką obrał dla niego Vizsla. I Vizsla nigdy nie żałował martwych.
- Manda’yaim jest jak las, Montross. Każde jedno drzewo to klan, który zasila szeregi wieczności. Tak to kiedyś Taungowie widzieli. Tak to kiedyś widział mój klan. Szykujemy się do zimy, dlatego jak drzewa mają w zwyczaju, musimy pozbyć się niepotrzebnego obciążenia. Musimy zrzucić liście. Dlatego słabi muszą zginąć – czasem tłumaczył mu coś, choć nigdy nie mówił wprost. Zawsze te metafory godne starszyzny jego klanu. Zagadki, parabole, albo najczęściej wkrótce się dowiesz. Nienawidził tego.
Ale najgorsze było porównanie do szachów.
Montross nie potrafił w nie grać, za to Vizsla je uwielbiał. Plany walki, taktyki i postępy przeciwników traktował jak grę na czarno-białej planszy.
Przywódca Watahy bawił się czarną figurą, która chwilę temu stała na szachownicy. Montross jej nie znał, w końcu szachy były dla niego tylko starą, zapomnianą przez wszechświat grą. Vizsla odłożył figurę poza planszę.
- Niestety, został tylko król – mówił z niejasnym zamyśleniem, choć Montross nie był pewien, które pionki należą do nich, a przeciw którym walczą. Czarne, zdziesiątkowane, czy białe, mające siłę atakować. Kto, którymi włada i kim jest ich przeciwnik? Jaster przecież nie żyje od dawna...
- Nie graliśmy od początku tury – tłumaczył mu po fakcie Vizsla, ale on nie rozumiał i tak. Jednak jak zawsze potaknął posłusznie. I słuchał jak przywódca Watahy mówi dalej, wiedząc więcej i rozumiejąc więcej niż on sam.
- Dlatego nie mamy szans, ale musimy walczyć do końca, rozumiesz? By następne pokolenie mogło rozegrać swoją partię o wiele korzystniej.
Montross czuł, że niebawem i on zostanie spisany na straty.

+++
Wbrew swoim oczekiwaniom, to nie Montross zginął pierwszy, a Vizsla. Był wściekły na swojego brata. Naprawdę wściekły, jak jeszcze nigdy dotąd, a martwe ciało w żaden sposób nie tamowało tej furii. Zwłaszcza, że to on musiał zabrać zwłoki swego brata i zgodnie z jego ostatnią wolą, zawieść je w rodzinne strony klanu, z którego Vizsla pochodził. Złożyć je na ręce starszyzny, tych przerażających istot, które choć miały ciała ludzi, na pewno nimi nie były. Tak jak sam Vizsla, o podejrzanie czarnych oczach.
Najgorsze w tym wszystkim był fakt, że jego brat wiedział, że umrze. To była część planu. Bo o tym, że Vizsla nie przeżyje spotkania z Fettem, Montross dowiedział się od niego samego, na parę dni przed uwolnieniem byłego Mandalora z niewoli.
- Muszę walczyć z Fettem, dlatego go uwolnisz – rzekł mu Vizsla, na kilka tygodni przed swoją śmiercią.
- Po co zabijać Jango teraz, po tylu latach? – zapytał go, nie kryjąc swojej irytacji. Nie chciał, by Fett wrócił do jego świata. Nie chciał pamiętać.
- Ja umieram. Definitywnie – rzekł mu przywódca Watahy, brutalnie uderzając go prawdą. Bez ostrzeżenia, czy jakiegokolwiek przejawu emocji. Od tak, zwykłe stwierdzenie faktu. A Montross był całkowicie przerażony.
- Uwolnisz go. Naprowadzisz go na mój statek. A potem wrócisz po moje zwłoki i oddasz je starszyźnie, na znak, że zrobiłem, co miałem zrobić.
- Chwila moment – warknął Montross, nie mając czasu dziwić się swojej śmiałości. Gniew łatwo stłumił wszelkie inne uczucia. Mandalorianin od dawna był bliski złamania. – Chcesz dać mu się od tak zabić?
- Co chcę, a czego nie, nie ma już znaczenia – odpowiedział mu spokojnie Vizsla, mierząc go długim spojrzeniem nieludzkich oczu.
- Ale czemu on? Czemu akurat Fett?!
- Bo jest Mandalorianinem i przez krew i przez własny wybór. Bo się nadaje na Mandalora, a jest jeszcze przed nim wiele do zrobienia.
Montross ugryzł się w język, by nie wywrzeszczeć, co on myśli o tych wszystkich wizjach przyszłości, o szamanach klanów i Mrok jeden wie, kim jeszcze. Nie byli przecież pieprzonymi Jedi!
Nie wiedział, co miało nadejść w przyszłości. Czym stare, niemal wymarłe klany tak się zamartwiały. Czemu Fett miał być taki ważny. Z kim toczyła się rozgrywka o przetrwanie... Montross wiedział przede wszystkim to, że Jango Fett dokonał zemsty. I triumfował.
Ale drwiący uśmieszek nie zniknął z wąskich ust trupa.

+++
Vizsla obdarował go ostatnim rozkazem – zerwij wszystkie więzi Fetta. Niech będzie surowy i nieczuły. Niech nie ma nic do stracenia. Niech będzie gotowy na śmierć i zysk. Uwolnij go z jego własnego umysłu. Złamanych o wiele trudniej zniszczyć. Zrób to, kiedy nadejdzie właściwy czas.
I odszedł, jak zawsze zostawiając go w samotnej niewiedzy.
Montross miał nadzieje, że to jest ten czas, o którym mówił jego martwy już brat. Dostał zlecenie od jakiegoś Tyrannusa. Miał to zignorować, ale gdy się dowiedział, że Fett jest częścią konkurencji, poczuł w trzewiach, że to najlepsza chwila, by raz na zawsze wszystko rozstrzygnąć. A co jest najlepszym sposobem na pchnięcie kogoś w zimne ramiona pustki? Zabicie mu wszystkich prawdziwych przyjaciół, prawda?
Więc zabijał tą obcą kobietę, tak by każda uroniona kropla krwi pozwoliła mu lepiej kierować kroki Jango w stronę wyznaczoną przez Vizslę. Gdziekolwiek by to mogło go zaprowadzić...

+++
Ostatkiem sił się uśmiecha, choć twarz Jango przecina gniew i krzyczy, bluzga, miota się w nienawiści, nie rozumiejąc, że Montross nie śmieje się do niego.
Bo ten wie, że jego tura na szachownicy dobiega końca.

Hashhana


 

Komentarze
 
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 12,524,555 unikalne wizyty